
W obecnym składzie (Sasza Tomaszewski – wokal i gitara, Piotrek „Deuce” Połoz – bas, Marcin „Marcinera Awaria” Awerianow – perkusja) zespół istnieje od 10 lat. Debiutował umieszczoną na składance City Songs 6 (Reqiuem, 2002) piosenką Moja ręka jest jednookim robakiem, która później znalazła się na drugim albumie grupy, No More Work!. Pierwsza płyta, Małpy morskie ukazała się dopiero w 2007 roku, po czterech (!) latach od nagrania. Pomimo długości, która bardziej odpowiada EPce niż pełnoprawnemu longplayowi, album ten stanowi praktycznie esencję stylu Psychocukru. Można go określić jako wybuchową mieszankę hałaśliwej, gitarowej alternatywy i psychodelii rodem z lat 60-tych XX wieku z niewielką domieszką pobrzmiewającej tu i ówdzie elektroniki. Znalazło się miejsce zarówno dla ostrego, punkowego grania jak i łagodnych, transowych wycieczek w niemalże hipisowskie rejony. Druga płyta, o jakże manifestacyjnym tytule, została w dużym stopniu pozbawiona dźwiękowego brudu znanego z pierwszego wydawnictwa i więcej na niej brzmień syntetycznych. Pomimo bardziej wygładzonej produkcji i tym samym jakby mniejszego pazura, w dużej mierze nadal jest to solidna dawka dobrej muzyki. Wśród kilkunastu utworów na liście No More Work! jest m.in. utwór Izrael Poznansky. Zgodnie z tytułem jest on hołdem kapeli złożonym ludziom związanym z historią Łodzi, którzy mieli wpływ na jej losy bądź promowali miasto swoją działalnością – między innymi fabrykantowi, którego imperium po latach zostało zrestaurowane i przekształcone w Manufakturę, czy aktorowi Leonowi Niemczykowi.
Kapela znana jest z zabarwionego absurdem poczucia humoru, przejawiającego się zarówno w często abstrakcyjnych tytułach i tekstach utworów (Mama - druga bateria!, Bikiniarska potańcówka suto zakrapiana Jamajką) jak i odjechanej konferansjerce Saszy i Piotrka podczas występów grupy. Skoro już mowa o koncertach – słyszałem opinie, że kilka lat temu Psychocukier grał na żywo lepiej. Jak było – nie wiem, ale teraz panowie są rewelacyjni. Surowe, pozbawione produkcyjnego szlifu dźwięki sekcji rytmicznej i gitary, wspartej arsenałem efektów gitarowych i sprzężeń to żywy dowód na świeżość (pomimo wielu lat eksploatacji) formuły rockowego tria. Warto wspomnieć o interesującym image’u Psychocukrów: bujne wąsy, długie włosy i kolorowe stroje muzyków w połączeniu ze spontanicznym zachowaniem i niezwykle energetyczną grą pozwalają (przynajmniej duchem) przenieść się do czasów dzieci-kwiatów. Mnie ich stroje przypominają też trochę – tak dla kontrastu – kiczowate lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Nie przeszkadza to jednak delektować się płynącymi ze sceny utworami, zagranymi z prawdziwie rock’n’rollowym ogniem.
Mam nadzieję, że kilka powyższych akapitów zachęciło Was choć trochę do zapoznania się z muzyką wąsaczy z miasta fabrykantów i przede wszystkim do uważnego wypatrywania nazwy ich zespołu na plakatach zapowiadających koncerty klubowe. Zachęcam do rzucenia okiem (i uchem) na profil myspace grupy i śledzenia jej poczynań.
Zdjęcie pochodzi z oficjalnego profilu zespołu Psychocukier na facebooku.
/B0UNCE
Komentarze