poniedziałek, 11 lipca 2016

Bo ważne jest to, co nas łączy, a nie to, co dzieli - czyli Jarocin 2016.

Festiwal w Jarocinie na dobre rozstał się ze swoją legendą, która częściowo przydaje miastu sławy, a częściowo obciąża wszelkie wydarzenia, które mają tu miejsce - tak myślałam i pisałam rok temu, gdy pojechałam do Jarocina po raz pierwszy, głównie po to, by zwiedzić Spichlerz Polskiego Rocka i zobaczyć, czy "duch dawnych Jarocinów", jeszcze się gdzieś tam unosi. Odnalazłam go w Spichlerzu właśnie, bo sam festyn (tak, bo z festiwalem kojarzył się raczej bardzo dalece) wyglądał jak każda inna impreza muzyczna z biletami. Drogo, line-up dla nie wiadomo kogo i wesołe miasteczko. Załamana, choć nie do końca rozczarowana, bo przecież nie oczekiwałam zbyt wiele, wróciłam do rodzimego miasta i napisałam gorzki tekst o tym, jak to Jarocin umarł. Ano umarł, dawno temu i niech mu ziemia lekką będzie, bo festiwal w tamtej formie już nie wróci. Może to i z pewnych względów lepiej. W tym roku miałam zweryfikować swoje zeszłoroczne doświadczenia, sprawdzając imprezę z zupełnie innej perspektywy - perspektywy uczestnika i fana. Bo Slayer. Trzeba było więc pojechać.
Line-up był wyjątkowo zachęcający. Trzy dni, a każdego dnia przynajmniej trzy-cztery kapele warte uwagi, do tego konkurs zespołów i codziennie inna, zagraniczna gwiazda. Na dodatek projekt Nowsza Aleksandria i powrót  Sweet Noise, tribute Acid Drinkers dla Motörhead. Musiałam to zobaczyć. Ceny karnetów były dość zaporowe, biletów jednodniowych w ogóle nie opłacało się kupować. Na szczęście mieszkańcy okolic, mieli możliwość zakupu tańszych wejściówek, co było bardzo ładnym gestem ze strony organizatora. Szkoda, że "normalne" bilety kosztowały tyle, co festiwale za miedzą, z dużo lepszą obsadą.
Pierwszy dzień koncertów na Jarocin Festiwalu otworzył Kabanos. Piaseczyńska załoga od kilku lat święci triumfy, gromadząc tłumy na koncertach - dodam, że tłumy wierne i szalone. Prawie tak szalone jak charyzmatyczny lider (swoją drogą coraz chyba grubszy ;> ) - Zenek. A może bardziej? Dobry koncert na otwarcie, choć miłość do Kabanosa już mi przeszła, to jednak trzeba chłopakom oddać, że mają pomysł na siebie, swoją muzykę i konsekwentnie walczą na scenie od wielu lat, właściwie bez wsparcia jakiejkolwiek wytwórni. W podobnym czasie, na scenie "namiotowej", mieszczącej się faktycznie w wielkim, białym namiocie, zaprezentowali się Molly Malone's, czyli coś dla fanów Dropkick Murphys i Flogging Molly. Skoczny, irlandzki punk z polskimi tekstami. Dobre, ale zdecydowanie na dużą scenę - namiot i środek dnia to nie dla nich, zasłużyli na coś więcej! Ponadto w namiocie zobaczyć można było tego dnia Offensywę - niepozornych chłopaków, świetnie zgranych i rewelacyjnie łojących punka w dobrym wydaniu. Dry Forest zagrali na tej samej scenie jako ostatni z czwartkowych kapel, niestety nagłośnienie szwankowało, a mocno ekspresyjny wokal zupełnie się w nim gubił, wspierany hałasem - jednym słowem bomba, coś dla fanów Agressivy 69 i nowej fali, ale następnym razem trzeba by chłopaków lepiej obsłużyć, bo mógł być naprawdę sensacyjny koncert, jeśli tylko brzmieliby lepiej. 
Wróćmy na dużą scenę. Tuż po kompletnie miałkim Andrzej Kowalsky Band, który nie wiadomo, co właściwie chciał przekazać, ani jak, na scenę wkroczyła rewelacja ostatnich lat polskiej sceny muzycznej, czyli Luxtorpeda. Ta nazwa to gwarancja sukcesu - fani zawsze dopiszą, koncert zawsze będzie dobry. Ogólnie nie ma się do czego przyczepić, ale jeśli ktoś ma alergię na moralizatorstwo i kaznodziejskie teksty, powinien omijać ich koncerty sporym łukiem. Mnie szybko zmęczył ton koncertu, dlatego wybrałam coś mniej wymagającego w scenie "namiotowej". 
Oberschlesien

Pierwszą "zagraniczną gwiazdą", byli nikomu nieznani (no może poza organizatorami, którzy mocno promowali zespół na facebooku) Red Electrick z Malty. Czad może i był, ale troszkę to wszystko było zbyt grzeczne, a że nikomu nie znane, to i tłumów pod sceną nie było. Kolejny zespół z listy "konkursowych", Cowshed, podobno brzmiał dobrze - podobno, bo formuła "przeplatamy gwiazdy z kapelami konkursowymi" już była przerabiana na niejednym festiwalu i wszyscy wiedzą, jak się to kończy - po występie gwiazdy ludzie idą na piwo, a na konkursie ktoś tam pod sceną jest, ale ogólnie szału nie ma. Niestety tak było i tutaj, ale z daleka brzmieli nieźle. Po nich scenę przejęli Oberschlesien, czyli nasz polski, a raczej - śląski - Rammstein. Zżyna na maksa, ale komu to przeszkadza, kiedy jest taki czad? Band, który robi to dobrze. Może i efekty specjalne nie są takie, jak u niemieckich świrów, ale za to przekaz jest dla wszystkich zrozumiały (no, prawie dla wszystkich, niektórzy muszą pilniej się wsłuchać, a nawet znaleźć tłumaczenia) i podany tak elegancko i z taką mocą, że nie ma zastrzeżeń. Głos wokalisty przyprawia o ciarki; to niesamowite, że można śpiewać tak nisko, a jednocześnie nie być jakąś mega gwiazdą pokroju Petera Steele czy Tilla Lindemanna właśnie.
Headwind troszkę było mi szkoda, ale supportowanie gwiazdy ma swoją cenę - zagrali na małej "scenie", czyli prawym wycinku całości konstrukcji sceny,  ściśnięci na niewielkiej przestrzeni. Ale dawali radę mimo to. Po nich wyczekiwani przez wielu Five Finger Death Punch, czyli gwiazda hc/nu-metal/metalcore ze Stanów Zjednoczonych. 
Nie znałam dobrze ich twórczości, żeby nie powiedzieć "dwa numery"... Koncert klasa, zagrany z hardkorową energią i pełnym profesjonalizmem, jednocześnie niepozbawiony kontaktu z publiką - tutaj ukłony dla muzyków za wciągnięcie na scenę dwójki dzieci z ojcami, których wypatrzył w tłumie wokalista. "Are you okay sweetheart?" - i już po chwili mała wspinała się na scenę, żeby obejrzeć koncert w bezpiecznym miejscu i przybić piątki z muzykami. Ta sama sytuacja powtórzyła się jeszcze raz, z udziałem chłopczyka. Naprawdę, urocza i przemiła akcja, która tylko dowodzi temu, że środowisko muzyków pełne jest przywoitych i miłych facetów, którzy tylko stroją groźne miny, ale serca mają miękkie. Basista i gitarzyści miotali kostkami w tłum prawie z taką samą intensywnością, jak dźwiękami, które ewidentnie zostały łyknięte przez spragniony tłum. Bardzo dobry koncert.
Na zakończenie pierwszego dnia wystąpili weterani polskiej sceny heavy metalowej i hard rockowej, a jednocześnie dawna sensacja jednego z festiwali w Jarocinie, czyli TSA. Tłum bawił się wyśmienicie, podobnie jak muzycy na scenie. Mnóstwo hitów, które brzmiały idealnie - widać było, że wspólna gra sprawia tym facetom przyjemność, pomimo tak wielu lat razem na scenie. Zabrakło mi tylko Kocicy, ale ta grana jest zamiennie z Trzema zapałkami na bis, zatem tego wieczoru nie dane mi było ją usłyszeć.
Acapulco
Drugi dzień rozpoczął się koncertem zespołu PogoDni, z Warsztatów Terapii Zajęciowej w Jarocinie. Punkowe i rockowe standardy wykonane z pełnym zaangażowaniem i energią, która pięknie rozgrzała deski sceny namiotowej. Radość z grania i śpiewania w czystej formie.
W zbliżonym czasie odbywały się tego dnia koncerty, którymi zainteresowana była podobna publiczność - na przykład Kobranocka i Acapulco - niemalże o tej samej porze. Kiepskie posunięcie, zważywszy również na fakt, że niedługo przed końcem koncertu Acapulco, kapeli z 30-letnim stażem na punkowej scenie, zaczęły grać na dużej scenie Zielone Żabki. Podobna muzyka, praktycznie ten sam adresat... Kiepskie posunięcie ze strony organizatora, lekcja do odrobienia. Mimo to, koncert Acapulco zgromadził spory tłum, który jedynie nieznacznie przerzedził się, gdy swój występ zaczął Smalec z załogą GaGa/ZŻ. Następnie przyszedł czas na kolejnych wyjadaczy Jarocina, czyli Farben Lehre. Dobry koncert, pełen mocnych słów wypowiedzianych ze sceny. Wojda zwerbalizował to, co wielu z nas dzisiaj myśli, między innymi, że "dzisiaj znowu rządzą nami ci, którzy widzą tylko to, co nas dzieli, a nie to, co nas łączy". Publiczność bardzo dobitnie pokazała, co myśli o podobnej polaryzacji społeczeństwa. Energetyczny, naładowany pozytywnymi emocjami koncert, zresztą jak zawsze w przypadku FL. Tuż po Farbenach, kawałek sceny po lewej stronie, zajęła zielonogórka formacja Sharon, o której w festiwalowej gazetce przeczytałam, że to takie "baby-dziwo". Z litości napiszę tylko, że co niedograły, to dowyglądały i w zasadzie to wszystko, co można powiedzieć o tej kapeli. Nie wiem w ogóle co one tam robiły. 
Nowsza Aleksandria
Następnie scenę przejęła ekipa, która stworzyła projekt "Nowsza Aleksandria", czyli reinterpretację utworów Siekiery z kultowej płyty Nowa Aleksandria, z 1986 roku, jako że ów krążek obchodzi w tym roku swoje trzydziestolecie. W projekcie miała ponoć brać udział Kasia Nosowska, niestety ze względów zdrowotnych nie dojechała, a jej miejsce za mikrofonem zajęła niejaka Natalia. Cóż, wizualnie było to bardzo ciekawe, ogromne wrażenie robiła wielka metalowa instalacja, w którą z wielkim kunsztem wkomponowywano wizualizacje, jednak sam koncert był wyjątkowo słaby. Rozczarowanie tym większe, że wiele osób spodziewało się czegoś wybitnego. Niestety, wyjątkowości w tym nie było, był za to zupełnie przeciętny i pozbawiony charyzmy wokal (a nawet wokale) i takie sobie odegranie oryginalnie dobrych już numerów. Wszystko. Następnie zaprezentowała się gwiazda wieczoru, czyli The Prodigy. Podczas ich koncertu zdążyła rozpętać się burza i przejść solidna ulewa, która jednak nie zraziła widzów pod sceną. Czuło się wielką ekscytację, a mój niepokój o to, jaki będzie ten koncert, był tym większy, że pamiętałam nieudany koncert na Woodstocku w 2011 roku. Na szczęście tu było zupełnie inaczej. Ulewa dodała koncertowi magii, usłyszeliśmy najmocniejsze strzały, z Firestarter, Smack my bitch up i Voodoo People na czele, a także kilka nowszych rzeczy, które zabrzmiały niebywale mocarnie. Nagłośnienie było idealne, zatem gdyby nie ulewa, koncert zaliczyłabym pewnie do najprzyjemniejszych na całym festiwalu. W tłumie zdecydowanie wyróżniali się fani elektroniki, którzy bawili się świetnie, skacząc, śpiewając i kucając na znak Keitha i Maxima. Zespół w znakomitej kondycji, ostrożnie dawkował przyjemności, by na koniec przywalić największymi killerami. Koncert, wydawać by się mogło, trwał ledwie kilka chwil, a tymczasem sam bis to ponad 20 minut. 10 na 10!
Sweet Noise - Glaca i Peja
Długo kazali na siebie czekać Sweet Noise, którzy mieli zamknąć drugi dzień imprezy. Godzina czekania pod parasolami, by zobaczyć Glacę, Magika i spółkę - trochę jednak za długo! Równo w godzinę po tym, jak scenę opuścili The Prodigy, dało się słyszeć pierwsze dźwięki ze sceny, zwiastujące kolejny koncert. Rehabilitacja za długie oczekiwanie była szybka i konkretna - same mocne numery, wiele gorzkich słów, wypowiedzianych przez Glacę ze sceny, wyskandowanych wraz z publicznością i... zaproszonym gościem, Peją. Poznański raper wystąpił w utworze Jeden taki dzień, który wzbudził ogromne emocje w zgromadzonym tłumie. Panowie dali razem niezłego czadu i po raz kolejny podkreślili porozumienie ponad podziałami, o którym tak wiele tego wieczoru mówił Glaca. Fenomenalny występ, który stęsknionym fanom, z pewnością osłodził długie lata bez zespołu. Genialna forma, świetny utwór z nowej płyty. Zdecydowanie warto zobaczyć i posłuchać, jak będzie wyglądało Sweet Noise po reaktywacji.
Sobota to właściwie Dzień Slayera. Trudno było skupić się na wcześniejszych wykonawcach, kiedy spokoju nie dawała myśl o zbliżającym się występie bogów thrashu zza Wielkiej Wody. Wcześniej udało mi się właściwie zobaczyć tylko fragment koncertu Końca Świata, niestety przegapiłam D.O.A., choć znakomicie wpisywali się oni w klimat jarociński. Gdzieś po drodze wystąpił Hunter, zwycięzcą Jarocin Antyfestu Antyradia został zespół Strażacy. Cóż, miałam swoich faworytów w postaci In Despair, którzy elegancko łoili przed Sweet Noise.
Wreszcie po 23. zaczął grać Slayer. Kapela, która zawsze przyciąga tłumy maniaków z Polski i okolic, nie zawiodła i tym razem, choć złośliwie nazywana jest już raczej PółSlayerem, ze względu na brak w składzie zmarłego trzy lata temu Jeffa Hannemanna oraz Dave'a Lombardo, który po kolejnej kłótni z Kerrym o pieniądze, opuścił zespół. To oczywiście nieścisłość, ponieważ Paul Bostaph, który obecnie bębni w Slayerze, był już przed laty członkiem kapeli i popełnił z nią nawet całkiem interesujące wydawnictwa, z moim ukochanym Diablous in Musica, na czele. Panowie przyłoili bardzo pięknie, niezbyt głośno, akurat na tyle, żeby zabrzmieć doskonale i jak na Slayera przystało - bez litości. Sporo nowszych utworów, widać, że mocno promują Repentless (ostatnie wydawnictwo, z 2015 roku). Kilka klasyków wyrwało z butów i wyprowadziło mnie na chwilę na orbitę okołoziemską, ale tradycyjnie okazało się, że było to za mało i za krótko. Z całą pewnością wystarczająco szybko - szybko, jak na Zabojcę przystało, bez zbędnego gadania. Za to kochamy Slayera.
Kobranocka
Na deser otrzymaliśmy Tribute to Motörhead w wykonaniu Acid Drinkers. Kwasożłopy zaprezentowały swoje wersje utworów, niezbyt zmienione, bo po co mieszać w klasyce. Titus skwitował ten hołd krótko: "inni zwykli czcić czyjąś pamięć minutą ciszy, ale nie tutaj - my uczcimy pamięć Lemmy'ego Kilmistera godziną solidnego łomotu". I tak było. Zgodnie z zapowiedziami pojawiły się głównie utwory z lat 1979 - 1985, a więc nie zabrakło Orgasmatron, Love me like a reptile, Iron Fist czy nieśmiertelnego Ace of Spades. Występ zakończyli swoim własnym utworem Pizza Driver, w wersji "motörheadowej" - i tak powinni go już grać, bo urywał łeb przy samej dupie! Piękny koncert, chociaż - co niestety częste u Kwasów - zbyt głośny. Czasami ledwo można było usłyszeć to, co grają. Naprawdę, nie zawsze głośniej, znaczy lepiej, co udowodnił godzinkę wcześniej Slayer.

Podsumowując - bawiłam się znakomicie, festiwal organizacyjnie na 4+, bo jednak kolejność i układ kapel można by jeszcze poprawić. Nie mam jednak żadnych zastrzeżeń co do czystości na festiwalu (papier, mydło i woda w ToiToi'ach!), organizacji i ochrony, czy informacji - ilość ulotek, folderów, gazet pełnych ciekawych i wyjątkowych materiałów, przerosła moje oczekiwania. Świetny pomysł z materiałami dostępnymi po zeskanowaniu kodu QR - godziny przedpołudniowe, w oczekiwaniu na koncerty, można było spędzić na lekturze. Miasto także zaoferowało uczestnikom szereg atrakcji, zapraszając na wydarzenia towarzyszące. Spichlerz Polskiego Rocka zapraszał w swoje progi już od wtorku, a kino Echo kilkukrotnie wyświetliło premierowo film o Jarocinie, Po co wolność. Pokazy cieszyły się ogromnym zainteresowaniem (kolejka na ulicę - kto to widział w dzisiejszych czasach!? super!). To z plusów. A minusy? No cóż, nie mogłoby być tak różowo. Jeśli szukacie klimatu dawnych Jarocinów, nie szukajcie ich na festiwalu (chyba że chodzi o klimat jabola - to taki znajdziecie w rowie). Owszem, upamiętnia się i jakoś tam dba o te duchy przeszłości, ale nikt nie ma już chyba złudzeń - to po prostu kolejny festiwal muzyczny, w tym roku zresztą bardzo dobrze obsadzony. Ceny karnetów i biletów jednodniowych zdecydowanie in minus. 

Największa porażka, to wiadomość o planowanym wyburzeniu historycznego amifteatru, w którym odbywały się pierwsze "Jarociny". Budynek ma zostać rozebrany, gdyż "grozi zawaleniem" - cóż, gdy pozwala się na jego powolną dewastację, a nie chroni, jak na zabytek kultury przystało... Przykre, że i ta, kolejna składowa legendy Jarocina, przejdzie wkrótce do historii. Uczcić to miejsce postanowił Patyczak i w sobotę o godzinie 13:00 zagrały tam koncert Brudne Dzieci Sida. Jak na niepromowany prawie w ogóle występ, o którym dowiadywano się pocztą pantoflową, grupa około 500 widzów robi ogromne wrażenie.
Mimo wielu niedoskonałości wracam za rok, odszczekuję zeszłoroczne utyskiwania i czekam, jak rozwinie się ten nowy, inny, wielki... Jarocin Festiwal. Do zobaczenia!

wtorek, 17 listopada 2015

Niebo dotknęło ziemi - Foo Fighters, Kraków; 9/11/2015

Na to wydarzenie czekałam długo. Każda plotka o koncercie moich ulubieńców budziła wewnętrzną nastolatkę do życia. Niestety, każda taka wiadomość okazywała się tylko pogłoską, szczuto mnie bezczelnie i nabierano, przez kilka ładnych lat. Czekałam jednak cierpliwie, wierząc, że wreszcie do nas przyjadą, że zobaczę na żywo zespół, który od paru lat nie schodził z moich playlist, który sobie ukochałam i którego teksty wryły mi się w mózg tak mocno, a melodie tak doskonale poznałam, że mogłabym startować w foofajtersowej edycji Jaka to melodia. Zespół, którego wielu nie rozumie, który wiele osób określa jako wybitnie nijaki, totalnie bezstylowy, absolutnie przeciętny i opierający się na jedynym silnym filarze jakim jest Dave Grohl. Owszem, Foo Fighters to jest twór Dave'a, to jego dziecko i życiowe dzieło, które z uporem maniaka forsował przez lata, lansował i wypychał na światło dzienne, nawet wtedy, kiedy wszyscy wokół wieszczyli wielki koniec jego kariery. Kiedy jego przyjaciele i on sam, znajdowali się na krawędzi. Nie dał za wygraną, bo wierzył, że w końcu świat go zrozumie. Jednak dzisiaj FF to wielka gwiazda, w szczególności w Stanach Zjednoczonych, ale nie tylko – cały świat pokochał w ostatnich latach nie tylko Dave'a Grohla, najmilszego rockmana świata, ale także Foo Fighters, którzy przez lata wypracowali sobie własny styl, rozpoznawalny po kilku pierwszych dźwiękach, a sam Dave z niezbyt wybitnego, stał się naprawdę dobrym wokalistą, świetnie poruszającym się w swej skali, która przez lata ewoluowała. Progres pełną gębą, chciałoby się powiedzieć, jednak to wszystko obserwowałam z perspektywy zimnej Polski, gdzie co chwilę grają takie sławy jak Iron Maiden, Metallica czy szczególnie uwielbiający nasz kraj Black Label Society, a i wiele innych non stop się powtarza. Marzyłam o tym, by zobaczyć tych luzaków z Foo Fighters na żywo, ale wydawało mi się to marzenie tyleż cudownym, co odległym. Nic nie wskazywało na to, aby zagościli u nas ponownie. Ano tak, pewnie nie wszyscy (choć na pewno wszyscy, którzy byli na koncercie w Krakowie) wiedzą, że Foo Fighters grali już w Polsce, w 1996 roku, w Sopocie. Na tym samym festiwalu grali, wówczas będący w szczytowej formie, Acid Drinkers, ale o tym jeszcze wspomnę. Na YouTube możecie nawet obejrzeć sobie cały ten koncert, wraz z wywiadem, którego udzielił Dave naszemu dziennikarzowi muzycznemu numer jeden, Romanowi Rogowieckiemu.
 
Porównując tę mającą już dziewiętnaście (!!!) lat wypowiedź, ze współczesnymi wywiadami z Davem, możecie zobaczyć, jak bardzo długą drogę przeszedł lider FF od utalentowanego chudzielca z długimi włosami, głównie kojarzonego z tym, że bębnił w Nirvanie (a przecież nie tylko!), do jednego z najważniejszych rockmanów na świecie, ojca dzieciom, rasowego wydrzyjmordy z kapeli, która zapełniła dwukrotnie pod rząd stadion Wembley, a ostatnio naszą rodzimą Tauron Arenę w Krakowie. I o tym ostatnim wcieleniu Dave'a i Foo Fighters chcę Wam dzisiaj opowiedzieć, bo jest o czym mówić, działo się moi Państwo, aż iskry leciały z tronu! ;)
Muszę powiedzieć, że pierwszy raz w życiu, z pełną premedytacją, kupiłam bilet na trybuny. Już słyszę te pomruki dezaprobaty – jak to tak, nie na płytę, nie z tłumem, tylko jak burżuj jaki, na krzesełku? Ano, miejsce może i w teorii siedzące, ale za to gwarantowało mi, że zobaczę wszystko, że nie przeoczę niczego, co będzie działo się na scenie, że żaden spocony wielkolud mi nie zasłoni ani nikt nie zgniecie mi żeber. Może i ułomkiem nie jestem, ale do metra siedemdziesięciu nawet nie dojechałam, więc paru wyższych chłopa i już mam koncert z głowy. A samą muzyką to ja się mogę rozkoszować w domu. Na koncercie chcę też widzieć. I to widzieć dobrze. A szczególnie na takim, na który tyle czekałam. Stąd trybuna, ale najlepsza, naprzeciwko sceny, nisko, idealnie (po pięciu minutach od rozpoczęcia sprzedaży, nie było już biletów). Po wejściu na salę gratulowałam sobie wyboru i nie zawiodłam się. Oczywiście większość widowni obok mnie była drętwa, ale znalazło się paru ludzi, którzy tak jak ja szaleli przy każdym numerze. Nadzieja więc w narodzie jest.
Na wejściu otrzymałam białą kartkę z instrukcjami dotyczącymi kilku piosenek i tego, co mam robić jako część tłumu. Przyznam, że wszystkie te akcje wyszły faktycznie fajnie, chociaż śpiewania refrenu chyba nikomu nie trzeba było nakazywać, a chyba niewiele było na sali osób, które by tekstów Foo Fighters nie znały? No ale miło, że ktoś się o nas zatroszczył. Ja darłam się przez cały koncert, mam nadzieję, że otoczenie nie miało mi tego za złe, ale emocje trudno w takiej chwili opanować ;].
No ale dobrze, dosyć ogólników, konkrety. Zaczęli od mojego ukochanego Everlong, podczas którego sformowaliśmy wielką, biało-czerwoną flagę Polski – płyta była oczywiście czerwona i chyba płyta bardziej się wczuła, bo tej bieli na trybunach nie widzialam zbyt wiele. Może z perspektywy zespołu wyglądało to lepiej. W każdym razie ciarki tak jak weszły mi na plecy przy pierwszych taktach Everlong, tak zeszły chyba dopiero dwa dni później. Grunt, że się nie poryczałam, bo to już zalatywałoby fanówą Kelly Family. No ale co poradzić, gdy się tak kocha kapelę, to albo się ryczy allbo wrzeszczy. Musiałam wybrać to drugie, także po to, by ratować honor. Everlong płynnie przeszło w Monkey Wrench – nie śledzę setlist, więc nie spodziewałam się tego numeru, stąd tym większa radość. Dave zaprezentował, w jaki sposób wrzeszczy w finale, z tym, że... a'capella, więc można było usłyszeć „suchą” wersję wokalu – no, zazdroszczę wywrzasku. Potem Learn To Fly, który powitaliśmy chmarą papierowych samolocików (mój oczywiście spadł dwa rzędy dalej, nigdy tego cholerstwa nie umiałam składać – nie pomogły przerywane linie na kartce :P). Wyglądało to cudownie i magicznie, kiedy tysiące papierowych samolotów przecinały powietrze w rozmaitych kierunkach. W tym miejscu warto wspomnieć włoskich muzyków i fanów, którzy tym właśnie utworem zwabili do siebie zespół – kilkuset zapaleńców,perkusistów, gitarzystów, basistów i wokalistów, wykonało w Cesenie właśnieLearn To Fly, aby pokazać Foo Fighters, jak bardzo chcą, aby zagrali u nich. I zgadnijcie co – Cesena była pierwszym miastem europejskiej części trasy FF. Jak się chce, to można! Po otwieraczach ze starszych płyt dostaliśmy coś z niczego, czyli Something From Nothing z ostatniej płyty, Sonic Highways. Liczyłam na In The Clear, ale niestety tego wieczoru go zabrakło. Za to setlista pękała w szwach od hitów, bo za chwilę zabrzmiały pierwsze dźwięki The Pretender i nawet wapniackie dupki zerwały się z krzesełek! Ten niesamowicie porywający numer wrzeszczała na bank cała moja trybuna i jestem pewna, że także większość pozostałych zebranych. Inaczej się nie dało. W międzyczasie Dave wspomniał, że są w Polsce pierwszy raz od 19 lat i że zagrają dla nas zajebiście długi koncert, przekrojówkę przez wszystkie płyty. No i faktycznie. 2 godziny 15 minut – dobry czas jak na tak wielką kapelę, żaden album nie został pominięty! Big Me Dave dedykował ekipie koncertowej, dźwiękowcom, technicznym, oświetleniowcom i innym ludziom wspierającym zespół w trasie – na wielkim telebimie zobaczyliśmy twarze zwykle skryte w mroku backstage'u. Miły gest, przybliżający kapelę i całe zaplecze publice. Chyba nie muszę wspominać, że kontakt z fanami, Dave ma wprost genialny.
 
 Także podczas Big Me zapaliliśmy światełka – latarki w telefonach oświetliły salę, którą spowiły ciemności po zgaszeniu oświetlenia. Niesamowite wrażenie, jakby rozgwieżdżone niebo dotknęło ziemi. Później znowu powrót do nowości – Congregation, a następnie Walk z Wasting Light. Jednocześnie zabrakło Rope, co troszkę mnie zasmuciło, ale za to na osłodę dostałam chwilę później These Days. Podczas przedstawiania członków zespołu i krótkich solówek, każdy z muzyków zaproponował miniaturkę coveru, bo przecież Foo Fighters znają „po jednej minucie z każdej piosenki hardrockowej świata” - ale tylko po jednej minucie! Poszczuli nas więc dźwiękami Eruption (Van Halen), You Really Got Me (The Kinks), Roundabout (Yes), Detroit Rock City (KISS). No i to, na co czekały chyba wszystkie fanki Taylora Hawkinsa – Cold Day In The Sun. Poprzedzony kumpelską gadką między wokalistą a perkusistą – dwójką siedzących na tyłku gości, których wielu nazywa zaginionymi i cudownie odnalezionymi bliźniętami – podobni fizycznie i charakterologicznie, tworzą zgrany duet przyjaciół.
Nie inaczej było tego wieczoru w Krakowie. Wysoki wokal Taylora tworzy przyjemne dla ucha harmonie z wokalami Dave'a, ale cieszy także w wydaniu solowym. My Hero przeciągaliśmy ile się dało, wielokrotnie śpiewając refren – na pewno wiele osób wskazywało, śpiewając, na lidera FF, bo przecież to on, to oni - Foo Fighters, byli dla nas heroes, wieczorem 9.11.2015. Times Like These powitałam z "lekką nutką dekadencji". Piosenka, która była ze mną w trudnych momentach, wywołała niecodzienną odmianę ciarek na całym ciele. Przyjemnie nostalgicznych. Następnie Breakout, Arlandria i  White Limo – czułam, że nie ma podczas tego koncertu ani jednego słabego momentu, każdy utwór pasował idealnie, brzmiał jak trzeba. Ba! Całość brzmiała cudownie, selektywnie, czysto, żadnych przypadków, zero fuszerki. Doskonałe nagłośnienie, które z jednej strony urywało łeb przy samych pośladach, a z drugiej nie zostawiło w uszach charakterystycznego piszczenia. Ideał, co słychać także na filmikach nagranych przez widzów. Skin and bones zapowiadało, że pomału będziemy się żegnać. Z melancholii wyrwało mnie All My Life, rozpoczęte intro beatlesowskiego Blackbird. Kolejny evergreen, którego tekst wyrecytowałabym, obudzona w środku nocy. Ach, radość z usłyszenia na żywo tylu wielbionych przez lata kompozycji... Wierzcie mi, że do tej pory mam ciarki gdy o tym pomyślę. A usta rozjeżdżają się w szerokim uśmiechu. Tak się wspomina udane sztuki! These Days – czułam, że to będzie mój hit na co najmniej kilka następnych tygodni – mocno zapadł mi w pamięć widok zmęczonego już zespołu, który jednak daje z siebie wszystko, Pata Smeara, który przez cały koncert skakał jak szalony, spoconych ale skupionych i uśmiechniętych Nate'a Mendela i Chrisa Shifletta, Ramiego Jaffee, który wspomaga Foos na koncertach i wywija za klawiszami, szalejąc jak dziki.
Czułam, że oni wszyscy mogliby być gośćmi, którym przybijasz piątkę w barze i którym gratulujesz udanego koncertu w małym klubie, gdzie akurat wszedłeś, bo zwabiły cię fajne dźwięki. Ale są wielcy, grają na największych scenach świata. A jednocześnie tacy zwyczajnie fajni. Po prostu im wierzę, jak mało komu, cholera, po prostu są wiarygodni w tym, co robią. This is a Call przypomniało czasy zwariowanego, młodego bandu, który zaczynał dwadzieścia lat temu, jako projekt Dave'a. In the Flesh, cover Pink Floyd, to już część outro, podczas którego Dave zaczął snuć swoją opowieść o poprzednim koncercie w Polsce. Wspomniał o tym, że grali na festiwalu, gdzie przyjechali nieco zesrani ze względu na fakt, że mieli niezbyt wielki repertuar, a na dodatek tuż przed nimi zagrała polska metalowa kapela, ktorej wokalista robił groźne miny, miał długie włosy, a na nogach... chodaki. Zespół był tak cholernie dobry, że gacie Amerykanów były pełne, jeszcze przed wyjściem na scenę. Dave tego nie pamiętał, ale publiczność już tak – to właśnie Acid Drinkers rozgrzewali wtedy widzów w Operze Leśnej. Nie ma się co dziwić, że zapadli oni w pamięć Grohlowi – charyzmę Titusa ciężko podrobić, a i klasycznemu składowi Acidów trudno zarzucić brak profesjonalizmu czy autentyczności. Musieli być więc mocni i mogli zaniepokoić – bądź co bądź – młody zespół zza Oceanu. Foos dali z siebie wszystko, co możecie zobaczyć na nagraniu z tv (link wyżej; zwróćcie uwagę na logo stacji – takie to były czasy! ;) ).
 
 
Koncert zamknęło Best of You – długo jeszcze śpiewane przez tysiące gardeł, pragnących jak najdłużej pozostać blisko zespołu. Wspaniały, mocarny zamykacz, ktorym kapela oddała hołd publiczności, a publiczność kapeli. Dziękowaliśmy za cudowny wieczór, pełen wielkich emocji i wzruszeń, jedyny w swoim rodzaju i doskonały w każdym calu. Nie nadętych i obrażonych na cały świat gwiazdeczek, ale zwykłych gości, którzy po prostu fajnie grają i dobrze robią to w tej konkretnej konfiguracji, gdzie, owszem, w centrum jest postać Grohla, ale przecież to nie on sam tworzy tę wspaniałą całość, choć to właśnie jego upór pchał przez lata wózek z logo Foo Fighters do przodu, choć droga była wyboista i pełna dziur, pułapek i wypadków. Teraz nie tylko koledzy z zespołu, ale i ogromne rzesze ludzi na całym świecie, mogą cieszyć się tym, czym jest FF. A jest wspaniałą przygodą, odtrutką na złość i niepogodę, radością w smutnych chwilach, wsparciem, pomocną dłonią i promykiem nadziei. Ta muzyka dodaje otuchy i napędza do działania. Po prostu włącz to bardzo głośno i zamknij oczy, posłuchaj tekstu i poczuj, że goście, którzy to piszą (wszystkie piosenki podpisane są zawsze zespołowo) to nie banda oderwanych od rzeczywistości clownów, ale zwyczajni goście z bagażem doświadczeń. Poczuj to i zakochaj się, a potem idź na koncert i krzycz razem ze wszystkimi, bo przecież po to tam idziesz.

środa, 22 lipca 2015

Jeszcze festiwal czy już jarmark? Wrażenia z Jarocina 2015.

Całe mnóstwo kultowych płyt - do odsłuchania w całości!
Podczas swoich muzycznych podróży odwiedziłam już różne festiwale, nie zawsze korelujące z moimi zainteresowaniami, często line-up wypełniały nieznane mi zespoły, zazwyczaj jednak wracałam do domu pełna pozytywnych wrażeń i osłuchana z nową muzyką. Są festiwale, na które wracam co roku, są też takie, które miały tylko jedną edycję i niestety próżno wyczekiwać kolejnych. Są też imprezy kultowe, na których być wręcz wypada, choć raz. Nawet, jeśli dzisiaj ich kształ znacząco odbiega od legendy, którą żyjemy, zanim znajdziemy się na miejscu. Jednym z takich absolutnych "must see" był dla mnie Jarocin. Dla pokoleń sprawa kultowa, kojarząca się nierozerwalnie z polskim rockiem i punkiem lat osiemdziesiątych. Ale nie tylko. Jarocin to symbol, zwany "wentylem bezpieczeństwa" nietypowy twór, który jakimś cudem funkcjonował w pełnym absurdów świecie schyłku PRL-u. Ta niezwykła historia skłoniła mnie do zgłębienia tematu bardzo mocno, choć nigdy w Jarocinie nie byłam. Nie czułam potrzeby, skoro i tak ten Jarocin, który najbardziej mnie fascynował, przeszedł już do historii. Obecnie to właściwie festiwal jak każdy inny, tylko tyle, że odbywa się w tym samym mieście co impreza sprzed trzydziestu lat.
Ostatecznie jednak, kiedy już tytuł magistra miałam na papierze, a obroniona praca traktowała właśnie o wielkopolskim festiwalu, myśl o zobaczeniu na własne oczy jak to teraz wygląda, zaczęła być coraz bardziej natarczywa. W końcu, po dwóch latach, wyprawa do Jarocina doszła do skutku. I nie, nie ciekawiły mnie koncerty (chociaż kilka kusiło, ale nie na tyle, żeby wydać lekką ręką 190 złotych na karnet). Chciałam zobaczyć miasto. Poczuć klimat. Wreszcie zwiedzić Spichlerz Polskiego Rocka, otwarty zaledwie rok wcześniej. Jakimś cudem przeczuwałam, że właśnie tam przede wszystkim unosi się dzisiaj duch dawnego Jarocina.
Zacznę od Spichlerza, bo właściwie było to pierwsze miejsce, do którego zajrzałam po przyjeździe do miasta. Pierwsze wrażenie - rewelacja! Na parterze, w chłodzie, znajdują się liczne stoliki i ławy wykonane z palet, gdzie strudzeni droga autostopowicze znaleźli upragnione płyny i ukojenie dla spalonych słońcem ciał. Rozpoczynało się właśnie spotkanie z dr. Bogusławem Traczem na temat publikacji Hippiesi, kudłacze, chwasty. Hipisi w Polsce w latach 1967-1975. Spotkań i wydarzeń w Spichlerzu w czasie trwania festiwalu było zresztą więcej - rozmowy z autorami (i bohaterami) promujące nowe wydawnictwa, koncerty, pokazy teledysków, warsztaty i wernisaże. Poza tym we wnętrzach przytulnej knajpki spotkać można było znane postaci polskiej sceny muzycznej, ale również tak znakomitych autorów, jak choćby Leszek Gnoiński, który spędził w Jarocinie chyba cały weekend.
Znaczki domowej roboty i czapka Budzego
Spichlerz to jednak nie tylko bar i świetne miejsce koncertowe, ale również, a może przede wszystkim, muzeum poświęcone polskiej muzyce rockowej, głównie rzecz jasna festiwalowi w Jarocinie. Na dwóch kondygnacjach znajdziemy bogatą ekspozycję prezentującą różnorodność polskiego rocka, poświęcone wybitnym zespołom (i osobistościom) sekcje pełne są muzyki, której słuchać można na rozmaite sposoby. Każdy kąt wypełnia muzyka, żaden fragment przestrzeni nie został zmarnowany. Nie zabrakło niezbędnych w muzeum eksponatow w postaci znanych atrybutów ludzi polskiej sceny muzycznej - zobaczyć można slynną czapkę Tomasza "Budzego" Budzyńskiego (pytanie, czy to TA czapka? podobno pierwowzór zaginął?), glany Renaty Przemyk, czy koszulkę wykonaną przez Roberta Brylewskiego. Na drugim piętrze zawisła także tablica z dworca w Jarocinie, która jeszcze do niedawna witała przybyłych pociągiem festiwalowiczów. 
Wizyta w Spichlerzu Polskiego Rocka to na pewno znakomita lekcja historii o polskiej muzyce rockowej, sposobność, by lepiej zrozumieć i poznać jej specyfikę. Jednocześnie muzeum skonstruowane jest według współczesnych standardów, dalekie jest od typowo "gablotkowego" systemu wystaw. Zapewniam, że zwiedzający w każdym wieku znajdą tu coś dla siebie. Jeśli jeszcze nie byliście w Spichlerzu, koniecznie odwiedźcie to miejsce!
No dobrze, było słodko, to teraz łyżka dziegciu. Kochani, jeśli naiwnie wierzyliście w to, że pojedziecie sobie do Jarocina i przeżyjecie najprawdziszy "punkowy" festiwal (chociaż jak słusznie zauważył Leszek Gnoiński, Jarocin nigdy festiwalem punkowym nie był...), to muszę Was rozczarować. Jeśli szukacie punkowego festiwalu, jedźcie na Rock na Bagnie. To, czym Jarocin jest w tej chwili, to... Festiwal jak każdy inny. Nic ponad to. Naprawdę poza marką, jaką daje nazwa miasta, nie ma tu nic szczególnego. Line-up każe się zastanawiać, czy organizatorzy mają jakąś spójną wizję imprezy i wiedzą, w jaką stronę zmierzają, co chcą osiągnąć. Czy firmują się nazwą Jarocin jedynie z czystego wyrachowania, czy może  mają jakiś pomysł na to, aby obecny kształt festiwalu miał JAKIKOLWIEK związek z dawnym Jarocinem, Ja odniosłam takie wrażenie. Zwłaszcza, że amfiteatr, gdzie nigdyś odbywały się koncerty, dziś zarasta trawą, jest pusty, podczas, gdy wokół pola koncertowego odpust trwa w najlepsze. Kolorowe karuzele, diabelskie młyny, atrakcje dla całej rodziny, myślę, że i wata cukrowa by się znalazła i wszystko inne, typowe dla wesołego miasteczka również. Naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, potężna wioska piwna, a tuż obok ogrodzenie obciągnięte czarną folią i wielka scena w szczerym polu. Zero klimatu, chciałoby się powiedzieć po młodzieżowemu i chyba nie ma w tym wielkiej przesady. 

Odpust czy festiwal muzyczny? 
Amfiteatr w Jarocinie... Smutny widok. 
Śmiało mogę podsumować wyjazd do Jarocina w ten sposób: doskonała wyprawa! Nigdy nie zapomnę podróży autostopem do kolebki polskich festiwali rockowych, bo to przecież między innymi tutaj Jurek Owsiak kształtował swoją wizję polskiego Woodstocku. 
To tutaj rodziły się legendy polskiej sceny, tutaj debiutowali wielcy dzisiaj wykonawcy, to tutaj zagrano setki koncertów, które po latach mogą wspominać z sentymentem obecni wówczas pod sceną. To właśnie Jarocin a nie żaden Kołobrzeg czy Opole, był miejscem, gdzie biło serce polskiej kultury, która zostawiła po sobie wyrazisty ślad. To tutaj warto, aby odbywał się wspaniały festiwal, który łączyłby stare i nowe, w przemyślany i rozsądny sposób. Bez skoku na kasę i grania legendą w imię zysku. Dla zysku, jak śpiewał Dezerter, ludzie giną i toczą się wojny... Nie chciałabym, aby coś tak wspaniałego jak festiwal muzyczny, bylo areną wojenną i konfliktowało ludzi. Zobaczymy, co przyniesie kolejna edycja. Może tym razem skuszę się na weekend w tym uroczym mieście? ;)

wtorek, 3 lutego 2015

Podwórkowi chuligani w kaszkietach

Hańba - jedno z mocniej brzmiących słów w języku polskim, chętnie używane przez entuzjastów archaizmów, ale także wszelkiego rodzaju krzykaczy, wielbicieli politycznych potyczek na poziomie poniżej parteru i innych. Długo by wymieniać. Na szczęście nasi dzisiejsi bohaterowie są dalecy od tego, choć z historią i polityką przecież mają związek nader ścisły. Bo mowa o zespole, o kapeli, zbuntowanej orkiestrze podwórkowej - jak sami o sobie mówią i piszą. Zaiste, lepszego określenia dla tej formacji szukać nie trzeba.
Wyglądają jak rasowa podwórkowa kapela, grają na instrumentach takich, jak dawne, podwórkowe kapele. Pamiętacie? Wpadali na podwórko, rżnęli głośno, śpiewali popularne, i często sprośne, piosenki, takie jak Mały biały domek, Hahary, Cicha woda czy klasyk wszelkich posiadówek, ognisk i wesel - Ukraina aka Hej Sokoły. Jeśli nie pamiętacie tych hałaśliwych band krążących po podwórkach, którym sąsiedzi zrzucali z balkonów drobniaki, a dzieci biegały za nimi wrzeszcząc, śpiewając i tańcząc, to znaczy, że albo jesteście bardzo młodzi albo spędziliście dzieciństwo na Marsie. Po co cały ten wstęp? Chciałabym, żebyście poczuli się jak ja, kiedy po raz pierwszy usłyszałam Hańbę na żywo. 
Bo to też było podwórko, drewniany podest/scena i gorący, letni wieczór. Muzykanci (przygotujcie się na to, że w tym tekście będzie sporo archaizmów, ot klimat) rozstawili się w rogach podwórza i pokrzykiwali jak przekupki albo gazeciarze. Rzucali kwotami i przykładami, ile można było kupić za taką a taką ilość złotówek czy groszy kiedyś, a ile trzeba wydać teraz... Nie nie, moi drodzy, nie w XXI wieku, w Stonce, ale w okresie międzywojnia, bo należy dodać, że wszystko, o czym sympatyczni panowie z Hańby śpiewają, osadzone jest w realiach Dwudziestolecia. Mamy więc piosenkę o prezydencie Narutowiczu, odę do cukru (który, jak wiadomo - krzepi), utwór o wiele mówiącym tytule Żydokomuna, czy Bij Bolszewika. Na stronie wydawnictwa Karoryfer Lecolds, czytamy o Hańbie w ten sposób: 
Od 1926 roku Polska nasza miała być uzdrowiona i naprawiona. W sferze politycznej zaprowadzony miał być porządek, a w sferze społecznej nowe, godne życie. Minęło już lat siedem, a wciąż uczciwie pracującego człowieka ledwie stać na bochenek chleba, tem gorzej, jeśli na jego utrzymaniu jest głodna rodzina. Naruszane jest prawo, ośmieszana konstytucja. Osiągnięciami infrastruktury i technologji zasłonić się próbuje problemy maluczkich - Polska zaczyna powoli przypominać Włochy faszystowskie.
W roku 1931 kilkoro muzykantów postanawia założyć wspólnie Orkiestrę Zbuntowaną, której muzyka ma ganić jawny gwałt na demokracji oraz pocieszać tych owem gwałtem pokrzywdzonych. Której muzyka niesie wrzeszczącą krytykę niesprawnego ustroju, wytyka palcem jego absurdy oraz przede wszystkiem - pięść wymierza prosto w twarz Sanacji.
 Właściwie mogłabym nie dodawać nic więcej, gdyby nie fakt, że miałam przyjemność zobaczyć zespół na żywo. A zapewniam Was, że warto. Bo Hańba to absolutny przebój koncertowy 2014 roku - zachwycili mnie swoją żywiołowością, autentycznością i fantastycznym kontaktem z publiką. Po koncercie afterparty ciągnęło się jeszcze długo - okazało się, że na melodię Whisky można zaśpiewać niemal każdy utwór, a koncert życzeń nie stanowi praktycznie żadnego problemu dla chłopaków z Krakowa. Piszę "chłopaków", ale członkowie Hańby to doświadczeni, dojrzali muzycy, którzy z niejednego pieca chleb jedli. I to słychać. Rewelacyjnie elastyczni, otwarci i skorzy do improwizacji, dali niebywały popis umiejętności muzycznych i wokalnych - aż chciało się śpiewać razem z nimi. Dlatego też polecam Wam Hańbę na żywo - jeśli tylko będziecie mieli okazję gdzieś ich zobaczyć. Punkrock w wydaniu na harmonię, tubę i mandolinę to jest zdecydowanie to, co musicie przeżyć.
Do tej pory wydali 3 albumy: Figa z Makiem Guma i gówno oraz Prosto w serce. Każda z płyt porusza tematykę zadeklarowaną przez zespół w Manifeście - szeroko zakrojoną krytykę polityki czasów sanacyjnych: od bezpośrednio adresowanych, po ogólne żale i wytykanie palcem zła i błędów. Wszystko to podane w swojskim sosie, wypełnione skocznymi melodiami, wykrzyczanymi wokalami, podbite pulsującym, zawrotnym rytmem bębna. Gdzieniegdzie da się wysłyszeć wplecione melodie znane każdemu Polakowi -  a to Prząśniczkę (szczególnie bliską sercu łodzianki), a to Z popielnika na Wojtusia. Hańba bawi się muzyką - nie dość, że nie chcą być cicho, to nic nie robią sobie z eksperymentowania z rozmaitymi gatunkami, które ni stąd i z owąd nagle wkradają się do piosenki i pozornie zakłócają rytm, w istocie tylko go podkręcając. Czyste szaleństwo!

Jeśli odpowiada Wam stylistyka takich projektów jak R.U.T.A. czy Pochwalone, zdecydowanie powinniście zapoznać się bliżej z Hańbą. To kolejny dowód na to, że punk rock odnalazłby się doskonale w każdych warunkach historycznych, gdyby nie został wymyślony dopiero w XX wieku.


Wszystkich utworów możecie wysłuchać na stronie Karoryfer Lecolds, a śledzić nadchodzące wydarzenia - np. na fb Hańby

środa, 17 września 2014

Summer Dying Loud - czyli jak dobijano lato w Aleksandrowie Łódzkim

Jak zapewne wiedzą wszyscy czytelnicy tego bloga, a inni za chwilę się dowiedzą, festiwale i koncerty są tym, co lubimy tutaj najbardziej. Muzyka na żywo to zupełnie coś innego niż słuchana z płyt, odtwarzanych na różnym sprzęcie, często w słabej jakości. A bywa i tak, że zespół na nagraniach nie zachwyca, ale za to na koncertach jest prawdziwą petardą. 
Ponieważ w Polsce metalowe festiwale zawsze mają pod górkę (nie brakuje u nas wprawdzie maniaków ciężkich brzmień, ale już z organizatorami jest gorzej) bo a to pani Gieni z pobliskiej parafii nie spodoba się "szatański" headliner a to bilety się nie sprzedają bo za drogo, a to wreszcie jakiś zagraniczny (czy też jeszcze inny) czynnik decyduje o tym, że dana impreza już do nas nie zawita. Są tacy, którzy się poddają i składają broń po kilku nieudanych próbach dotarcia do szerszej publiczności, a i walka z biurokracją może niejednemu zapewnić bezpieczny, biały kaftan. 
Do żadnej z powyższych grup nie należy na szczęście organizator Summer Dying Loud (wcześniej Rockowe Zakończenie Lata) w Aleksandrowie Łódzkim. Od 2009 roku impreza rozwija się w obiecującym kierunku, gromadząc coraz liczniejszą publiczność z całej Polski. Zagrali już tutaj m.in.: Acid Drinkers, Turbo, TSA, Illusion, Armia, Lipali, Luxtorpeda, Coma, Hey, Kat & Roman Kostrzewski, Flapjack, Corruption, Virgin Snatch i inne znane lub mniej znane zespoły. Od początku założenie było proste - stworzyć rockową imprezę i co ważne - z początku darmową. Dotychczas był to jednodniowy koncert, z dość rozbudowanym line-upem. Ale - jak wiadomo - apetyt rośnie w miarę jedzenia. W tym roku po raz pierwszy Summer Dying Loud trwał 2 dni - piątek oraz sobotę (12. i 13. września). Co bardzo ważne, przy dwudniowym, bardzo rozbudowanym składzie, ceny zachwycały - dwudniowy karnet w przedsprzedaży kosztował jedynie 25 zł, a jednodniowa wejściówka - 15. Dodatkowo część uczestników mogła skorzystać z darmowego pola namiotowego.  Krótko i zwięźle, jak to mówią amerykanie: shit just got real. Mamy solidny festiwal w centralnej Polsce. I chyba nic nie jest w stanie powstrzymać Tomka Barszcza, który z roku na rok, wraz z ekipą, staje na wysokości zadania, realizując przy okazji swoje marzenia i plany. Trzymam kciuki! A teraz co nieco na temat samych koncertów, bo przecież było ich sporo. 
Dzień 1:
Piątkowym "otwieraczem" był heavymetalowy Młot Na Czarownice. Nie wiem, czy była jakaś zmowa organizatora z MPK, ale moja obsuwa w dotarciu na miejsce, niemalże pokryła się z opóźnieniem startu imprezy - udało mi się dotrzeć pod koniec setu chłopaków, którzy prezentowali się dość klasycznie, z wyraźnymi inspiracjami Judas Priest (nieprzypadkowo wokalista wystąpił w koszulce kapeli Halforda). Panowie pokazali, że można zagrać solidnie dla niemal pustego placu, tak, jakby były tam nieprzebrane tłumy. Okazało się, że nie tylko oni musieli zmagać się z tym problemem, którego nie umniejszały upalne temperatury. Niemniej wczesna pora rozpoczęcia koncertów (około 16:00) musiała odbić się na frekwencji - zespoły otwierające raczej się z tym liczą, więc nie ma co biadolić. Przy okazji jednak lato, które tak hucznie zamierzaliśmy odprawić, nie dawało za wygraną i skłaniało do pozostania w cieniu aż do późnego popołudnia. Drugi zespół przyjechał aż z Krosna - mowa o Krusher. Wokalistka sporo opowiadała o autorskiej inicjatywie formacji, a mianowicie o festiwalu KrushFest, który odbędzie się w Jaśle 27.09 - gwiazdami mają być Vader i Vesania. Widok kobiety na wokalu w zespole metalowym zawsze budzi we mnie lekkie obawy - tutaj było na zmianę znośnie i zaskakująco. Prowadzący zapowiedział Krusher jako coś pomiędzy Iron Maiden a Closterkeller i to wydaje mi się najtrafniejszym porównaniem. Dorzuciłabym jeszcze inspirację Angelą Gossow lub innymi growlującymi paniami, jednak efekt nie do końca mnie zadowolił. A i muzycznie nie była to moja bajka. Astral Queen zaprezentowali już nieco inne brzmienie - było mrocznie, klimatycznie i ciężko, może nawet lekko "zamulająco", ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Fani My Dying Bride, Paradise Lost czy wczesnej Anathemy powinni być ukontentowani. Następnie sceną (i ludźmi pod nią) zawładnęła cienka kiełbasa, czyli niestrudzeni krzewiciele debil core'a - Kabanos. Ta kapela przyciąga już takie tłumy, że nie ma sensu nawet o tym wspominać, jednak to właśnie oni tego dnia zgromadzili jako pierwsi tak liczną publiczność. Wszyscy chóralnie odśpiewywali z Zenkiem Czołg, Ptaszka czy Buraki. Nie zabrakło tradycyjnego skoku w publiczność i innych atrakcji znanych z koncertów tego jakże rozkosznego bandu. Brzmienie wyrywało z kapci - była to zresztą cecha charakterystyczna wszystkich koncertów na Summer Dying Loud - z tego miejsca czapki z głów dla techniki. 
Kabanos
Po zabawowym Kabanosie przyszła pora na bardziej stonowane dźwięki - słuchaczy uraczył bowiem swoim występem - czy może raczej misterium - hipnotyczny Blindead. Ciężkie, powolne brzmienia tej sludge'owej kapeli przewalały się nad polem koncertowym i okolicą. Dezerter zaprezentował się w piątek jako przedostatni. Nie ukrywam, że na ich koncert czekałam tego dnia najbardziej. Smaczku całej sytuacji dodawał fakt, że tego wieczoru mieliśmy usłyszeć po raz pierwszy dwa utwory z nadchodzącej płyty, Większy zjada mniejszego.  Nowe kompozycje wypadły fantastycznie - stylistycznie podobne rzecz jasna do poprzednich dokonań polskiej legendy punk rocka (szczególnie ostatniej płyty - Prawo do bycia idiotą), ale przecież nikomu to nie przeszkadza. Mocno, głośno i przede wszystkim ostro pod względem przekazu - jak zawsze u Dezerterów. Poza tym na set złożyły się największe "przeboje", takie jak Polska Złota Młodzież, Dezerter, Plakat, Pierwszy Raz, Ku Przyszłości czy Ostatnia Chwila. [Co ciekawe, udało mi się też usłyszeć kolejne trzy utwory z nowej płyty w radiu, kiedy wracałam już do Łodzi - grunt, to wyczuć moment na odwrót ;)]. Jak zwykle było energicznie i bezkompromisowo, niemal bez chwili przerwy. Duża dawka zaangażowanej muzyki, w sam raz na zakończenie lata z przytupem. Ostatni wystąpili Decapitated - i tu zaskoczenie. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego - większego mroku? Miałam chyba mylne wyobrażenie na temat tej kapeli - uraczyli mnie niesamowitą dawką rock'n'rolla w ciężki wydaniu. Bujającą odmianą death metalu, która wprawiła w drżenie wszystkie moje organy wewnętrzne. Z rozdziawioną gębą obserwowałam co się dzieje na scenie i przez chwilę czułam się jak na Brutal Assault, gdy grali Six Feet Under. Niesamowita energia i moc, niepozbawione sensu i dalekie od łomotu - po prostu fenomenalny zespół w doskonałej formie. Wiem jedno - będę chciała więcej. 
Dzień 2: 
Sobota przywitała uczestników festiwalu kolejną falą upałów - doświadczenie kazało zostawić w domu ciężkie obuwie i przybiec pod scenę w trampkach. 
Jako pierwsi zagrali tego dnia Manipulation - niestety zobaczyłam jedynie końcówkę ich występu, na tyle niereprezentatywną, że udało mi się jedynie zarejestrować całkiem niezły wokal. Internal Quiet - ci panowie grali u siebie, w związku z czym mieli też i publiczność. NWOBHM ma się w naszym kraju całkiem nieźle, a jeśli dorzucić do tego klawisz, no to... przyznam, że brzmi to ciekawie. Nastąpiły ponownie próby zaktywizowania publiczności zgromadzonej głównie pod parasolami gastronomii, w chłodnych zakątkach zagrody piwnej - niestety, średnio udane. Muzycznie było bardzo dobrze pod względem wykonawczym, jednak to już nie moja bajka, w związku z czym pozostawię pochwały innym. Na mnie wrażenie zrobił wokalista, który momentami osiągał naprawdę godne pozazdroszczenia rejestry. Muzycy Spirit, chcący utrzymać wokół siebie atmosferę tajemniczości, wystąpili w maskach. Udowodnili, że można o tej porze grać dość skomplikowaną muzykę, bogatą w zmiany tempa a jednocześnie brutalną i ciężką. Zapewne jednak dużo lepiej słuchałoby się takich dźwięków pod osłoną nocy. 
Rust
Kiedy na scenę wyszli Rust z Poznania i zaczęli grać, moje małe, czarne serduszko zabiło szybciej. W końcu ktoś wpadł na to, żeby połączyć Led Zeppelin z AC/DC, a może nawet Airbourne! Ależ to była energia - petarda, której kompletnie się nie spodziewałam. Stałam oczarowana, bo i było na co popatrzeć. Panowie kompletnie zatracają się w muzyce, którą grają (a robią to rewelacyjnie) i szaleją na scenie jak opętani. Coś pięknego - rock'n'roll w czystej postaci. Fantastycznie bujające dźwięki, niesamowity groove i "amerykańskość" brzmienia - pewnie niektórzy mogliby łatwo dać się oszukać, że zespół pochodzi właśnie ze Stanów. Brawo! W końcu ktoś zaciągnął mnie pod scenę! Ale na tym nie koniec sobotnich niespodzianek. Kolejny naładowany energią koncert dali Lostbone - znowu kapela,którą gdzieś tam widziałam i mi się nie podobała, a tutaj... Po prostu rozstawili wszystkich po kątach i pokazali, jak się gra na luzaku ale z kopem godnym hardcore'a. Fajna, zabawowa załoga, widać było, że granie sprawia im niesamowitą frajdę. Ludziom pod sceną ewidentnie udzieliła się ta swobodna atmosfera, bo w końcu mogliśmy obserwować bezustannie kręcący się młyn i inne typowo koncertowe szaleństwa. Dodatkowym atutem zespołu jest kapitalny wokalista, którego kontakt z publiką zasługuje na osobne oklaski. Następnie zagrał None, czyli załoga, która zawsze wpędza mnie w konsternację. Niby wszystko gra, niby jest fajnie, ciężko i tak jak trzeba, ale jednak do mnie nie przemawiają. Coś mi tam nie pasuje i nigdy nie umiem się do nich przekonać. Choć trzeba powiedzieć, że koncerty są profesjonalne i gromadzą konkretną publikę, to jednak nie jest to muzyka dla mnie. Ale przecież na festiwalu nie chodzi o to, żeby bez przerwy siedzieć pod sceną - trzeba dać uszom odpocząć ;). 
Corruption
Corruption - można powiedzieć, że to już właściwie weterani Summer Dying Loud, bo zagrali w Aleksandrowie po raz drugi (poprzednio w 2011 roku). Przy notatkach z festiwalu mam przy nich tylko jedną uwagę: "CZAD!", bo to krótkie słowo najlepiej oddaje, jakie są koncerty Corruption. Nogi same rwą się do tańca (jaki by on nie był) i - jeśli znamy teksty - usta do śpiewania. Stoner jest ostatnio tym, co mnie buja najlepiej, więc panowie trafili w mój gust perfekcyjnie i cały czas nucę sobie: "I am an unbeliever / Your pain / And Deceiver / Call me devileiro / But my name is Lucifer / Light bearer / Morning star / Evil one / Rebel is my name".  Zespół ostatnio przechodził trudny okres (odejście wokalisty - Rufusa i perkusisty), jednak jak było widać, radzi sobie doskonale. Nowe kompozycje (z albumu Devil's Share), które zaprezentowali w Aleksandrowie, także nie pozostawiają złudzeń - Corruption nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Po dawce stonera przyszła pora na rodzimą odmianę metalu, czyli zespół Hunter. Choć od fanowania Hunterowi jestem daleka, to trzeba im przyznać, że są niezłomni i konsekwentni w tym, co robią. Mają swoją grupę docelową, do której trafia ich przekaz, w związku z czym nie mogą narzekać na brak wsparcia. Szkoda tylko, że poprzednie zespoły musiały skracać swoje sety do granic przyzwoitości, a Hunter zagrał aż 4 bisy. Tyle na ten temat z mojej strony. Co do Riverside, które zamknęło tegoroczną edycję Summer Dying Loud, to rzecz jasna był to niesamowicie klimatyczny występ, pełen wysmakowanych melodii, których nie trzeba reklamować, ponieważ bronią się same. Dobrze było uspokoić głowę przed powrotem do domu, więc wybór Riverside jako ostatniej kapeli z pewnością był trafiony. Panowie zamykali jednocześnie dwuletni okres koncertowania, po którym zamierzają stworzyć i nagrać nowy album - kibicuję im mocno, bo jest to jeden z naszych najlepszych towarów eksportowych. 
Podsumowując - udana, bardzo dobrze ro(c)kująca impreza. Świetnie wyważony line-up, cieszy to, że nie tylko dla muzyki metalowej znalazło się miejsce (mam nadzieję, że ta tendencja zostanie utrzymana). Jeszcze bardziej raduje mnie fakt, że w samym sercu Polski powstaje świetna, porządnie zorganizowana impreza, której kierownik ma głowę na karku i zna się na muzyce - wróży to świetlaną przyszłość, której życzę Summer Dying Loud bardzo mocno. Oby tak dalej! 

Fot. TNT

środa, 25 czerwca 2014

Let's Go Murphys! Stodoła, 19.06.2014 - Dropkick Murphys

Warto, abyście od czasu do czasu przeszli się na koncert w dobrym towarzystwie. Grupa znajomych, przyjaciół czy kumpli, którzy podzielają wasze zamiłowanie do danej muzyki albo zespołu, to gwarancja wspólnej, świetnej zabawy. 

fot. Karolina Fira
Czerwcowego maratonu koncertowego ciąg dalszy - tym razem wybrałam się do Stodoły, by wspólnie ze znajomymi cieszyć się skocznym repertuarem bostońskiej załogi z Dropkick Murphys. Od momentu otrzymania biletu odliczałam dni, kiedy zobaczę ich na żywo. Ostatni raz zespół pojawił się w Polsce dwa lata temu, także w Stodole. Pora była jednak mniej sprzyjająca, finanse gorzej niż marne, a z resztą bilety wyprzedały się na pniu. Tym razem jednak Amerykanie zaplanowali u nas dwa koncerty - 18.06 w Krakowie i 19.06. w Warszawie. Były one częścią sporej, europejskiej trasy. Nie mogłam tego przegapić.


Dotarliśmy na miejsce pod koniec setu Molly Malone's, którzy otrzymali zadanie rozgrzania publiki. Widziałam zespół rok temu, podczas Summer Riot Open Air Festival w Czersku, także nie czułam wielkiego przymusu oglądania ich popisów, zwłaszcza, że nieszczególnie przypadli mi do gustu. Polskie teksty, klimat zdecydowanie bardziej szantowy niż w przypadku głównej atrakcji wieczoru - po prostu chłopaki z Giżycka.  Nie odmawiam im animuszu, trudno też nie zauważyć, że to wesoła kompania. Ale dla mnie po prostu grają zbyt lekko (jednak jeśli ktoś lubi szanty i pasują mu polskie teksty, to na pewno powinien ich sprawdzić). Dzięki nim mieliśmy jeszcze odrobinę czasu po wejściu do klubu - stoisko z koszulkami było oblegane, kolejki ogromne. Nic dziwnego - ceny, jak na zagraniczny merch były przystępne, wzory kapitalne a obsługa błyskawiczna.
fot. Karolina Fira
Start koncertu zaskoczył naszą rozbawioną kompanię i mało brakowało, a przegapilibyśmy pierwszy utwór. W porę stawiliśmy się pod sceną i zajęliśmy całkiem wygodne miejsca. Stodoła nie była może zapchana, ale na pewno zapełniona w większej części - tłum gęstniał z każdą minutą. Wreszcie pojawili się wszyscy muzycy i zaczęło się! Chłopcy wrócili, by trochę namącić - The Boys Are Back to świetny numer na początek. Publiczność śpiewała każdy refren, a niekiedy i całe utwory - genialnie zgrywało się to z ich hymnową formą. Klaszczący, rozentuzjazmowany tłum szalał od pierwszej do ostatniej minuty koncertu. Właściwie cały set składał się z hitów - po kolei: Citizen CIA, Black Velvet Band, Don't Tear Us Apart, Going Out In Style - wszystko pięknie wyśpiewane przez fanów, zagrane z pełnym zaangażowaniem przez zespół. Nie mogło oczywiście zabraknąć takich przebojów jak The Wild Rover, The Walking Dead, Johnny I Hardly Knew Ya, Vengeance, Fields of Athenry, Barroom Hero (wstęp chóralnie odśpiewany wraz z publicznością), Rose Tattoo który pobudził chyba wszystkich tych, którzy wcześniej nie śpiewali. Główną część setu zakończył oczywiście I'm Shipping up to Boston. Dziwił brak State of Masachussets, który nie pojawił się także podczas bisów. Otrzymaliśmy za to solidną dawkę energii na koniec koncertu, bo aż pięć numerów, z czego aż cztery z fanami na scenie! Drugie wejście zaczęło się od Out of Our Heads, a już na Kiss Me, I'm Shitfaced, dziewczyny z sali zostały zaproszone na scenę. Tłumek powiększył się na Skinhead of the MBTA, gdy dołączyli panowie, chętni do zabawy na scenie z zespołem. Właściwie cały bis był jednym wielkim medleyem - zespół płynnie przechodził od jednego kawałka do drugiego, niemalże bez wytchnienia. Na zakończenie zagrali jeszcze Boys on the Docks i tym optymistycznym akcentem pożegnali się z polską publiką, która wraz z nimi klaskała i śpiewała do upadłego.

Zdobycz koncertowa TNT
Opinie po koncercie były jednoznaczne - wspaniale, lepiej, niż poprzednio! Faktycznie, jeśli spojrzeć na set, to przeważały dwie płyty: Warrior's Code (czyli hit na hicie hitem pogania) oraz Signed and Sealed in Blood. Kiedy poprzednio zespół grał w Warszawie, przeważały utwory z promowanej wówczas płyty czyli Going Out In Style - tym razem pojawiło się zaledwie parę kompozycji z tego krążka. Rozkład jady ewidentnie nastawiony był na przebojowe numery, przy których większość zebranych będzie się doskonale bawić. I tak też było - operacja się udała, pacjent nie przeżył - pacjent zwariował i uciekł z sali operacyjnej wołając: "LET'S GO MURPHYS!!!". 

Muszę przyznać, że był to jeden z najbardziej energicznych koncertów, jakie w życiu widziałam. Niesamowity czad i ogromne pokłady pozytywnej siły płynące ze sceny. Zaangażowanie całej kapeli było fenomenalne - próżno tam szukać znudzonego odgrywaniem po raz tysięczny tej samej melodii pozbawionego zapału grajka. Pełna mobilizacja i zabawa na maksa - coś, co udzieliło się w stu procentach publice, bo raczej ze świecą tam szukać kogoś, kto by chociaż nie potupywał. Atmosfera dobrej imprezy w pubie, gdzie nikt nie przejmuje się tym, co spotyka go na co dzień. Tutaj może odreagować, zapomnieć, zatracić się w genialnej, doskonale zagranej muzyce, wykrzyczeć wraz z tłumem teksty piosenek. Tego potrzebuje od czasu do czasu każdy z nas. To był naprawdę świetny wieczór! Dziękuję wszystkim, którzy tak pięknie bawili się wraz z nami w Stodole. Publika spisała się na medal, tak samo jak zespół.
LET'S GO MURPHYS !!!

niedziela, 15 czerwca 2014

Bogowie w Łodzi czyli czarna ekstaza. Black Sabbath, Atlas Arena, 11.06.2014

Zacznę od tego, że gdy zaczynałam swoją przygodę z koncertami, nigdy nie spodziewałabym się, że te najważniejsze w życiu zobaczę w rodzinnym mieście. Jeszcze kilka lat temu łodzianie z sentymentem wspominali Iron Maiden w Hali Sportowej w 1984 i 1986 roku i nikomu nie śniło się, że zagrają u nas takie sławy jak Black Sabbath, Slayer, Aerosmith, Depeche Mode, Rammstein czy ponownie Iron Maiden. A jednak. W końcu jest obiekt, który doskonale spełnia swoją funkcję, przyciągając z najdalszych zakątków Polski (i nie tylko) fanów mocnego grania. Wiem, że Atlas Arena ma już kilka lat, ale jednak nadal nie mogę wyjść z podziwu, że to się dzieje tutaj, w centralnej Polsce, w mieście, które cieszy się tak fatalną sławą w całym kraju (niesłusznie zresztą). Takie wydarzenia to nie tylko historyczne momenty dla mnie i dla tysięcy innych fanów muzyki, ale także pozytywna reklama dla miasta (to, jak zostanie ów potencjał wykorzystany zależy już tylko od włodarzy Łodzi). Mam nadzieję, że koncertów tutaj będzie jeszcze więcej i kolejne gwiazdy zagoszczą na łódzkiej ziemi. A tymczasem chciałabym się podzielić z Wami moimi wrażeniami z występu światowej legendy, którą nieprzypadkowo wymieniłam na początku mojej wyliczanki. Panie i Panowie, Black Sabbath zagrali w Łodzi! I to jak! 

Zacznę może od minusów, bo jednak trochę ich jest. Nie będę ani jedyną, ani pierwszą, która narzeka na LiveNation. Chwała im za to, że robią u nas koncerty wielkich, światowych kapel. Ale ceny rosną w tempie kosmicznym, coraz to nowe sposoby biletowania są nie do przyjęcia, a line-up często zadziwia - w sensie bardzo negatywnym. Owszem, cieszy fakt, że dzień po dniu zagrali w Łodzi Black Sabbath i Aerosmith. Ale poza nimi właściwie pustka, nic ciekawego, żadnych sław, jeno ochłapy. Wybaczcie takie określenie zespołów, które zagrały na Impakcie w godzinach poprzedzających występy głównych gwiazd, ale faktem jest, że może ze dwie nazwy cokolwiek mi mówiły, a reszty nawet nie chciało mi się sprawdzać. Nie od dziś wiadomo, że w Polsce zazwyczaj wszelkie festiwale (z nielicznymi wyjątkami, najczęściej już niefunkcjonującymi) to występ jednej mega gwiazdy i kilku "popierdółek", które mają zająć czas publice i zapewnić więcej niż jedną linijkę na plakacie. Wszędzie na świecie, jeśli mamy duży festiwal, SZCZEGÓLNIE taki trwający kilka dni, to takich "pocisków", absolutnych must-see, jest co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście. Jeśli popatrzymy sobie na rozkłady jazdy wszelkich zachodnich festiwali, to złapiemy się za głowę, bo większość z nas nie byłaby w stanie ogarnąć tylu wspaniałych koncertów jednego dnia (czego przykładem Brutal Assault, gdzie planowałam zobaczyć połowę składu, a widziałam może 1/6). 
No ale dość narzekań, bo nie po to tu przyszliście, prawda? ;)

Przejdźmy do meritum, a jest o czym pisać. Na koncert Black Sabbath czekałam z wielką niecierpliwością, choć nigdy nie byli moim numerem jeden. Owszem: szacunek, podziw, znajomość utworów - jak najbardziej, ale o jakimś ogromnym fanowaniu mowy nigdy nie było. Świadomość wielkości i legendarności Sabbathów zdecydowała o tym, że musiałam tam być. Poza tym zwykła, ludzka ciekawość. Zobaczyć na żywo Księcia Ciemności i Tony'ego Iommiego, który zawsze jawił mi się jako niesamowicie sympatyczny człowiek z diabłem w dłoniach, no i oczywiście Geezer Butler - kolejny element układanki. Kto zasiada za perkusją nie miałam szczerze mówiąc zielonego pojęcia - wiadomo było tylko, że zapewne jakiś młodzian (okazał się nim Tommy Clufetos). Niemniej podniecenie było spore, zwłaszcza, że byłam świeżo po koncercie Nine Inch Nails i spodziewałam się solidnego łomotu. Który dostałam. I to aż nadto. 
Mało brakowało, a spóźnilibyśmy się na początek występu. Właśnie przemierzaliśmy wnętrze Atlas Areny, kiedy rozległy się dźwięki intro i  nawoływania Ozzy'ego. Nie pozostało nam nic innego, jak porzucić myśli o wietrzeniu głów i biec w stronę płyty. Setlista niewiele odbiegała od innych z europejskiej części trasy - na początek dostaliśmy War Pigs, pięknie odśpiewane przez publiczność. Podobnie jak inne numery, które w miarę możliwości wydarłam z gardła tego wieczoru, niesamowitym uczuciem było odśpiewanie ich z oryginalnym wykonawcą. Co za ulga! Nareszcie to żaden cover-band ani początkujące szarpidruty, ale faceci, którzy naprawdę wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi! Kiedy zdajesz sobie sprawę, że stoisz naprzeciwko ludzi, którzy wymyślili ten cały metal, to skóra cierpnie i chłoniesz wrażenia wszystkimi porami na ciele. Później Into the Void z Master of Reality, Under the Sun/Every Day Comes and Goes z Vol. 4  i Snowblind z tej samej płyty. Następnie coś z ostatniego krążka czyli Age of Reason - nowe numery brzmią naprawdę świetnie, bo zarówno God is Dead, End of the Beginning jak i właśnie Age of Reason doskonale wpasowują się w filozofię "gramy jakby nadal były lata siedemdziesiąte, a w muzyce niewiele się po nas wydarzyło". I ta filozofia działa. To po prostu doskonałe uzupełnienie arsenału mistrzów kopania dupska niskimi tonami i piekielnie mocarnym brzmieniem. 
Po odrobinie nowego materiału wracamy do tego, po co głównie przyjechały tłumy - słodkie dla uszu starocie: Black Sabbath, Behind the Wall of Sleep, N.I.B.. W międzyczasie zmieniliśmy miejsce - z końca płyty przenieśliśmy się na górę trybun, centralnie naprzeciwko sceny. I tutaj wszystko brzmiało jeszcze lepiej. Moc to zdecydowanie za małe słowo, by opisać to, jak niesamowicie brzmiał w Atlas Arenie Black Sabbath. Stare numery, które znam z nagrań o różnej jakości, wstrząsały całym moim ciałem, przepełniała mnie ekstaza, że jestem tu i teraz, a w głowie tłukło się jedno pytanie - dlaczego przez całe swoje życie nie słuchałam od rana do wieczora wyłącznie Black Sabbath!? Przecież są najlepsi na świecie! Tak, w tym momencie istniał tylko ten jeden zespół, tylko to było ważne. Pełne wyłączenie. Chyba o to chodzi w muzyce, prawda? Takich doznań oczekujemy! Po powrocie do przeszłości przerwa na nowość z 13 - End of the Beginning a następnie Fairies Wear Boots, Rat Salad i wreszcie Iron Man. Przez cały czas Ozzy sprawdzał "jak bardzo jesteśmy szaleni" i pohukiwał do mikrofonu: "U-hu!" i za każdym razem coraz więcej gardeł mu odpowiadało. W końcu chyba cała publiczność dała się wciągnąć w tę zabawę, która jest zdaje się stałym elementem widowiska, ale to nieważne - było to (wybaczcie słowo) przesłodkie i tak urocze, że nie mogłam patrzeć w stronę sceny z wyrazem twarzy innym, niż szeroki uśmiech (względnie wymieszany z bezgranicznym uwielbieniem). Drepczący po scenie staruszek miał w sobie więcej charyzmy niż niejeden mięśniak huczący niezrozumiale mroczne teksty. I to jest wielkość, to jest klasa, proszę państwa! Do tego Tony Iommi, człowiek tak niesłychanie spokojny i wyluzowany, a przy tym skromny i jakby nieco nieśmiały - na tej wielkiej scenie, taki mały człowieczek z gitarą, trącający niby od niechcenia kilka strun, z których płyną melodie wzbudzające ekstazę tłumów. Magia.  Na Rat Salad otrzymaliśmy też solidny łomot od perkusisty, który zaprezentował taki warsztat, że opadły nam kopary z wrażenia. I zawsze, kiedy myśleliśmy, że się chłopina zmęczył, że to już koniec i teraz będzie następny numer, on nie miał dość i łomotał dalej i to łomotał tak, że aż wnętrzności drgały. Nie było miejsca na zbędne gadanie, bo za chwilę dostaliśmy Iron Mana odśpiewanego przez całą salę, a potem God is Dead? Później zaskoczenie w postaci Dirty Woman - nie wiem, czy grali to na wcześniejszych koncertach, ale dla mnie była to chwila wytchnienia po szaleństwie i odpoczynek przed wielkim finałem, który wkrótce miał nastąpić. Na koniec setu dostaliśmy Children of the Grave. Bisem było oczywiście Paranoid (podstępnie rozpoczęte wstępem do Sabbath Bloody Sabbath) - wisienka na torcie i sygnał, że to już definitywnie koniec. 
To był niezwykły koncert. Jeśli nie byliście - żałujcie i zróbcie wszystko, aby zobaczyć Sabbs na żywo (póki żyją). Jeśli byliście - zapewne rozumiecie moją euforię i podzielacie pozytywne wrażenia. Atlas Arena zasłużyła na Order Uśmiechu za taką ilość endorfin, którą tego wieczoru wyprodukowało kilka tysięcy fanów metalu zgromadzonych w jej murach. Wszystko się zgadzało - tak organizacyjnie jak i muzycznie. 
Jeden minus - ZA KRÓTKO! Chcemy jeszcze! Uczepiłam się jednak nadziei, że jeszcze tę zgraję emerytów u nas usłyszmy, bo chyba im się podobało. 

środa, 11 czerwca 2014

Usprawiedliwieni, oczyszczeni, uświęceni - Nine Inch Nails, Spodek, 10-06-2014

Szanowni Państwo, chyba nadszedł czas na reaktywację bloga, nie sądzicie? :) A jeśli już mam to robić, to zamierzam zacząć z przytupem! Na dobry początek nowego rozdziału zapraszam do lektury entuzjastycznego i zupełnie świeżutkiego tekstu na temat koncertu Nine Inch Nails w Polsce, który odbył się 10.06.2014 - czyli dokładnie wczoraj wieczorem. 


Na spotkanie z Trentem Reznorem (oczywiście z perspektywy publiczności) czekałam kilka lat. Poprzedni koncert, w Poznaniu, przeszedł mi koło nosa ze względów czysto materialnych, ale tym razem postanowiłam nie odpuścić. Dodatkową zachętą był fakt, że koncert miał się odbyć w Spodku, który po remoncie podobnież zachwyca. No, może nie zachwyca, ale jest funkcjonalny - to nie Atlas Arena, z której wychodzi się pół godziny. Fakt, że nie tak duży, ale z pewnością na koncerty tego typu nadaje się idealnie. Trudno mi stwierdzić, jak liczna była publiczność, ale na pewno kilka tysięcy osób stawiło się tego wieczoru w Katowicach. W okolicy roiło się od czarnych koszulek z logo NIN, a podniecone szepty rozważające kształt setlisty słyszałam już w drodze na Śląsk (pozdrawiam współpasażerów autobusu!). W powietrzu dało się wyczuć podniecenie, potęgowane niesamowitym upałem. Warto jednak było zachować trochę sił na wieczór. 
Organizacja stała na bardzo wysokim poziomie - tak wysokim, że trudno było wejść do Spodka bez dowodu osobistego - pamiętajcie, by zawsze mieć go przy sobie! ;] Na terenie obiektu znajdowały się stoiska (tak, liczba mnoga!) z koszulkami i gadżetami dla spragnionych pamiątek, ale ceny odstraszyły mnie skutecznie od bliższego zapoznania się z ofertą. Przyjechałam na koncert i na nim postanowiłam się skupić. 

Golden Circle (lub jak kto woli - Sektor 1) nie było tak wielkie, jak mnie straszono, ale i tak zajmowało chyba połowę udostępnionej publiczności części płyty. Było na tyle luźno, że w trakcie koncertu udało mi się zarówno poskakać jak i przemieścić w stronę środka sceny, a także nieco bliżej barierek. Dało się nawet oddychać,a  panowie ochroniarze podawali wodę z butelek i polewali publiczność dla ochłody. Luksusy, panie. 
Ale przejdźmy do sedna. Koncert. 
Zespół zaczął od rzeczy nowszych, które, przyznaję, znam słabo albo wcale. Nie ukrywam, że jestem fanką staroci, ale po tym, jak usłyszałam nowości (dla mnie) na żywo, z pewnością obadam wersje studyjne. Na początek poleciało więc, niemal bez przerwy: Copy of A (niesamowicie entuzjastycznie przyjęty przez wypoczętą jeszcze publiczność), 1,000,000, Letting You. Później zwrot w stronę starszego materiału i moje serce podskoczyło niemal do gardła - March of the Pigs (pięknie zakończone lirycznym And doesn't it make you feel better? po tym, jak publiczność już zaczęła oklaskiwać zespół na krótkiej pauzie...). Piggy skandowane przez całą publiczność, a później nastrojowe przejście do The Frail i The Wretched. Następnie Burn, o którym kilkadziesiąt minut wcześniej rozmawialiśmy - przypadek? Nie sądzę ;). Później szalone Gave Up i młyn pod sceną, a potem coś, na co czekałam na pewno nie tylko ja (chociaż może to tylko mój fetysz zwany Pretty Hate Machine...) czyli Sanctified. W innej wersji - trudno oczekiwać, aby zespół tak specyficzny jak NIN grał przez tyle lat ten utwór tak, jak na płycie - w wersji jeszcze bardziej poruszającej i cudownie emocjonalnej. Naprawdę czułam się w tamtej chwili, w tamtym momencie oczyszczona i uświęcona (fragment tekstu: "(...) I am purified. I am sanctified") - choćby po to warto było wieźć tyłek przez pół Polski. Po to, żeby znaleźć się "bliżej boga", również, bo przecież po chwili zabrzmiały pierwsze dźwięki Closer i wszyscy pod sceną zwariowali. To dość ciekawe uczucie krzyczeć z tłumem spoconych ludzi: "I wanna fuck you like an animal. I wanna feel you from the inside"!


Po emocjach związanych ze starszymi utworami, chwila wytchnienia i klubowy klimat, gdzie DJ-em jest sam Trent Reznor: Disappointed, The Warning, The Great Destroyer. Ostatnia prosta to już same hity: na początek coś z Downward Spiral, czyli Eraser, po nim Wish - ostatkami sił skaczemy, krzyczymy tekst razem z Trentem. Skupienie i fokus na scenę - to nasze ostatnie minuty, chcemy je dobrze wykorzystać, wchłonąć każdy dźwięk. To samo na The Hand That Feeds i Head Like a Hole - całe teksty wykrzyczane i wyśpiewane razem z Trentem przez publiczność. Oddanie, pełne zaangażowanie i jedność. Piękne.

Na bis dostaliśmy niestety tylko jeden numer - Hurt. Wersja koncertowa znana mi przecież tak dobrze, jest niczym w porównaniu do przeżycia tego osobiście. Sądziłam, że nic mnie już nie zaskoczy, nie wzruszy. Tymczasem Hurt jest utworem na tyle poruszającym, że dokopał mi ostatecznie, dzięki czemu opuściłam Spodek kompletnie zdruzgotana wielkością Nine Inch Nails. Jednocześnie podbudowana, szczęśliwa i zgnieciona jak robak. Zespół jest tak perfekcyjnie zgrany, że nie umknie totalnie żadna nutka. Wszystko jest perfekcyjne. Przerażające to ale i wspaniałe. Godne podziwu, który przepełnia mnie nadal, choć przecież to już historia. Naprawdę, czapki z głów. Zobaczcie Nine Inch Nails na żywo, jeśli będziecie mieli okazję. Niezapomniane przeżycie. 


piątek, 8 marca 2013

Ewolucja stylu: Gars – Gruzy Absolutu Rewizja Symboli

Trójmiejscy Gars powrócili po nieco ponad roku z drugim albumem studyjnym. Przez kilkanaście miesięcy od premiery Gdzie akcja rozwija się musieli uzbierać nie tylko sporo dobrych pomysłów kompozycyjnych wykorzystanych na płycie, ale z pewnością zebrali również mnóstwo niezbyt pozytywnych emocji. W tekstach oprócz nich znalazły się też pewne drażliwe kwestie z historii – światowej i polskiej. Gruzy Absolutu Rewizja Symboli to płyta z korzeniami w hardcorze, ale z post-metalową, duszną i przy pierwszym kontakcie bardzo nieprzystępną atmosferą. Jest ciężko, brutalnie, depresyjnie. I, co najważniejsze – szczerze. Pierwsze zetknięcie z płytą z pewnością u wielu słuchaczy zrodziło pytanie – skąd takie tytuły utworów? Jak nietrudno się domyślić, te ciągi cyferek to daty. Kilka z nich większość rozpozna od razu, część osób w poszukiwaniu powiązania ich z wydarzeniami zajrzy do internetu. Pomysł trafiony, choć w pewnym sensie narzuca interpretacje tekstów z góry. W każdym razie – kto chce, to pogrzebie głębiej, doszukując się źródeł, które mogły zainspirować Przemka Lebiedzińskiego

\
Album otwiera jedyny kawałek instrumentalny w tym zestawie, z datą premiery wydawnictwa w tytule. To taka cisza przed burzą: jeszcze jest lekko, dość przestrzennie, melodyjnie, może nieco melancholijnie; ten klimat idealnie podkreślają dźwięki altówki. Partie tego instrumentu zagrał na Gruzach... Krzysztof Jakub Szwarc z zespołu o łamiącej język nazwie: Nieszksypczrze. Drugi numer jest już zdecydowanie bardziej reprezentatywny dla całego materiału. Do 270492 powstał również teledysk, więc można ten utwór traktować jako „singiel” - i faktycznie, jest to jeden z bardziej chwytliwych momentów płyty. W nim również w pełni już słychać to, co jednych może odrzucić, innych z miejsca przekonać: charakterystyczne, nawiązujące do sludge'u (i nie tylko zresztą) brzmienie. Walcowate, ciężkie, z wysuniętym do przodu basem i jakby nieco wycofanymi, choć szorstkimi i agresywnymi gitarami. Trochę razić może podejście do wokalu – jeśli „Piołun” nie krzyczy (a jest to jego główny sposób ekspresji na tej płycie), to jego głos czasem ginie w ścianie instrumentów. Nie warto jednak zrażać się takim podejściem do produkcji i miksu – polecam sięgnięcie po słuchawki i wysłuchanie Gruzów... w skupieniu, wyłapując brzmieniowe niuanse. Za miks i mastering płyty jest odpowiedzialny Jack Endino – inżynier dźwięku i producent, współpracujący niegdyś z takimi sławami, jak Nirvana, Mudhoney czy Soundgarden. Nietrudno zatem również o skojarzenia z brudnym, grunge'owym brzmieniem lat 90-tych. Wracając do kompozycji - 270492 to także pierwszy utwór z tekstem, a w nim: brutalny obraz miasta w państwie opanowanym wojną domową. Teoretycznie warstwa liryczna pasuje do każdego tego typu konfliktu, jednak data w tytule wskazuje, o jakie wydarzenie sprzed 23 lat chodzi – chętni mogą zajrzeć, jak już wspomniałem. Kolejny utwór to wstrząsająca relacja porwanego przez terrorystów człowieka – tekst, choć może miejscami zbyt dosadny, zostaje na długo w głowie, tym bardziej w połączeniu z muzyką. Kompozycja w pewnym momencie wycisza się, gra coraz mniej instrumentów, a w końcu zostaje tylko monotonny, transowy rytm grany przez perkusistę. Brzmi to jak hołd dla ofiar terroryzmu i ich rodzin – tym samym według mnie to najbardziej przejmujący utwór na Gruzach.... 111111 to swego rodzaju „reportaż” z manifestacji organizowanych przez skrajne światopoglądowo środowiska w czasie polskiego Święta Niepodległości. Hasła obu stron wykrzykiwane przez Lebiedzińskiego i kolejnego gościa na płycie, Marzenę Drzeżdżon, w otoczeniu wściekle atakujących, gitarowych riffów zyskują na sile. Symboliczne znaczenie ma zamiana ról „politycznych” w tym wokalnym duecie w drugiej połowie utworu i podsumowujący komentarz - „niejeden broniąc swych słów/zmienia frustracje w kamienie/niejeden porwany przez tłum/przestaje mieć dla siebie znaczenie”. Społeczno-polityczny wydźwięk ma też warstwa liryczna 010504 z wymownym w czasach konsumpcjonizmu pytaniem: „Kto jest moim właścicielem?” czy jeszcze mocniej kontestujący globalizację i kapitalizm tekst 260112. Ostatni na liście utworów 120399 muzycznie stanowi świetne zamknięcie płyty – znów pojawiają się łagodniejsze dźwięki, przede wszystkim za sprawą głosu drugiej wokalistki (Asi Kucharskiej z Kiev Office), udzielającej się na płycie. Jej partie pozornie nie pasują do wykrzyczanego przez wokalistę Garsów tekstu, krytykującego NATO (ale i mającego odniesienie do właściwie każdego innego sojuszu militarnego) – jednak ten prosty kontrast: agresywne skandowanie-ciepły śpiew na długo zapada w pamięci i ma w sobie coś bardzo chwytliwego, choć do tradycyjnie pojmowanego przeboju mu daleko. 
 Reasumując: Gars na drugim pełnowymiarowym albumie pokazali swoje cięższe, mroczniejsze oblicze, brutalniejsze zarówno w warstwie instrumentalnej, jak i tekstowej. O ile w przypadku samej muzyki wyszło to na dobre (szczególnie po wykorzystaniu świetnej produkcji), to teksty wypadają nieco gorzej niż w przypadku Gdzie akcja rozwija się - mniej tutaj poetyckiej wrażliwości, więcej dosłowności. W pewnych momentach nie brzmi to źle, a nawet świetnie się sprawdza (jak we wspomnianym wcześniej 280908). Może się jednak okazać, że ten kierunek Garsi obiorą już na stałe, a twórcza ewolucja ich muzyki i tekstów sprawi, że trzecia płyta będzie już doskonała – oczywiście z punktu widzenia odbiorców. 

 /B0UNCE

wtorek, 26 lutego 2013

Riverside - „Shrine of New Generations Slaves”

Początek 2013 roku zaczął się bardzo atrakcyjnie dla fanów alternatywnego, progresywnego rocka gdyż światło dzienne ujrzał kolejny studyjny album Riverside o skrótowym tytule S.O.N.G.S
Riverside to już sprawdzona, polska marka, stająca się powoli narodowym dobrem eksportowym, coraz bardziej rozpoznawalnym na światowym rynku. Tuż przed pełnym albumem, Riverside opublikowało w macierzy Youtube klip do singla Celebrity Touch, który z miejsca wywołał dyskusję o niewątpliwej zmianie stylu, jaki ma towarzyszyć nowemu wydawnictwu. To prawda, że sam utwór Celebrity Touch zupełnie odstaje od Riverside znanego z wcześniejszych dokonań. Bardzo dynamiczny, rytmiczny, przesycony klasycznym klawiszem z trudem może utrzymywać łatkę rocka progresywnego, ale to chyba dobrze, a może to jest właśnie progresja, która, jak wynika z nazwy, powinna kojarzyć się z rozwojem a nie ze ślepym podążaniem za raz wyznaczonym trendem. 
 Album o pełnej nazwie Shrine of New Generations Slaves okazał się jednak “złotym środkiem” pomiędzy ortodoksyjnym progresem a prostą rock'n'roll’ową wolnością tworzenia i wyrazu. Wśród kompozycji dominują długie, rozbudowane formy przesycone klimatem wypływającym z podstawowego instrumentarium, czasem wzbogacone o partie organowe czy klasyczne. Najdłuższy, Escalator Shrine, najbardziej zbliżony do mojego dawnego wyobrażenia o Riverside, to prawie 13 minut piękna kompozycji, zmiany temp wpadających nieco w dokonania Dream Theater. Z kolei tytułowy New Generation Slave to swoista inwokacja wokalna ubrana w majestatyczne riffy gitarowo-organowe. Moim faworytem na płycie jest jednak The Depth of Self Delusion i w tym kierunku chciałbym by zespół podążył na przyszłych wydawnictwach. Doskonały balans między klimatem a wykorzystaniem instrumentarium, do tego kompozycja zbliżona do muzyki filmowej tworzą z niego utwór wręcz idealny. 
Wspomniane wyżej cztery kawałki jak i cała reszta całkowicie się od siebie różnią, a płyta nadal wydaje się być niesamowicie równa, co dodatkowo świadczy o totalnym majstersztyku z jakim mamy do czynienia przy S.O.N.G.S. Jedna z pierwszych recenzji wydawnictwa S.O.N.G.S. jaką przeczytałem rozpoczynała się słowami, że już w tym roku wytwórnie nie powinny wydawać innych płyt bo płyta roku 2013 już się ukazała. Ja również od razu znalazłem się wśród zwolenników „nowego” Riverside i jestem przekonany o tym że nowa płyta wyniesie zespół na światowe wyżyny rocka, odrywając go jednocześnie od tradycyjnie pojmowanej progresywnej uwięzi. Chyba w tych słowach nie ma ni grama przesady, gdyż w chwili kiedy piszę tą recenzję płyta S.O.N.G.S. już pokryła się złotem, a singiel Celebrity Touch na liście notowań OLIS przeskoczył intensywnie promowane w mediach badziewie pt. Ona Tańczy Dla Mnie, co daje nadzieję na ratunek ludzkości. 
Zespół niebawem rusza w trasę po całej Polsce, wiec każdy będzie mógł się przekonać o tym jak nowy materiał działa live. Oczywiście na trasie nie ma w planach Łodzi więc zachęcam wszystkich do odwiedzenia konińskiego klubu Oskard, gdzie nagłośnienie powinno najlepiej oddać potęgę Riverside.

/Sauteneron