czwartek, 19 listopada 2009

Hardkorowe rock'n'rollowe gwiazdy

Miało być o czymś innym, miało być już dawno temu - przepraszam wszystkich "czytaczy"za mega obsuwę, ale jakoś weny brak było na pisanie. Póki co mam na swe wytłumaczenie jeszcze fakt, że rok 2009 obrodził w rewelacyjne albumy, w fantastycznych wydawnictwach można by przebierać niemalże w nieskończoność. To jednak - jak mniemam - zawrzemy w naszym rocznym podsumowaniu. ;) - co nie zmienia faktu, ze nie nadążam ze słuchaniem :P

Póki co zapraszam was w podróż. Nie będzie potrzebny olejek do opalania ani kostium kąpielowy, choć otoczeni jesienną aurą w większości obralibyście jako kierunek jakiś przyjemny kraj tropikalny. Tymczasem udamy się na Północ, gdzie jeszcze zimniej niż u nas (a i z tym różnie bywa ostatnimi czasy, globalne ocieplenie nie śpi moi drodzy, zgaście światło!). Sądzę jednak, że ani nauszniki ani dodatkowe rękawiczki nie będą wam potrzebne, gdy napotkacie na swojej drodze zespół, który całkiem niedawno mnie oczarował, a mianowicie Szwedów z rokenrollowo-hardrockowej formacji Hardcore Superstar.
Nazwa, rzec by można, nieco kiepska. Aczkolwiek dźwięki, które panowie generują, niejednemu skopałyby dupsko obrośnięte tłuszczem od siedzenia przed komputerem i ściągania najnowszych albumów najmroczniejszych królów mroku. Porzućcie smuty drodzy metalowcy! Oto zespół, który gra rokenrola z metalowym zacięciem, ma dobre teksty, świetnego wokalistę i niesamowity dar komponowania utworów, które wpadają w ucho, a w tym wszystkim - nie jest banalny.

Czym zdobyli moje serce? Koncertami. Niestety, oglądanymi jedynie za pośrednictwem JuTjuby, jednak to w zupełności wystarczyło, bym padła niemalże na kolana przed monitorem. W każdym razie nóżka zaczęła poruszać się rytmicznie, aż chciało się skakać i zapieprzać po pokoju niczym lider zespołu - Jocke, po scenie. Człowiek o mylącym wyglądzie, który mógłby sugerować jakieś niewiadomoco generujące dźwięki pokroju 30 Seconds To Mars czy Fall Out Boy. O nie, moi drodzy, to metalowy wokalista z krwi i kości, człowiek który potrafi heavymetalowo zapiać ale i ryknąć gdy trza. Po prostu rewelacja. Ja jestem nim zachwycona. Jeszcze jedna uwaga - mówi się, że wokalistki popowe dlatego śpiewają z playbacku albo przynajmniej z półplaybacku, żeby nie dostać zadyszki podczas jednoczesnego tańca i śpiewu. No cóż - Jocke doskonale to godzi. Wprawdzie nie tańczy (chociaż jego "tańce godowe" możnaby w sumie pod taniec podciągnąć) ale szaleje wciąż biegając z jednego końca sceny w drugi, lub, jak w przypadku TEGO koncertu - w kółko. Widać można to pogodzić i nie dostać zadyszki. Ciekawe, co na to Britney.

Ale do rzeczy. Album, który katuję od paru dni, to ostatnia produkcja "jestem-hardkorem superstarsów", a mianowicie Beg For It. Ta płyta jest, krótko mówiąc - zajebista. Ale żeby nie szafować nadmiernie kolokwializmami, wypadałoby dodać coś więcej. Zacznijmy zatem, jak nakazuje etykieta, od początku. Intro - This Worm's For Ennio - tak jak wynika z tytułu, nawiązuje do twórczości Ennio Morricone. Zresztą - nim zapoznałam się z całością albumu i oglądałam koncert na YT, sądziłam, że panowie wykorzystali jakowyś utwór najsłynniejszego chyba kompozytora muzyki filmowej, Ennio Morricone. Tak świetnie naśladuje owa kompozycja styl tego muzyka. Doskonałe. Po prostu. Mnie to rusza i jest fantastycznym wstępem do płyty. A także do koncertów. Jednak dobre intro jest ważne. Im więcej koncertów oglądam czy to na żywo czy w internecie, tym bardziej się o tym przekonuję. Intro to pierwsze wrażenie dla osoby nieznającej zespołu, to wstęp do muzycznego przedstawienia, a czasem kompletnie odmienny od stylistyki zespołu element, który zaskakuje publiczność.


Wróćmy jednak do Hardcore Superstar. Po nastrojowym intro następuje kopniak w postaci tytułowego utworu, Beg For It. Świetny, dynamiczny utwór, z chwytliwym refrenem, który sprawdza się podczas koncertów. Trzy słowa które wykrzykiwane przez tłum fanów kładą na łopatki. Takich momentów w piosence jest więcej chociażby fraza kończąca łącznik między zwrotką a refrenem - aż prosi się o zaśpiewanie przez wszystkich na sali : "...slowly I dieeeeee!". Trzeba to przyznać, że panowie mają dar do komponowania utworów wyjątkowo koncertowych, bo w takiej już, koncertowej atmosferze trzymają nas do końca krążka. Zarówno następny, Into Debauchery czy delikatny Hope For A Normal Life aż proszą się o śpiewanie wraz z wokalistą. Właściwie każdy utwór z tej płyty nadawałby się na singiel. Każdy ma moc, ma wykop ale i coś takiego, co sprawia, że natychmiast zagnieżdża się w głowie i nie chce wyleźć. Chodzę po mieszkaniu i nucę sobie różne kawałki z albumu Beg For It. Aha- polecam do sprzątania - rytmiczne, z solówkami (w sam raz do odegrania na "gryfie" odkurzacza) i dobrymi liniami melodycznymi. No po prostu dobra płyta, ot co! W warstwie muzycznej album może nie jest szczególnie odkrywczy, na pewno nawiązuje do klasyki rocka, mamy więc gitary akustyczne, gdzieniegdzie zagrania przypominające klasyczne utwory metalowe, ale gdzież tego dzisiaj nie ma? Tak naprawdę trudno jest w heavy metalu czy rockenrollowo zabarwionej odmianie tego gatunku znaleźć coś wybitnie nowatorskiego, bo wszystko już było, bo wszystko zagrali już Beatlesi i Black Sabbath :) Proszę tu się doszukiwać swego rodzaju żarciku, choć może mało śmiesznego.
Tak czy owak - Hardcore Superstar, pomimo kiepskiej nazwy mają już we mnie jeśli nie fankę, to na pewno osobę bacznie im się przyglądającą. No i w razie koncertu w naszym pięknym kraju nad Wisłą - biletem nie pogardzę ;)


Warto odwiedzić stronę domową hardkorowych gwiazdek, chociażby po to, żeby ściągnąć sobie w świetnej jakości - zupełnie legalnie, ich teledyski czy zobaczyć jak tez panowie wyglądają i co porabiają na bierząco :)



Moja ocena Hardcore Superstar -
Beg For It = 8

sobota, 31 października 2009

Neuropathia grind

Grind core to bardzo dziwny gatunek muzyki. Nie dość, że tworzy własną, w sumie dość odseparowaną scenę, to jeszcze przy całej swej ekstremalności (przy której death metal to prawie że kolędy), jest chyba jednym z najbardziej jajcarskich odłamów metalowego jazgotu. Dodajmy do tego jeszcze fakt, że zgodnie z tradycją zapoczątkowaną przez Setha Putnama, wiele kapel grindowych ma tendencję do wypuszczania miliona wydawnictw z miliardem utworów, przy czym ich płyty do najdłuższych raczej nie należą. Taki już urok tej muzyki. I właśnie taką króciutką płytę przyjdzie mi dziś zrecenzować. A chodzi o nowy materiał dość znanej białostockiej ekipy o dźwięcznej i niebudzącej niepokoju nazwie Neuropathia. Płyta zresztą też nosi taką nazwę, na niej zaś nieco ponad dwadzieścia osiem minut muzyki.

Całość zaczyna się od instrumentalnego Cotton Devil. Pierwsze riffy przywołują wspomnienia o najnowszej płycie Megadeth, niemniej wrażenie to długo nie trwa, gdyż po chwili nasze uszy atakowane są gęstą siecią riffów i dość jednostajnie bijącej perkusji (co zresztą jest standardem w tego typu muzyce). Niemniej, gitary składające się na wałek, poza swoim ciężarem, odznaczają się rockowym, dość melodyjnym zacięciem. Dobry początek. Z drugiej strony, Scraggly Tailed Dog to typowa grind/deathowa jatka, podczas której nie bierze się jeńców. Podobnie jest z utworem trzecim, Hairdresser From Chicago, który zarówno w warstwie muzycznej, jak i samym tytułem przypomina o nieśmiertelnym Anal Cunt. Pojawia się też żart z Cannibal Corpse pod postacią Spoon Smashed Face. Niestety, jeśli chodzi o warstwę muzyczną, na dalszej części albumu jest dość podobnie – Neuropathia serwuje nam niekończącą się, dźwiękową rzeźnię bez szczególnych udziwnień. Czasami tylko na koniec utworu tarają się przełamywać narzucony już rytm i od wplotą jakieś zmiany w strukturze utworu czy dość proste solówki. I choć kawałki są całkiem zacne, wyraźnie brakuje im tego rock'n'rollowego ducha, którym odznaczył się początek albumu. Zaskakuje dopiero ósmy kawałek - Journey Through The Wastelands. Jest on bardziej death metalowy, niż grindowy. Średnie tempo, nieco ambitniejsza konstrukcja, solówka, która mi się osobiście podoba, nieco apokaliptyczny klimat, jednym słowem – porządny utwór, który mógłby być wizytówką tego albumu. Niemniej, najlepsze zaczyna się z utworem numer dziewięć, czyli coverem utworu Unbelievable (kojarzycie ten utwór, który puszczali w reklamach Lecha – to ten utwór). Właśnie w tym momencie na albumie powrócił rock, nogi chcą skakać, głowa zaś sama lata do rytmu. Bardzo przyjemny cover, który idealnie nadaje się na przeróżne imprezy z nieco cięższą muzą. I tu mogłoby się wszystko skończyć. Niestety, zespół postanowił zaserwować jeszcze jakiś dziwny remix w klimatach noise, który to w ogóle do mnie nie trafia i równie dobrze mogłoby go nie być.

Na koniec pozostaje mi ocenić ten krążek. Cóż, narzekałem nieco na brak urozmaicenia, ale taki też jest urok tej muzyki. Prawda jest taka, że tą recenzję pewnie czyta się dłużej, niż słucha tego albumu, gdyż to, co dostajemy to w zasadzie dziewiętnaście i pół minuty grindowego grania oraz dziewięć minut szumów. Innymi słowy, materiał nie ma szans się znudzić – tym bardziej że w odpowiednim momencie ratują go wspomniane przeze mnie kawałki. No i nie oszukujmy się, nie jest to album dla każdego. Jak ktoś lubi grind core, album mu się z pewnością spodoba. Z drugiej strony, raczej nikogo on nie przekona do tego typu muzyki. Innymi słowy, dostajemy dawkę porządnej młócki ze świetny coverem na deser. Tylko tyle i aż tyle. Mnie się podoba.

Ocena: 6+

piątek, 16 października 2009

Nowy, koncertowy Tom Waits

Już od jakiegoś czasu z oficjalnej strony Toma Waitsa można pobierać próbkę jego najnowszego albumu - Glitter and Doom Live. Album ów jest niczym innym, jak zapisem z trasy koncertowej Glitter and Doom Tour, podczas to której odwiedził Amerykę i Europę. Polskę oczywiście pominął, ale za to w pobliskich Czechach można było się cieszyć występami tego jakże świetnego artysty.

Wracając jednak do próbki, można by się po niej spodziewać jakichś krótkich urywków. Dlatego też miło zaskoczyła mnie waga pobieranej paczki - ok 80MB. A w niej osiem pełnych utworów rozpoczynających płytę! Tak właśnie, osiem! I to za darmo. Dlatego szczerze zachęcam do pobierania i zaznajamiania się z twórczością Waitsa.

Dla wszystkich chętnych - darmową próbkę można pobrać stąd. Wystarczy podać swojego maila, na którego dostaniemy link do paczki.

Jeśli zaś chodzi o sam album Glitter and Doom Live, jego światowa premiera odbędzie się 24 listopada, a składać się będą na niego dwie płyty. Na pierwszym dysku znajdzie się 17 utworów ze wspomnianej trasy. Niemniej, największym rarytasem będzie płyta druga zawierająca Tom Tales - przeróżne niesamowite historie "z życia wzięte," które Tom tradycyjnie już opowiada podczas swoich występów. Przykładem tego może być choćby nagranie Ol' '55 z bootlegu VH1 Storytellers.

Tak więc jest na co czekać.

Pełna tracklista:
CD1
01. Lucinda / Ain't Goin Down 02. Singapore 03. Get Behind The Mule 04. Fannin Street 05. Dirt In The Ground 06. Such A Scream 07. Live Circus 08. Goin' Out West 09. Falling Down 10. The Part You Throw Away 11. Trampled Rose 12. Metropolitan Glide 13. I'll Shoot The Moon 14. Green Grass 15. Make It Rain 16. Story 17. Lucky Day

CD2
1. Tom Tales

sobota, 10 października 2009

Triumfalny powrót Alicji

Długo zbierałam się, by napisać parę słów na temat nowego albumu Alice In Chains. Być może dlatego, że otrzymał świetne recenzje w wielu pismach, może dlatego, że obawiałam się, że nie będę umiała ubrać w słowa swoich wrażeń. Co ważne, Black Gives Way to Blue to pierwszy album AIC od 14 lat, album, którego wielu się obawiało. Po śmierci nieodżałowanego Layne'a Staley'a wielu fanów z nieukrywanym żalem pochowało także sam zespół, bowiem nikt nie wierzył w to, że ktokolwiek jest w stanie zastąpić legendarnego wokalistę. Jednak jak to często w historii bywa, okazało się, że natura nie znosi pustki i w okolicach roku 2005 zaczęły krążyć plotki, jakoby "załańcuchowana Alicja" planowała reaktywację na dobre (zagrali bowiem wówczas kilka koncertów). Na to podniosły się głosy oburzenia, że jakże to, któż byłby tak odważny, aby spróbować swoich sił jako wokal Alicji? Otóż - znalazł się śmiałek.

Wprawdzie DuVall z początku nie radził sobie kompletnie, jego wysiłki nie były doceniane ani przez starych, ani przez młodszych fanów. Zwyczajnie nie pasował. Koncert w Polsce, w 2006 roku, zakończył się klęską - tak przynajmniej wynika z relacji świadków. Wiadomo, jak okrutna potrafi być metalowo-rockowa brać. Minęło kilka lat i oto przed nami świeżynka, płyta z wyglądu niepozorna, najmłodsze dziecko składu Cantrell-Inez-Kinney-DuVall. Obecnego składu Alice In Chains. Co rzuca się w oczy to na pewno ponura okładka, w zasadzie nic zaskakującego jeśli chodzi o wcześniejsze dokonania legendy grunge'u. I w zasadzie faktycznie najnowsze wydawnictwo nie zaskakuje. Dostajemy porządny kawał muzyki, dokładnie w stylu AiC takim, jaki znamy z dawnych albumów. Pierwszy utwór jaki dane było usłyszeć fanom na całym świecie, to A Looking In View, mocny kawałek, z mięsistymi riffami, ciężki w dobrym tego słowa znaczeniu. Do tego fantastyczny teledysk. Czego chcieć więcej? Check my brain - kolejna bomba, którą spuścili na nas Cantrell i spółka. Typowe dla Alice In Chains, motoryczne riffy, świetne wokale. Właśnie - te wokale są także znakiem firmowym Alice. Podwójne linie, świetnie harmonizujące ze sobą, przeplatające się i współbrzmiące idealnie. Nikt inny nie potrafi tak zaśpiewać jak właśnie ten duet.
Okazuje się, że DuVall musiał przejść długą drogę, by wypracować sobie taki wokal, który będzie satysfakcjonował jego kolegów. Ostateczny efekt jest piorunujący. Można odnieść wrażenie, że to wcale nie wyżej wymieniony duet, ale zupełnie inny, skądinąd świetnie znany fanom AiC...

Poza ewidentnymi hiciorami, jakimi są świetnie wybrane na single
Check My Brain i A Looking In View, płyta zawiera jeszcze 9 kompozycji, tak samo doskonale brzmiących, w starym stylu, bez fajerwerków, których przecież nikt po tej formacji nie oczekiwał. Dostajemy za to coraz więcej dowodów, że panowie pracują w pocie czoła i nie zmarnowali ostatnich 14 lat. Oto Alice In Chains najwyższej próby, od pierwszego numeru - All Secrets Known. I właściwie ten tytuł doskonale oddaje cały klimat płyty. Bo niczego nowego się o tym zespole nie dowiemy z tego albumu. I dobrze! Znamy typowe dla AIC chwyty, znamy ich specyficzny sposób robienia muzyki. I świetnie, że dali nam dokładnie to, czego można się po nich spodziewać. Chociażby takie Your Decision - Alicja w pełnej krasie, w pełnym tego słowa znaczeniu. Nostalgiczny nastrój, leniwie przyspieszające tempo przed refrenem, jednak bez galopady na którą mogłoby się połaszczyć wielu muzyków. To cały czas stonowany, znający swoje dobre strony band.
Poza tym mamy tu kilka całkiem nastrojowych ballad, jednak o dość niepokojącym - a jakże mogłoby być inaczej! - klimacie (
When The Sun Rose Again, Black Gives Way To Blue - z gościnnym udziałem Eltona Johna).
Mogłabym tak bez końca wymieniać po kolei utwory i przy każdym pisać, że "oto przed wami stara dobra... " ale to bez sensu. Dlatego zostawiam to wam. Posłuchajcie, kupcie płytę, bo naprawdę warto! Bo i ceną, wbrew pozorom, nie zabija na miejscu :) Ja podpisuję się pod poparciem dla Black Gives Way to Blue wszystkimi kończynami i wystawiam dumne 10 :)


czwartek, 8 października 2009

Metallica w Łodzi już w 2010?

Łódź od dawien dawna jest miastem szerokim łukiem omijanym przez większe zespoły, które pojawiają się w Polsce. Wprawdzie kilka chlubnych wyjątków się pojawiło, na przykład Iron Maiden, którzy zagrali w Hali Sportowej, w ramach trasy World Slavery Tour w roku 1984. Jednak poza tym w centrum kraju niewiele się wydarzyło od tego czasu. W błędzie jest ten, kto sądzi, że krzyżyk nad Łodzią został postawiony ostatecznie i bez możliwości odwrotu.

Całkiem niedawno, niemal w ścisłym centrum miasta powstała największa w Polsce hala sportowa, Atlas Arena, która na samych trybunach pomieścić może ponad 10.000 widzów. Dotąd odbywały się tam imprezy sportowe, ale z nadejściem chłodniejszych pór roku wnętrze hali ma służyć także jako obiekt koncertowy. To oczywiście cieszy niezmiernie fanów muzyki z całego kraju. Jeszcze w październiku zawita tam Chór Aleksandrowa, w listopadzie ma się w Atlas Arenie pojawić grupa A-Ha, zaś na luty zapowiedziano dwa koncerty zespołu Depeche Mode.
Jak donosi Polska - Dziennik Łódzki, w marcu prawdopodobnie możemy się spodziewać występu legendy metalu, jaką bez wątpienia jest Metallica! Obecnie prowadzone są w tej sprawie rozmowy, jednak biorąc pod uwagę obietnicę Larsa Ulricha jaką złożył polskim fanom na chorzowskim stadionie w roku 2008, oraz wygodne, centralne usytuowanie Łodzi na mapie Polski, koncert ten jawi nam się jako coraz to bardziej realne zdarzenie. Trzymamy kciuki aby faktycznie koncert doszedł do skutku, bowiem fani w centralnej Polsce spragnieni są tego typu imprez! Także niżej podpisana :]
Jak sugerują doniesienia prasowe, możemy spodziewać się, że nie będzie to jedyny występ zespołu w Polsce w przyszłym roku.

środa, 7 października 2009

Zombiastyczny Robert, dwa wałki na internecie i sequel po latach

Niedawno na internecie pojawiły się dwa nowe utwory Roba Zombiego - What? (singlowy) i Sick Bubblegum - które to można przesłuchać choćby dzięki nieocenionemu youtube. Artysta, znany z dość zombiastycznego image'u, zamiłowania do horrorów klasy XYZ oraz ciekawego poczucia humoru jest jedną z ciekawszych osobistości na scenie hard rockowej, a jego ostatnie dzieło, Educated Horses, było całkiem niezłym osiągnięciem. Bo choć wg wielu była to płyta o wiele słabsza od kultowego już, solowego debiutu, mnie ona bardzo przypadła do gustu.

Niemniej, Rob musiał poczuć się niedoceniony, dlatego też postanowił odkopać własną legendę (nie, nie reaktywował White Zombie) i, zamiast wydać zwyczajowe remiksy, postanowił nagrać Hellbilly Deluxe 2. Zagranie zarówno dobre marketingowo, jak i ryzykowne. Bo z tego, co słychać w tych dwóch utworach, za dobrze nie jest. Nie zrozumcie mnie źle, jakieś okropne te utwory nie są, można nawet nóżką potupać, pogibać się, ale co z tego, skoro nuty wchodzą jednym uchem, a wychodzą drugim? Nie pozostaje po nich zupełnie nic. Daleko im do nieśmiertelnych hitów pokroju Draguli, gdzie Rob nakreślił swój styl. Daleko im też do wspomnianego Educated Horses, gdzie Rob swój styl nieco zmienił, rozwinął. Tu mamy odgrzewany kotlet bez polotu.

Z tego powodu Hellbilly Deluxe 2 jak dla mnie zapowiada się na klapę – przynajmniej jakościową. Innymi słowy, płyta ta wpisze się w niechlubną tradycje sequeli, gdzie nierzadko druga część jest tylko i wyłącznie marnym cieniem oryginału.

niedziela, 4 października 2009

Wielką przygodę czas zacząć - Chrono Trigger Brink of Time

Rynek muzyki tworzonej na potrzeby gier jest równie ciekawy, co nierozwinięty i poniekąd nieznany na polskim poletku. Bo choć zdarzało się już, że do co poniektórych gier dodawano krążki z muzyką, to do tej chyba tylko ścieżka dźwiękowa do Wiedźmina doczekała się osobnej publikacji jako pełnoprawne wydawnictwo (co oczywiście nie przeszkadzało jej być dodawaną do gry, następnie zaś udostępnioną za darmo na internecie). Nie powinno to dziwić, gdyż w kraju, gdzie ponoć sprzedaż płyt, nawet pełnoprawnych wykonawców, do najwyższych nie należy, zaś dystrybucja muzyki przez internet nie jest dostatecznie rozwinięta, zabranie się za tę gałąź rynku może wydawać się ekonomicznym samobójstwem. Nie sprzyja też temu fakt, że game music jest tak naprawdę niszą, którą zainteresowani będą praktycznie tylko i wyłącznie gracze. A przecież nie wszyscy z nich będą kupować płyty, więc jest nieciekawie. I nawet inicjatywy typu Video Games Live szybko tego nie zmienią, będąc jedynie nikłym światełkiem w tunelu.

Jest to jednak sytuacja w Polsce. Na zachodzie (szczególnie w USA) i w Azji (Nippon!) rynek muzyki z gier jest prężnie działającą częścią fonograficznego tortu, przynoszącą niebotyczne zyski. Nie bez powodu odnoga ta wypromowała swego rodzaju gwiazdy, wielkie nazwiska w świecie komputerowej rozrywki. Taki choćby Nobuo Uematsu to wręcz osobna marka, którą reklamuje się gry. Podobnie jest z takimi ludźmi, jak Jeremy Soule, Michael Hoenig czy Yasunori Mitsuoda – nazwiska gwarantujące sprzedaż soundtracku jak i zapewniające odpowiednie wrażenia płynące z gry. I właśnie o płycie tego ostatniego pana będzie dzisiejszy artykuł.

Japończycy to dość dziwny naród, przynajmniej na nasze europejskie progi. Jednym z „dziwactw” jakie tam panują jest mania zbierania wszystkiego, co wiąże się z daną ulubioną serią. I nie chodzi tu nawet o posiadanie wszystkich części wymienionego tytułu (Final Fantasy 8000 i wszystkie jego remake'i, reedycje itd.!). Merchandise w Japonii nabiera zupełnie nowego znaczenia, gdyż z co popularniejszej serii wypuszcza się tam różne figurki, kubki, pościele, tampony itd. Ścieżki dźwiękowe to tylko element rynku związanego z głównym tytułem. Co ciekawe jednak, Japończycy nie ograniczają się do wydawania zwykłych, często wielopłytowych wydawnictw z muzyką z gier (żeby było śmieszniej, utwory na tych albumach często są stosunkowo krótkie). Jednym z ciekawszych rodzajów ścieżek dźwiękowych są tzn Arranged Soundtracks, na których to znajduje się zestaw utworów wykonany np. przez orkiestrę. Mitsuoda poszedł jednak nieco dalej. Zamiast pompatycznej sekcji instrumentalnej, dla swojej muzyki z gry Chrono Trigger wybrał co innego – aranżację jazzową. I w ten sposób powstał wydany w 1995 roku album Brink of Time. Jeśli chodzi o samą grę, Chronno Trigger należy do nurtu jRPG – komputerowych gier fabularnych, często o liniowej, mocno rozbudowanej fabule, gdzie niekoniecznie stawia się na wczucie w postać, zastępując ten aspekt grosem losowo generowanych walk i historią bardziej przypominającą interaktywny film czy książkę. Głowna oś akcji CT obraca się wokół grupki młodych ludzi, którzy, podróżując przez czas, walczą z galaktycznym monstrum wysysającym energię z Ziemi. Brzmi dość sztampowo, jednak już sam fakt 12 różnych zakończeń intryguje i zachęca do gry.

Jako się rzekło, na ścieżce można znaleźć utwory z gry. Jest ich dokładnie 10, głównie są to tematy z przeróżnych lokacji, choć znajduje się tu też kompozycje grane podczas bitew. Jeśli chodzi o instrumentarium, to nie jest ono zbyt wymyślne – perkusja, bas i klawisze mocno dominują na tej ścieżce dźwiękowej. Poza nimi często pojawiają się trąbka i gitara, choć przeważnie jako instrumenty solowe. Jak widać więc, nie jest tego jakoś strasznie dużo, ale absolutnie wystarcza. Już pierwszy utwór to pokazuje, niejako przygotowując nas do przygody, jaką przeżyjemy podczas słuchania. Rozpoczyna się nieco tajemniczo, gdzieś słychać kroki i odgłos zamykanych drzwi i startujemy... i startujemy. Bas i perkusja spokojnie wygrywają lekko funkowy rytm, trąbka zaś przewodzi całemu utworowi, ustępując gdzieniegdzie miejsca klawiszom. W końcu przemawia głos – Oto początek nowej, niesamowitej opowieści. I tak naprawdę jest, już z samego początku znajdujemy się gdzieś hen, daleko, odkrywając nieznane tereny. Całość nadal należy do spokojnych, może poza trąbką, która miejscami dość mocno szaleje, by po chwili powrócić do głownego rytmu. Innymi słowy, jak to przygoda. Czasami idzie się lekko, czasami jest interesująco. Świetny początek. Potem zaś jest jeszcze lepiej – Secret of Forest to taki lekki, jak to mówię, wiosenny utwór świetnie nadający się do chillouta. Tu główna rola przypadła gitarze i klawiszom, wszystko inne to tylko tło. Gdyby operować krajobrazami do opisywania muzyki, autentycznie zobaczylibyśmy las rozpromieniony przez promienie słoneczne przenikające przez konary drzew. I tylko czasami przypominamy sobie, że las gdzieś w swoich zakamarkach ukrywa jakieś tajemnice. Mimo to, ciągle dominuje sielanka i nic jej nie burzy przez całe 6 minut. Nastrój tajemnicy przyjmuje na sile dopiero w utworze trzecim, Zeal Palace. W grze temat ten odgrywany był podczas zwiedzania swego rodzaju podniebnej Atlantydy, technologicznie rozwiniętego państwa, w którego do końca nie jesteśmy w stanie zrozumieć, które zaskakuje nas na każdym kroku. Przez większą część utworu nie ma tu zbyt wiele poza sporadycznymi klawiszami i gitarą przepuszczoną przez jakiś dziwny efekt. Dopiero około 3 minuty coś wybucha, pojawia się nowy rytm osłupienia, jakbyśmy coś znaleźli... Nie trwa to jednak długo, po chwili nastrój tajemnicy powraca. Warlock's Battle, czwarty kawałek na płycie, to jeden z moich ulubionych. Atmosfera wyraźnie się ożywia, zaś na szczególną uwagę zasługuje bardzo długa solówka na trąbce – to, co tygryski lubią najbardziej. Następne utwory wpasowują się w schematy utarte przez opisane powyżej utwory. Dopiero ósemka, tytułowe The Brink of Time, coś zmienia. Mocno wyciszający utwór rozpoczęty linią basu, do której po chwili dołącza werbel i spokojna, snująca odrębną opowieść trąbka. Utwór bardzo krótki, bardzo treściwy i bardzo zacny, mnie przypominający nieco kołysankę czy jakiś temat na zakończenie starego filmu. To jednak jeszcze nie koniec. Guardia Millenial Fair to już sfera naszych sennych marzeń, w których to śnimy o raju i wszystkie cuda mogą się spełnić. Następne jest Outskirts of Time, utwór chyba żywcem wzięty z jakichś napisów końcowych – nie bez powodu zresztą, gdyż kończy on całą płytę. Jest happy end, jest radość, jest damski wokal na refrenie – nie może być lepiej. Wspaniałe zakończenie wspaniałej opowieści.

I w ten sposób dotarliśmy do końca. Pozostaje tylko i wyłącznie ponowne wciśnięcie play i rozpoczęcie słuchania od nowa. Bo warto! Co chwila znaleźć można coś nowego, usłyszeć jakiś smaczek, przeszkadzajkę, urozmaicenie. Ukrywać nie będę – jest to jedna z moich ulubionych ścieżek dźwiękowych, którą mógłbym słuchać chyba w każdej chwili. Szczególnie pasuje do wieczorów, podróży, chwil, kiedy skupiamy się sami na sobie. Jako tło też się sprawdza, ale wtedy wiele się traci. I z czystym sumieniem polecam ten krążek – jest wyjątkowy. Nie trzeba grać w grę, żeby go polubić, choć wtedy przyjemność z jego słuchania jest jeszcze większa. Ale, jak już napisałem, ta znajomość nie jest najważniejsza. Ścieżka ta broni się sama, zaś nie znać jej jest wielką stratą.

Ocena: 10!

piątek, 2 października 2009

Nowa Chylińska


Wczoraj ukazał się nowy singiel Agnieszki Chylińskiej pt. Nie mogę cię zapomnieć, zapowiadający nowy album (premiera Modern Rocking 23 października)
I jest to zapowiedź, według mnie mocno... przerażająca.
Zresztą - posłuchajcie sami :

MySpace


Co mnie niepokoi? Ta niezwykła metamorfoza Agnieszki, ten zwrot w kompletnie innym kierunku. Chyba mniej zdziwiłabym się, gdyby spróbowała swoich sił w bluesie czy jazzie... A tymczasem pani Chylińska stawiając na szali dawne dokonania, nagrywa takie "coś"... Coś, czego można by spodziewać się co najwyżej po Reni Jusis czy Natalii Kukulskiej z którą nigdy nic nie wiadomo, bo to po prostu wokalistka bez pomysłu na siebie.
Natomiast Agnieszka Chylińska zawsze kojarzyła się ze światkiem rockowym, wszak współtworzyła przez wiele lat jeden z najlepszych polskich zespołów rockowych, jakim było O.N.A., dysponuje fantastycznym, mocnym głosem, nie przesadzę, pisząc, że najlepszym, rockowym kobiecym wokalem w tym kraju! Wprawdzie po rozpadzie zespołu Agnieszka nie zachwyciła solową płytą. Właściwie już album "Chylińska" wskazywał, że idzie ona w niebezpiecznie popowym kierunku. Ale każdy chyba bałby się zaryzykować takie stwierdzenie w przypadku akurat tej wokalistki. Zawsze charyzmatyczna, ostra, prawdziwa rockerka. Nikt nie skojarzyłby tej właśnie osoby z wytworami muzycznopodobnymi... Jednak tak właśnie się stało i zrobiła to ona sama. Ech, brak mi słów. Straciłam wiele szacunku do Agnieszki. Oby opamiętała się w porę.
Bo jeśli już Chylińska śpiewa pop, to znak, że koniec świata blisko.