<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639</id><updated>2012-01-31T22:00:45.592+01:00</updated><category term='LIVE'/><category term='TNT'/><category term='bizon'/><category term='scena'/><category term='recenzje'/><category term='CRW'/><category term='news'/><category term='gościnne występy'/><category term='Sauteneron'/><category term='B0UNCE'/><title type='text'>Musihilation - Subiektywny Blog Muzyczny</title><subtitle type='html'>subiektywny blog muzyczny</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default?start-index=101&amp;max-results=100'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>194</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-1907065087121087257</id><published>2012-01-31T22:00:00.004+01:00</published><updated>2012-01-31T22:00:45.597+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='B0UNCE'/><title type='text'>Powrót do korzeni: Chris Cornell – Songbook</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-hy5PUJ2Vbnw/TyhUYPGNOmI/AAAAAAAAHso/hCPR4sSkTbs/s1600/CCSongbook.jpeg" imageanchor="1" style="clear: right; float: right; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/-hy5PUJ2Vbnw/TyhUYPGNOmI/AAAAAAAAHso/hCPR4sSkTbs/s1600/CCSongbook.jpeg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Prawie trzy lata temu ukazała się najbardziej kontrowersyjna z wszystkich płyt, które Cornell nagrał w swojej karierze – &lt;i&gt;Scream&lt;/i&gt;. Na szczęście okazało się, że był to tylko chwilowy skok w zupełnie nierockowym kierunku. Na początku 2010 roku oficjalnie ogłoszono reaktywację jednej z legend Seattle – &lt;b&gt;Soundgarden&lt;/b&gt;. Panowie ruszyli w trasę, wydali kompilację największych przebojów, a na bieżący rok zapowiedzieli nowe studyjne wydawnictwo. W międzyczasie Cornell zagrał niejeden koncert solowy – w dosłownym tego słowa znaczeniu: tylko on i gitara akustyczna. I właśnie tym (przynajmniej w moich oczach, a raczej uszach) muzycznie się zrehabilitował.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Wydana 21. listopada 2011 roku płyta &lt;i&gt;Songbook&lt;/i&gt; to pamiątka po trasie, jaką odbył między marcem a majem zeszłego roku w Stanach. W repertuarze występów Cornella znalazły się utwory zarówno jego autorstwa jak i covery. Jeśli chodzi o te drugie, można mówić o pewnej przewidywalności: &lt;i&gt;Imagine&lt;/i&gt; Johna Lennona to po prostu klasyk, &lt;i&gt;Thank You&lt;/i&gt; Led Zeppelin może tak klasycznym kawałkiem nie jest, jednak niemal każda kompozycja Brytyjczyków nadawałaby się do grania w aranżacji akustycznej. W przypadku piosenek autorskich i tych, które współtworzył, Cornell pokusił się o zagranie nie tylko popularnych utworów Soundgarden czy &lt;b&gt;Audioslave&lt;/b&gt;, lecz przypomniał także fragmenty jedynej płyty projektu &lt;b&gt;Temple Of The Dog&lt;/b&gt; i sięgnął po materiał z płyt solowych. Obok sztandarowych hitów macierzystej formacji, jak&lt;i&gt; Black Hole Sun&lt;/i&gt; czy &lt;i&gt;Fell On Black Days&lt;/i&gt; pojawiły się &lt;i&gt;Ground Zero&lt;/i&gt; z albumu&lt;i&gt; Scream&lt;/i&gt;, &lt;i&gt;Can't Change Me&lt;/i&gt; z &lt;i&gt;Euphoria Morning&lt;/i&gt;&amp;nbsp;czy &lt;i&gt;Scar On The Sky&lt;/i&gt; z &lt;i&gt;Carry On&lt;/i&gt;. W moim odczuciu przede wszystkim te utwory, odarte ze studyjnej produkcji, zyskały nowe życie. Ascetyczne wersje, w dodatku zarejestrowane podczas koncertów, sprawiły, że nawet na te słabsze momenty w dyskografii Cornella można spojrzeć nieco przychylniejszym okiem. Nieco rockowego pazura zyskał wspomniany wyżej utwór &lt;i&gt;Ground Zero&lt;/i&gt;.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Songbook&lt;/i&gt; otwiera inny utwór z płyty &lt;i&gt;Scream&lt;/i&gt;, &lt;i&gt;As Hope And Promise Fade&lt;/i&gt;&amp;nbsp;(zamieszczony na tamtym krążku w postaci ukrytej ścieżki, pod tytułem &lt;i&gt;Two Drink Minimum&lt;/i&gt;). W oryginale klasycznie bluesowy, w nowym wydaniu wypada równie dobrze, a może nawet bardziej przekonująco. Jedną z dwóch nowości jest tutaj &lt;i&gt;Cleaning My Gun&lt;/i&gt;, kawałek wcześniej nie wydany na żadnej z płyt Cornella – raczej niczym się nie wyróżnia, jednak ciężko nazwać go wypełniaczem. Wreszcie świetnie zabrzmiały ballady Audioslave, wręcz stworzone do akustycznego grania. Cieszy to tym bardziej, że na jedynym wydawnictwie koncertowym tego zespołu (&lt;i&gt;Live in Cuba&lt;/i&gt; z 2005) większość wykonań wskazywała, że ta grupa nie była wtedy w zbyt wysokiej formie. Nagrania z &lt;i&gt;Songbook&lt;/i&gt; też nie są idealne, jednak tutaj jest to wynik swobodnego podejścia do utworów, co w żadnym wypadku nie jest wadą. Wręcz przeciwnie, stanowi to największą wartość tego albumu i pokazuje, że Cornellowi należy się miejsce wśród najlepszych wokalistów rockowych. Ostatni na trackliście jest &lt;i&gt;The Keeper&lt;/i&gt; - wyjątek w tym zestawie, bo został zarejestrowany w studiu. Ten kawałek ukazał się na ścieżce dźwiękowej do filmu &lt;i&gt;Kaznodzieja z karabinem&lt;/i&gt; (&lt;i&gt;Machine Gun Preacher&lt;/i&gt;, reż. Marc Forster). Choć jest to bardzo udana piosenka, to raczej ciekawostka niż coś, co miałoby mieć wpływ na kolejną zmianę kierunku muzycznego Cornella.Po tak smakowitej przystawce, jaką jest&lt;i&gt; Songbook&lt;/i&gt;, nie pozostaje nic innego, jak czekać na danie główne w postaci nowej płyty Soundgarden. Mam nadzieję, że będzie to dla Chrisa Cornella powrót do korzeni – już na stałe, bez niepotrzebnego oglądania się na to, co aktualnie jest w muzyce modne.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;/B0UNCE&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-1907065087121087257?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/1907065087121087257/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=1907065087121087257' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1907065087121087257'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1907065087121087257'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2012/01/powrot-do-korzeni-chris-cornell.html' title='Powrót do korzeni: Chris Cornell – Songbook'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-hy5PUJ2Vbnw/TyhUYPGNOmI/AAAAAAAAHso/hCPR4sSkTbs/s72-c/CCSongbook.jpeg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-9126249695143787092</id><published>2012-01-24T20:16:00.005+01:00</published><updated>2012-01-24T20:16:57.817+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='TNT'/><title type='text'>Ale wiocha - w poszukiwaniu dawnego żywiołu Żywiołaka.</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Powstały w 2005 roku&lt;b&gt;&amp;nbsp;Żywiołak&lt;/b&gt;, od początku swojego istnienia był wyjątkowym zjawiskiem na polskim rynku muzycznym. Określenia takie jak&amp;nbsp;&lt;i&gt;folkmetal&lt;/i&gt;,&amp;nbsp;&lt;i&gt;heavy folk&lt;/i&gt;,&lt;i&gt;&amp;nbsp;biometal&lt;/i&gt;,&amp;nbsp;&lt;i&gt;polska muzyka neoludowa&amp;nbsp;&lt;/i&gt;(zaproponowana przez nich samych) a ostatnio&amp;nbsp;&lt;i&gt;heavy folk nieestetyczny&lt;/i&gt;, to jedynie część łatek, jakie zostały przypięte zespołowi. Za jego założenie odpowiada dwóch muzyków:&amp;nbsp;&lt;b&gt;Robert Jaworski&lt;/b&gt;&amp;nbsp;- który wcześniej dał się poznać dzięki takim zespołom jak&amp;nbsp;&lt;b&gt;Kapela Ze Wsi Warszawa&lt;/b&gt;&amp;nbsp;czy&amp;nbsp;&lt;b&gt;Ich troLe&lt;/b&gt;, oraz&amp;nbsp;&lt;b&gt;Robert Wasilewski&lt;/b&gt;&amp;nbsp;- współzałożyciel i gitarzysta&amp;nbsp;&lt;b&gt;Open Folk&lt;/b&gt;. Wykorzystali oni archaiczne instrumenty oraz połączyli je z nowoczesnym brzmieniem i niesamowicie brzmiącą perkusją i wszelkimi jej pokrewnymi. Magii całości dodały wyjątkowe głosy wokalistek: &lt;b&gt;Anny Piotrowskiej&lt;/b&gt; oraz &lt;b&gt;Izabeli Byry&lt;/b&gt;. To one potrafiły przyprawić słuchacza o ciary na plecach albo wprowadzić w trans. Koncertowo Żywiołak sprawdzał się w stu procentach - szaleństwo i pożoga, niemalże gwarancja udanie spędzonego czasu.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Muzyka Psychodelicznej Świtezianki&lt;/i&gt;&amp;nbsp;to było objawienie, słuchałam tego w kółko, zachwycając się niesamowitymi tekstami, rytmami i wokalami. Na koncertach podziwiałam całość, wykonywaną na żywo z pełnym profesjonalizmem.&amp;nbsp;&lt;i&gt;Nowa Ex-Tradycja&lt;/i&gt;, pierwsza długogrająca płyta zespołu, zawierała kilka utworów z EPki, o poprawionym brzmieniu, nieco zmienionych aranżach, ale także nowe kompozycje. Tematyka wierzeń przedchrześcijańskich, wdzięczna i nieco romantyczna wizja tego, w co wierzyli i co czcili nasi praprzodkowie, intrygowała (i robi to nadal), a zamieniona w rewelacyjne liryki, dodawała zespołowi oryginalności.&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.zywiolak.pl/pl/images/stories/okladka_536x480.jpg" imageanchor="1" style="clear: right; float: right; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em; text-align: justify;"&gt;&lt;img border="0" height="286" src="http://www.zywiolak.pl/pl/images/stories/okladka_536x480.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;I tak, po kilku latach, otrzymaliśmy nową płytę Żywiołaka. Domyślacie się już, co się stało? Pewnie tak, bo niektórzy z Was czytają regularnie tego bloga. Inni zaś posłuchali płyty. Jeszcze inni, zupełnie przypadkowo podobnie postępujący jak ci pierwsi, wiedzą, że gdy moje ulubione zespoły zaczynają robić coś, co mi się nie podoba, nie potrafię przejść obok tego obojętnie. A wtedy wyżywam się tutaj. Nie inaczej jest tym razem.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Globalna Wiocha&lt;/i&gt;, bo tak zwie się ostatni krążek Żywiołaka wydany w 2011 roku, od początku wzburzył fanów i podzielił ich na dwa obozy - wielbicieli "starego" i "nowego". Typowa sytuacja, gdy mamy do czynienia ze zmianami dalece posuniętymi. Zacznijmy od tego, że nastąpiła wymiana głosów zespołu. Na miejsce Anny i Izy pojawiły się dwie nowe wokalistki: &lt;b&gt;Monika Wierzbicka&lt;/b&gt; i &lt;b&gt;Karina Kumorek &lt;/b&gt;(warto wspomnieć, że przez zespół w międzyczasie przewinęły się &lt;b&gt;Monika Sadkowska&lt;/b&gt; i &lt;b&gt;Agnieszka Biniek&lt;/b&gt;). Z kronikarskiego obowiązku dodam, że pierwszego perkusistę, &lt;b&gt;Macieja Łabudzkiego&lt;/b&gt;, zastąpił w 2007 roku &lt;b&gt;Maciej Dymek&lt;/b&gt;.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ale wróćmy do tego, co przynosi nam &lt;i&gt;Globalna Wiocha&lt;/i&gt;. A przynosi ona, moi drodzy, nieco więcej nowoczesności, a może raczej - nowości - niż byśmy się tego spodziewali i (?) chcieli. Oczywiście muzycznie jest wybornie - nie można zarzucić muzykom, że nagle zapodziali gdzieś swoje talenty i oto sprzedają słuchaczom jakiś bubel. Co to to nie, ale... Im dalej w las, ale raczej wieżowców, niż dębów, tym gorzej i bardziej... nieżywiołakowo. Teksty silnie uwspółcześniono, oczywiście gdzieniegdzie przebijają się jeszcze tematy poniekąd zbliżone do tego, do czego kapela nas przyzwyczaiła. Pojawia się też &lt;i&gt;Mój miły rolniku&lt;/i&gt;, znane z koncertów, co odebrałam jako miły akcent, ale... to już nie te same głosy, które polubiłam. Brakuje mi dawnych standardów, które wyśrubowali sobie członkowie zespołu, trzeba przyznać, niebotyczne. Im dalej tym gorzej. Apogeum to chyba &lt;i&gt;Moskwa&lt;/i&gt;, do której powstał zresztą teledysk. Od początku brzmi to wszystko jakoś za bardzo radiowo, radośnie i mało heavyfolkowo. Co się tyczy zresztą większości utworów na tej płycie. Teksty błahe, słabe, banalne i mocno odbiegające od tematyki, która dominowała, a właściwie była jedyną, na &lt;i&gt;Muzyce Psychodelicznej Świtezianki&lt;/i&gt; i &lt;i&gt;Nowej Ex-Tradycji&lt;/i&gt;. Spodziewaliście się u Żywiołaka liryków w rodzaju: &lt;i&gt;"Transmisja danych trwa"&lt;/i&gt; albo &lt;i&gt;"hot"&lt;/i&gt;, &lt;i&gt;"Berlin, Berlin, dyskretny urok, delikatny spleen"&lt;/i&gt;? Dla kogoś, kto nie zna twórczości zespołu, z pewnością to nic zaskakującego, ot, teksty piosenki. Polecam zatem sprawdzić pierwsze dwa krążki.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Może już niedługo będziemy mówić, że Żywiołak skończył się na &lt;i&gt;Nowej Ex-Tradcyji&lt;/i&gt;?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;u&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Materiały źródłowe:&lt;/span&gt;&lt;/u&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;a href="http://karrot.pl/zywiolak#pliki"&gt;http://karrot.pl/zywiolak#pliki&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;a href="http://www.zywiolak.pl/"&gt;http://www.zywiolak.pl/&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;a href="http://www.zywiolak.webd.pl/"&gt;http://www.zywiolak.webd.pl/&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;b&gt;Zdjęcie okładki płyty pochodzi z oficjalnej strony zespołu.&amp;nbsp;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-9126249695143787092?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/9126249695143787092/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=9126249695143787092' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/9126249695143787092'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/9126249695143787092'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2012/01/ale-wiocha-w-poszukiwaniu-dawnego.html' title='Ale wiocha - w poszukiwaniu dawnego żywiołu Żywiołaka.'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-2483036698212174659</id><published>2012-01-20T22:36:00.002+01:00</published><updated>2012-01-22T00:39:48.519+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='TNT'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='news'/><title type='text'>SLAYER i Megadeth znowu w Polsce! I nie tylko oni...</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ok, nie pisaliśmy o tym wcześniej, bo wydawało nam się, że wszyscy to wiedzą i tak dalej, możecie przeczytać o tym w każdym serwisie internetowym zajmującym się muzyką. Ale natężenie zapowiedzi świetnych koncertów w 2012 roku zaczyna przypominać o zbliżającym się końcu świata. A my nie możemy tego pominąć!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;table cellpadding="0" cellspacing="0" class="tr-caption-container" style="float: right; margin-left: 1em; text-align: right;"&gt;&lt;tbody&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-9wwz3xrNlRQ/TxtGRyrIerI/AAAAAAAAHsY/jEVolwnYvRU/s1600/slayerursynalia2012.jpg" imageanchor="1" style="clear: right; margin-bottom: 1em; margin-left: auto; margin-right: auto;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-9wwz3xrNlRQ/TxtGRyrIerI/AAAAAAAAHsY/jEVolwnYvRU/s320/slayerursynalia2012.jpg" width="232" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td class="tr-caption" style="text-align: center;"&gt;Nieformalny plakat/ulotka reklamujący Slayera @ Ursynalia 2012, &lt;br /&gt;autorstwa Tarakum (link na dole notki)&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/tbody&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;Przyznam, że głównym bodźcem była jednak wiadomość, która gruchnęła dosłownie kilkadziesiąt minut temu - &lt;b&gt;SLAYER&lt;/b&gt; ponownie zagra w Polsce! Koncert będzie miał miejsce podczas &lt;b&gt;&lt;a href="http://www.ursynalia.pl/"&gt;Ursynaliów 2012&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;. WOW! Redakcja Musihilation jest wyraźnie i niezdrowo podniecona! I oczywiście będzie na miejscu!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Kolejno odlicz, czyli cofamy się w czasie, żeby uzupełnić wieści o ważnych koncertach nadchodzących miesięcy:Na polskie edycji &lt;b&gt;&lt;a href="http://www.pl.metalfest.eu/index2.php"&gt;Metalfestu&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;, obok takich zespołów jak &lt;b&gt;Kreator&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Death Angel&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Monnspell&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;W.A.S.P.&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Fear Factory&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Dark Tranquility&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Tryptikon&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;In Extremo&lt;/b&gt;,&lt;b&gt; Ensiferum&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Blind Guardian&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Vader&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Hypocrisy&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Septic Flesh&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Alestorm&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Hate&lt;/b&gt; i jeszcze kilku innych, wystąpi drugi zespół z amerykańskiej czwórki thrashu, czyli &lt;b&gt;Megadeth&lt;/b&gt;! Boli jedno: że dwie powyższe imprezy odbywają się w tym samym czasie (1-3 czerwca 2012), w dwóch, odległych od siebie miejscach - w Warszawie i Jaworznie. Komentarz na temat wydaje się zbędny.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Inne wieści dotyczą &lt;b&gt;&lt;a href="http://www.wosp.org.pl/nasza_dzialalnosc/aktualnosci/8533_machine_head_na_przystanku_woodstock.html"&gt;Przystanku Woodstock&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;. Okazuje się, że nie zagra tam trzeci z zespołów Wielkiej Czwórki (chociaż ładnie wyglądałaby taka wiadomość w newsie), a mianowicie &lt;b&gt;Anthrax&lt;/b&gt;. Koncert odwołali z powodu zmiany planów koncertowych, jednak planują zagrać w roku 2013. OBY! Tymczasem w zastępstwie przyjedzie &lt;b&gt;Machine Head&lt;/b&gt;. Nieźle?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ale to nie koniec.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ponadto nasz kraj&amp;nbsp;&lt;u&gt;&lt;a href="http://www.cgm.pl/aktualnosci,19861,guns_n_039_roses_w_polsce,news.html"&gt;najprawdopodobniej&lt;/a&gt;&lt;/u&gt;&amp;nbsp;odwiedzą &lt;b&gt;Guns N'Roses&lt;/b&gt;, na jedynym koncercie, który miałby odbyć &amp;nbsp;się w Rybniku, na Stadionie Miejskim. Informacja ta nie jest jednak pewna na 100%. &amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W lipcu zawitają do nas także (na pewno) &lt;b&gt;Red Hot Chilli Peppers&lt;/b&gt;. Fani Red Hotów z pewnością mają już bilety na 27. lipca, ale dla formalności dodam, że koncert odbędzie się na warszawskim Bemowie i będzie częścią dwudniowego &lt;a href="http://www.livenation.pl/festival/impact-festival-tickets"&gt;Impact Festival&lt;/a&gt;.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ufff, a to z pewnością nie koniec emocjonujących wieści koncertowych. Szykujcie portfele, bo może być tylko lepiej. Wciąż nie znamy line-upu i daty polskiego Sonisphere, a wiadomo, że kolejna edycja jest w planie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;Stay tuned!&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;And listen to Slayer!&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;*****&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;Plakat/ulotka autorstwa &lt;a href="https://www.facebook.com/photo.php?fbid=350056405014333&amp;amp;set=a.196493930370582.50068.100000299304864&amp;amp;type=1&amp;amp;theater"&gt;Tarakum&lt;/a&gt;, przeznaczony do powszechnej dystrybucji dostępny po linkiem: &lt;a href="http://img195.imageshack.us/img195/7286/slayerursynalia2012.jpg"&gt;LINK&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-2483036698212174659?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/2483036698212174659/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=2483036698212174659' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/2483036698212174659'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/2483036698212174659'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2012/01/slayer-i-megadeth-znowu-w-polsce-i-nie.html' title='SLAYER i Megadeth znowu w Polsce! I nie tylko oni...'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-9wwz3xrNlRQ/TxtGRyrIerI/AAAAAAAAHsY/jEVolwnYvRU/s72-c/slayerursynalia2012.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-2310350848025039637</id><published>2012-01-16T11:56:00.002+01:00</published><updated>2012-01-16T11:56:54.826+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='scena'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='B0UNCE'/><title type='text'>Borderline Personality Disorder - Borderline Personality Disorder EP</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-SuWM_dXa0ks/TxQCEaUVV4I/AAAAAAAAHsM/-_4tof-CYxU/s1600/BPD.jpg" imageanchor="1" style="clear: right; float: right; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="319" src="http://2.bp.blogspot.com/-SuWM_dXa0ks/TxQCEaUVV4I/AAAAAAAAHsM/-_4tof-CYxU/s320/BPD.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na ten kwartet z Bielska-Białej trafiłem zupełnie przypadkowo, dzięki rzuceniu okiem na główną stronę metal-archives.com. Jak widać, przypadki bywają szczęśliwe, gdyż dzięki niemu miałem możliwość przesłuchania świeżych nagrań (wydanych 8. grudnia) bardzo obiecującej, młodej kapeli – zupełnie za darmo (&lt;a href="http://www.lastfm.pl/music/Borderline+Personality+Disorder/Borderline+Personality+Disorder+E.P." target="_blank"&gt;TUTAJ&lt;/a&gt;), w dodatku jak na fonograficzny debiut brzmiących fantastycznie. Oczywiście EPkę &lt;b&gt;Borderline Personality Disorder&lt;/b&gt; można również nabyć w postaci fizycznej, zamawiając ją poprzez email: &lt;u&gt;&lt;a href="mailto:management.BPD@gmail.com"&gt;management.BPD@gmail.com&lt;/a&gt;&lt;/u&gt;.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;W skład zespołu wchodzą: perkusista &lt;b&gt;Robin Huńka&lt;/b&gt;, gitarzyści&lt;b&gt; Jakub Kos&lt;/b&gt; i &lt;b&gt;Paweł Kurcyus&lt;/b&gt; oraz brat Jakuba, wokalista&lt;b&gt; Filip Kos&lt;/b&gt;. Panowie przyznają się do inspiracji m.in. twórczością grup&lt;b&gt; Pantera&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Lamb Of God&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Devil Driver&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Vader&lt;/b&gt; i &lt;b&gt;Arch Enemy&lt;/b&gt;. Ich muzykę, w dużym uproszczeniu, można by określić jako pewną wypadkową tych inspiracji – połączenie technicznego death/thrash metalu z odrobiną deathcore'u (szczególnie słyszalnego w wokalu) i melodeathu.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Sporo w utworach BPD charakterystycznego dla LoG czy przede wszystkim Pantery groove'u, będącego podstawą specyficznie chwytliwych kompozycji. Wokal, jak już wspomniałem, najbardziej kojarzy mi się z nurtem deathcore'owym i zespołem, który z tegoż nurtu wyrósł – amerykańskim &lt;b&gt;Job For A Cowboy&lt;/b&gt;. Zresztą moje pierwsze skojarzenie po przesłuchaniu debiutanckiej EPki bielszczan to właśnie przede wszystkim muzyka JfaC. Nie ma jednak mowy o bezmyślnym kopiowaniu zagranicznych patentów – jest to materiał bardzo dopracowany kompozycyjnie, zagrany niesamowicie sprawnie, z wielkim polotem... Zupełnie, jakby ten zespół istniał nie od zeszłego roku (!), a od dobrych kilku lat. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie świetne solówki gitarowe – melodyjne i, co najważniejsze, sensowne, nie polegające na zagraniu kilkunastu losowych dźwięków.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Za najlepszy z trzech zawartych na EP utworów uważam ostatni na liście,&lt;i&gt; Hannibal&lt;/i&gt;. Jest zarazem najdłuższą i najbardziej rozbudowaną kompozycją – trzeba mieć talent, żeby coś takiego napisać i wykonać. Jest tu i niegłupio brzmiące, tajemnicze intro, i świetne, mocne riffy, i porywające solówki – w szczególności doskonałe, długie solo w końcówce utworu.Szkoda tylko, że &lt;i&gt;Borderline Personality Disorder EP&lt;/i&gt; trwa nieco ponad 15 minut. Tyle jednak wystarczy, żeby zainteresować potencjalnych fanów zespołu (do których i ja powoli zaczynam się zaliczać) i, miejmy nadzieję, jakąś niezależną wytwórnię, która pozwoli tym młodym muzykom na rozwinięcie skrzydeł i wydanie dłuższego albumu.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&amp;nbsp;/B0UNCE&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-2310350848025039637?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/2310350848025039637/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=2310350848025039637' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/2310350848025039637'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/2310350848025039637'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2012/01/borderline-personality-disorder.html' title='Borderline Personality Disorder - Borderline Personality Disorder EP'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-SuWM_dXa0ks/TxQCEaUVV4I/AAAAAAAAHsM/-_4tof-CYxU/s72-c/BPD.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-6406028959439946321</id><published>2012-01-12T08:00:00.000+01:00</published><updated>2012-01-12T08:00:07.577+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sauteneron'/><title type='text'>Jane’s Addiction – The Great Escape Artist (2011)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Miniony, 2011 rok, podsumuję recenzją płyty wyjątkowej pod wieloma względami, tak samo jak wyjątkowy jest sam zespół &lt;b&gt;Jane’s Addiction&lt;/b&gt;.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ameryka lat dziewięćdziesiątych była kolebką wielu kapel, które przetrwały do dziś i nadal świętują sukcesy. Niewiele jest jednak zespołów z tak pogmatwaną historią, balansujących z płyty na płytę na granicy rozpadu, niejednokrotnie takich rozpadów doświadczając.&amp;nbsp;Rdzeniem zespołu, prawdziwym frontmanem i twórcą tego co dziś znamy jako Jane’s Addiction jest &lt;b&gt;Perry Farrell&lt;/b&gt;. Perry to człowiek o skomplikowanym życiorysie, począwszy od dzieciństwa, kiedy to był wykorzystywany przez ojca – gangstera – do szmuglowania kontrabandy, poprzez ucieczkę z domu w wieku 17 lat, wszelkiej maści nałogi, wiele nieudanych związków aż po pracę w charakterze striptizera.&amp;nbsp;Zespół powstał w 1985 roku na zgliszczach wcześniejszych projektów muzycznych Perry’ego. Nazwa wzięła się od imienia Jane Bainter, dziewczyny, która była „dobrym duchem” zespołu, pomagając, a niejednokrotnie nawet utrzymując początkujący zespół z własnej kieszeni. Kieszeń tą zapełniała wykonując tzw. „najstarszy zawód świata”.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-S28_rFDMKfI/Tw4imeh4FEI/AAAAAAAAHps/bdvn8sBC_gU/s1600/cover.jpg" imageanchor="1" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em; text-align: justify;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://2.bp.blogspot.com/-S28_rFDMKfI/Tw4imeh4FEI/AAAAAAAAHps/bdvn8sBC_gU/s320/cover.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Twórczość Jane’s Addiction to protoplasta rocka alternatywnego. Swoisty miks rocka, jazzu i funku o głębokim artystycznym wyrazie, pomimo iż odstawał i nadal odstaje od panujących trendów, znalazł swoich odbiorców w liczbie wystarczającej. by zespołem zaczęły się interesować wytwórnie płytowe. Pierwszy kontrakt zespół zawarł z Warner Music, gdyż tylko oni gwarantowali dużą wolność artystyczną, tak istotną dla Perry’ego. Debiut zespołu z 1987 roku, będący rejestracją koncertu w klubie Roxy w Hollywood, wbrew ustaleniom z Warner wydany został przez niezależną wytwórnię XXX. Druga płyta z 1998 r. pt. &lt;i&gt;Nothing Shocking&lt;/i&gt; (ang. Nic Szokującego), opatrzona kontrowersyjną okładką autorstwa Perry’ego została wycofana ze sprzedaży w wielu sklepach. Zespół zyskał dużo na skandalu wywołanym okładką, dodatkowo potęgując ten dobry-zły PR na koncertach, na których zdarzało im się grać nago, upijać się do nieprzytomności czy skakać ze sceny na publiczność. Zespół wydał potem jeszcze album &lt;i&gt;Ritual de lo Habitual&lt;/i&gt;, lecz prace nad nim trwały dość długo gdyż atmosfera w zespole się popsuła. Uzależnienia i konflikt między Perrym Farrellem a gitarzystą &lt;b&gt;Davem Navarro&lt;/b&gt; nieuchronnie zapowiadały rozpad zespołu. Doszło nawet do tego że na jednym z koncertów w Australii muzycy Jane’s Addiction pobili się na scenie podczas koncertu. Jest to tylko wstęp do zawiłej historii Jane’s Addiction, zespół zaliczył jeszcze dwa rozpady i powroty w nieco zmienionym składzie. Zainteresowanych zapraszam do lektury autoryzowanej biografii pt. &lt;i&gt;Whores: An Oral History of Perry Farrell and Jane's Addiction&lt;/i&gt; autorstwa Brendana Mullena.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Skupię się teraz na najnowszym albumie Jane’s Addiction pt. &lt;i&gt;The Great Escape Artist&lt;/i&gt;, na który zespół kazał sobie czekać od 2003 roku – czyli od wydania  płyty &lt;i&gt;Strays&lt;/i&gt;.Na album składa się dziesięć kompozycji, z których tylko jedna trwa dłużej niż pięć minut, reszta oscyluje w granicach trzech, czterech minut. Już pierwszy utwór pt. &lt;i&gt;Underground&lt;/i&gt; udowadnia, że rockowy kawałek nie musi być długi, aby stać się dziełem kompozycyjnym. Perfekcyjna sekcja bas + perkusja w wykonaniu świeżego nabytku zespołu basisty &lt;b&gt;Davida Andrew Sitek’a&lt;/b&gt; i perkusisty &lt;b&gt;Stephena Perkinsa&lt;/b&gt;, który jest w zespole od zawsze, powoduje że muzyki chce się słuchać głośno by poczuć wibracje towarzyszące niskim, basowym dźwiękom. Co ciekawe, w bogatej historii wzlotów i rozpadów Jane’s Addiction, jedynym muzykiem, który „ulegał” wymianie był basista, przez lata przewinęło ich się przez zespół pięciu. Drugi utwór &lt;i&gt;End To The Lies &lt;/i&gt;zagrany w umiarkowanym tempie, daje trochę bardziej popisać się niezwykłemu wokaliście Perry’emu. Możemy usłyszeć jego charakterystyczną, nieco chrypliwą manierę, która tak bardzo podoba się fanom zespołu. Następujący po nim utwór &lt;i&gt;Curiosity Kills&lt;/i&gt; (ang. Ciekawość Zabija), to znów arcyciekawy pojedynek sekcji rytmicznej, tym razem z wieloma wstawkami elektronicznymi. Miarowe tempo basu przewija się przez cały utwór wypełniając każdą wolna lukę dźwiękową, choć tych wcale nie ma wiele.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Muzyka Jane’s Addiction jest kompletna, nie byłbym w stanie nic więcej dodać tym kompozycjom. Wszystko jest idealnie poukładane, a mnogość zastosowanych efektów wpadających nam w ucho nie pozwala się nudzić.Kolejny utwór &lt;i&gt;Irresistable Force Met The Immovable Object &lt;/i&gt;to prawdziwy hit tej płyty, przepełniony optymizmem i energią, oczywiście za sprawą genialnej kompozycji i tekstu. Wystarczy posłuchać tego utworu rano i gdy refren, będący powtórzeniem tytułu, utkwi nam w pamięci, dzień będzie dużo lepszy. Następujące po nim &lt;i&gt;I’ll Hit You Back&lt;/i&gt; oraz &lt;i&gt;Twisted Tales &lt;/i&gt;to dwa dość zbliżone do siebie utwory, z których ciężko by wybrać faworyta. Zresztą każdy z utworów na &lt;i&gt;The Great Escape Artist&lt;/i&gt; mógłby być singlem z równie dobrymi wynikami. Przez te blisko osiem lat, w głowach tych niezwykłych muzyków narodziło się tyle pomysłów, że teraz oferują nam je wszystkie na raz. Aż dziw bierze, że tego typu muzyka nie przedostała się do mass-mediów, gdyż jest naprawdę przebojowa i pozbawiona pewnej alternatywnej nadętości. Osobiście życzyłbym sobie, by na zapowiadanym na przyszły rok koncercie &lt;b&gt;Red Hot Chili Peppers&lt;/b&gt; zagrało również Jane’s Addiction, bo to byłby koncert roku (no chyba że jednak &lt;b&gt;Black Sabbath&lt;/b&gt; do nas przyjedzie).Na płycie są jeszcze cztery utwory, jednakże nie będę opisywał wszystkich, bo zabraknie mi przymiotników pochodnych od „wspaniały”. Chciałbym zwrócić uwagę jeszcze na dwa. Najdłuższy ponad pięciominutowy kawałek&lt;i&gt; Splash a Little Water On It&lt;/i&gt;, który jest balladą, w najciekawszym jak dotąd w historii zespołu wydaniu i o dość dwuznacznym tekście, a drugi to ostatni na płycie &lt;i&gt;Words Right Out of My Mouth&lt;/i&gt;, najbardziej rock’n’rollowy spośród wszystkich pozostałych, trochę w stylu &lt;b&gt;The Ramones&lt;/b&gt;. Płytę &lt;i&gt;The Great Escape Artist&lt;/i&gt; polecam wszystkim, bez względu na to, czy słuchają rocka, jazzu, funku czy nawet popu. Dodatkowo osobom, które nigdy wcześniej nie miały styczności z Jane’s Addiction polecam rozpoczęcie przygody właśnie od tej ich najnowszej płyty, gdyż muzyka jest bardzo przebojowa i co za tym idzie, przystępna.  &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;/Sauteneron&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-6406028959439946321?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/6406028959439946321/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=6406028959439946321' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/6406028959439946321'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/6406028959439946321'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2012/01/janes-addiction-great-escape-artist.html' title='Jane’s Addiction – The Great Escape Artist (2011)'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-S28_rFDMKfI/Tw4imeh4FEI/AAAAAAAAHps/bdvn8sBC_gU/s72-c/cover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-1850897847732481449</id><published>2012-01-08T00:05:00.000+01:00</published><updated>2012-01-08T01:33:06.657+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='TNT'/><title type='text'>Łyżka dziegciu i ciut miodku, czyli krótkie podsumowanie muzyczne roku 2011</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Rok 2011 przyniósł nam wiele dobrej muzyki, ale także sporo gniotów; kilka naprawdę szokujących wiadomości oraz, co najsmutniejsze, stanowił ostatnią prostą w karierze kilku muzyków. Odeszli: &lt;b&gt;Karin Stanek&lt;/b&gt; (słynąca, chociażby, z występów z grupą &lt;b&gt;Czerwono-Czarni&lt;/b&gt;, uśmiechnięta dziewczyna z warkoczami i gitarą, która śpiewała o tym, że wyłącznie chłopak z gitarą byłby dla niej parą), &lt;b&gt;Maciej Zembaty&lt;/b&gt;, polski tłumacz poezji&lt;b&gt; Leonarda Cohena&lt;/b&gt;, bliżej znany miłośnikom poezji śpiewanej. Zmarła także, napiętnowana w ostatnich latach i gnębiona przez media, polska diva, ekscentryczna i budząca kontrowersje swym zachowaniem i wizerunkiem, &lt;b&gt;Violetta Villas&lt;/b&gt;. Po dramatycznej walce z chorobą odszedł także &lt;b&gt;Piotr "Stopa" Żyżelewicz&lt;/b&gt;, perkusista znany m.in. z &lt;b&gt;VooVoo&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Izraela&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Armii&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Moskwy&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Brygady Kryzys&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;2Tm2,3&lt;/b&gt;&amp;nbsp;i wielu innych. Z najbardziej znanych i lubianych zagranicznych muzyków, pożegnaliśmy &lt;b&gt;Mike'a Starra&lt;/b&gt;, współzałożyciela i pierwszego basistę zespołu &lt;b&gt;Alice In Chains&lt;/b&gt;, oraz wirtuoza gitary, &lt;b&gt;Gary'ego Moore'a&lt;/b&gt;. Najgłośniej jednak było o śmierci&lt;b&gt; Amy Winehouse&lt;/b&gt;, która zmarła, według wyników śledztwa, z powodu sześciokrotnego przedawkowania alkoholu, po okresie abstynencji. Głosy krytyki pod jej adresem nie cichną do dziś. Jedno jest pewne - straciliśmy kolejny wielki głos.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://zdartaplyta.blox.pl/resource/amy_winehouse_lialgthumb473x355.jpg" imageanchor="1" style="clear: right; float: right; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em; text-align: justify;"&gt;&lt;img border="0" height="240" src="http://zdartaplyta.blox.pl/resource/amy_winehouse_lialgthumb473x355.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na szczęście rok 2011 przyniósł też sporo dobrych wieści oraz ciekawych wydarzeń zarówno w kraju jak i na świecie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zacznijmy od dobrych wiadomości, a tych było sporo. &lt;u&gt;Nowe płyty&lt;/u&gt;, już na początku roku zapowiedziało kilka znaczących kapel metalowych, w tym &lt;b&gt;Megadeth&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Testament&lt;/b&gt; oraz &lt;b&gt;Anthrax&lt;/b&gt;. Nowy album zaanonsowali także grunge'owcy z &lt;b&gt;Soundgarden&lt;/b&gt;, którzy po trasie reaktywacyjnej przyznali, że ponowna współpraca okazała się owocna. Czekamy zatem na efekty. Ogromny entuzjazm wzbudziły pogłoski o reaktywacji &lt;b&gt;Black Sabbath&lt;/b&gt;, które ostatecznie potwierdziły się w listopadzie. Fani szaleją, bilety na zapowiedziane koncerty rozchodzą się jak świeże bułeczki. Ojcowie heavy metalu powrócili!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Skoro już jesteśmy przy koncertach, należy wspomnieć o tych, które niżej podpisana widziała osobiście, a które szczególnie zapadły w pamięć i wywarły wpływ na dalszy bieg wydarzeń.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jako &lt;b&gt;&lt;u&gt;najważniejsze koncerty w roku 2012&lt;/u&gt;&lt;/b&gt; - i tu kolejność ma znaczenie - wyróżniam:&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;11.04.2011: European Carnage Tour 2011 w łódzkiej Atlas Arenie, czyli Slayer i Megadeth pod blokiem&lt;/b&gt;, bo: niespełna rok wcześniej powiedziałam, że byłoby miło, gdyby Slayer zagrał w Łodzi razem z Megadeth, a było to podczas Sonisphere 2010 na warszawskim Bemowie, tuż po koncercie Slayera, który dostał ochłap nagłośnienia i ochłap czasowy, w związku z czym, jaklo najlepszy zespół świata został potraktowany w moich oczach gorzej od ścierwa orkowego przez jeźdźców Rohanu. Dlatego też pragnęłam odkuć się za tę namiastkę koncertu i bardzo marzyłam o tym, aby to właśnie z Megadeth Slayer zagrał w nowiutkiej hali widowiskowej w Łodzi. Gdy dotarły do mnie wieści, że takie wydarzenie ma mieć miejsce, oddałam nerkę, zawarłam pakt z diabłem (pozdrawiam! ;)), rozbiłam świnkę z oszczędnościami z komunii, ale kupiłam bilet do Golden Circle i poszłam, zdarłam gardło, zobaczyłam Bogów z odległości 3 metrów i odtąd mogłam już umrzeć. Niektórzy mówią, że ten koncert był słaby. Pierdolę ich.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;9.12.2011:&amp;nbsp;&lt;/b&gt;&lt;b&gt;Thrashfest Classics, Katowice, Mega Club&lt;/b&gt;. Klękajcie narody i bijcie pokłony przed kapelami, które zagrały tego wieczoru! Chwalcie polską publiczność, bo potrafi się bawić i wie, co to circle pit! Kolejny must-see, czyli skład, którego absolutnie nie mogłam odpuścić, a który skopał zadki tak mocno, że do dziś mam siniaki. Ba! Wspominam z łezką w oku każdą sekundę, którą dane mi było spędzić na scenie po udanym crowd surfingu &amp;nbsp;podczas koncertu Exodus. Wiem, że był to najbardziej oldschoolowy gig w moim życiu. Nie tylko za sprawą setlist, które wypełniły same klasyki wszystkich występujących na scenie kapel: &lt;b&gt;Sepultury&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Exodus&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Destruction&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Heathen&lt;/b&gt; i &lt;b&gt;Mortal Sin&lt;/b&gt;, ale także ze względu na formę, która przerosła moje oczekiwania. Gdyby nie fakt, że w kwietniu widziałam Slayera, na 100% byłoby to muzyczne wydarzenie roku.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a href="http://owsiaknet.pl/video/27630157" target="_blank"&gt;&lt;b&gt;Luxtorpeda&lt;/b&gt;&amp;nbsp;na Przystanku Woodstock&lt;/a&gt;. Zdecydowanie jeden z najlepszych koncertów PW 2011. Rewelacja. Widziałam chłopaków wcześniej dwa razy i za każdym razem wyczuwałam niesamowitą energię ze sceny i spod sceny, sama byłam jej częścią. Ale na Woodstocku wszystko jest bardziej. Dlatego też ten koncert był NAJ.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;table cellpadding="0" cellspacing="0" class="tr-caption-container" style="float: left; margin-right: 1em; text-align: left;"&gt;&lt;tbody&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-v9RgmCTKu8g/TwjNNUukeEI/AAAAAAAAHpk/0lo7ATkoxKA/s1600/225271_1548305246112_1789512567_966100_4850950_n.jpg" imageanchor="1" style="clear: left; margin-bottom: 1em; margin-left: auto; margin-right: auto;"&gt;&lt;img border="0" height="213" src="http://4.bp.blogspot.com/-v9RgmCTKu8g/TwjNNUukeEI/AAAAAAAAHpk/0lo7ATkoxKA/s320/225271_1548305246112_1789512567_966100_4850950_n.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td class="tr-caption" style="text-align: center;"&gt;fot. Ewelina Ledzion&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/tbody&gt;&lt;/table&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;6.05.2011 - SoundImage4Experience - Z'EV &amp;amp; HATI w łódzkiej Jazzdze.&lt;/b&gt; WOW! Słyszeliście kiedyś cżłowieka, który zdefiniował industrial!? Na żywo!? Wiecie co on wyrabia z tym.. wszystkim na czym gra!? no to powiem, że to, co można zobaczyć/usłyszeć, warte jest każdej ceny. Niesamowite wrażenia słuchowe, widowisko kameralne, ale jednocześnie przepełnione jakimś szczególnym rodzajem rozmachu i atmosferą niezwykłości. Wyszłam z Jazzgi oczarowana.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;Arka Noego na Przystanku Woodstock&lt;/b&gt;. Ktoś może się śmiać z dzieciaków, może iść na ich koncert dla jaj. Dla ubawu, żeby pośpiewać sobie teksty Arki Satana (jak niżej podpisana). Ale wrażenie, kiedy dzieciaki zaczynają dawać czadu, jest niebywałe. Nieważne, jakie masz przekonania. To jest po prostu kawał dobrej muzy i nie sposób temu zaprzeczyć.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ach, zapomniałabym! &lt;b&gt;Airbourne na Woodstocku&lt;/b&gt;! Cóż to był za koncert! Cóż to było za szaleństwo! Cóż to było za wybijanie zębów podczas hulanek! Wspaniałe!&amp;nbsp;Na wyróżnienie zasługuje także &lt;b&gt;De La Soul w Warszawie&lt;/b&gt;, na którym dane mi było być. Świetny koncert, choć marzyło mi się więcej kawałków z &lt;i&gt;3 Feet High &amp;amp; Rising&lt;/i&gt;. Ale radość z grania, która płynęła ze sceny, bezcenna. Tylko publiczność... bez komentarza. &amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Okej, nadszedł nareszcie czas na &lt;u&gt;&lt;b&gt;albumy wydane w minionym roku.&lt;/b&gt;&lt;/u&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na pierwszy ogień &lt;b&gt;&lt;u&gt;ŚWIAT&lt;/u&gt;&lt;/b&gt;. Tu będzie krótko i zwięźle, nie ukrywam, że mam spore zaległości, ale:&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;Anthrax - &lt;i&gt;Worship Music&lt;/i&gt; - &lt;/b&gt;NARESZCIE!!!! Świetny album, zróżnicowany, dużo dobrej muzyki. WARTO!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;Foo Fighters - &lt;i&gt;Wasting Light&lt;/i&gt;&lt;/b&gt; - zdecydowanie dobry album, solidny kawał grania, Dave już od dawna jest moim idolem, ale pomału zaczyna mocno wyśrubowywać moje oczekiwania wobec muzyki rockowej. Long live FF!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-2XE7ZObMlj0/TwjHUNvM1aI/AAAAAAAAHpM/WNQG53uT-r4/s1600/morbid-angel-illud-divinum-insanus-2011.jpg" imageanchor="1" style="clear: right; float: right; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em; text-align: justify;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/-2XE7ZObMlj0/TwjHUNvM1aI/AAAAAAAAHpM/WNQG53uT-r4/s1600/morbid-angel-illud-divinum-insanus-2011.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;b&gt;Morbid Angel &amp;nbsp;- &lt;i&gt;Illud Divinum Insanus&lt;/i&gt; &lt;/b&gt;- ortodoksi mnie zabiją, ale ten album jest po prostu mistrzowski. Połączenie dwóch gatunków, które uwielbiam (choć jeden ostatnio mocno zaniedbałam), a mianowicie ciężkiego metalu i industrialu. Nie mam pytań!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;Megadeth - &lt;i&gt;Thirteen&lt;/i&gt; - &lt;/b&gt;Dave trzyma poziom i choć serwuje kilka odgrzewanych kotletów, to nadal są to rzeczy mocne i naprawdę dobre. Na plus!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;A teraz płyty, które spowodowały opad szczęki, ale w złym tego wyrażenia znaczeniu:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;Metallica &amp;amp; Lou Reed - &lt;i&gt;Lulu&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;. Panowie chyba mieli ambicję wkurzyć miliony. Ja czuję się co najwyżej zaskoczona i zniesmaczona, ale jako, że do fanów Metalliki szczęśliwie nie należę, ta płyta AŻ TAK mnie nie boli. Niemniej - konsternacja. To dobre słowo.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;Guano Apes - &lt;i&gt;Bel Air&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;. Jeśli ktoś się spodziewał, że Guano Apes wróci w wielkim stylu, tak jak ja, to przeliczył się srodze. Słaby album, zupełnie nowy zespół, którego ja nie kupuję. Dziękuję, do widzenia.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;Misfits - &lt;/b&gt;&lt;i style="font-weight: bold;"&gt;The Devil's Rain. &lt;/i&gt;Mocno nijakie Misfits.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&lt;u&gt;POLSKA:&amp;nbsp;&lt;/u&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie będę oryginalna, jeśli napiszę, że absolutnym hitem i rewelacyjnym debiutem, który wstrząsnął polską sceną muzyczną, był debiutancki krążek &lt;b&gt;Luxtorpedy&lt;/b&gt;. Rzecz, po której starałam się nie oczekiwać niczego, zwaliła mnie z nóg. Rewelacyjne teksty, muzycznie - miazga. Koncertowo - zniszczenie. Personalnie - rewelacja. Sukces na całej linii. Czekamy na nową płytę!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Świetny album - NARESZCIE 2 ! - wydali weterani death metalu, czyli nasz polski &lt;b&gt;Vader&lt;/b&gt;. &lt;b&gt;&lt;i&gt;Welcome to the Morbid Reich&lt;/i&gt;&lt;/b&gt; to prawdziwy walec w starym stylu. Czekałam na taką płytę. Ostatnie dokonania grupy lekko mnie od nich oddaliły, a support przed Megadeth/Slayer w Łodzi wręcz zniesmaczył, tak był zły, ale tą płytą wygrali wszystko. Czapki z głów, Peter pokazał, że nie stracił jaj.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;Morowe - &lt;i&gt;Piekło. Labirynty. Diabły.&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&amp;nbsp;Ja przepraszam, ale dla mnie to jest po prostu genialne. I żałuję i kajam się, że nie widziałam na żywo. Mam nadzieję, że szybko nadrobię. No już, już. Wiem, że 2010. Dla mnie to i tak jeden lepszych albumów 2011. ;)&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-3wYWULI1GMU/TwjHiC7gv-I/AAAAAAAAHpU/3GZ-ZGB2s1A/s1600/pan-krakers.jpg" imageanchor="1" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em; text-align: justify;"&gt;&lt;img border="0" height="317" src="http://1.bp.blogspot.com/-3wYWULI1GMU/TwjHiC7gv-I/AAAAAAAAHpU/3GZ-ZGB2s1A/s320/pan-krakers.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Na wyróżnienia zasługują też:&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b style="font-weight: bold;"&gt;Arka Noego&lt;i&gt; - Pan Krakers&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&lt;b&gt;. &lt;/b&gt;Rewelacja! Dzieciaki śpiewające punkowe (i nie tylko) klasyki, takich tuzów polskiej muzyki jak &lt;b&gt;Kult&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Armia&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Dezerter&lt;/b&gt; (&lt;i&gt;Spytaj Milicjanta&lt;/i&gt; to absolutny cios!), &lt;b&gt;TILT&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Brygada Kryzys&lt;/b&gt; i jeszcze paru innych. Naprawdę nie żałuję, że kupiłam tę płytę.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;Kat &amp;amp; Roman Kostrzewski - &lt;/b&gt;&lt;i style="font-weight: bold;"&gt;Biało Czarna&lt;/i&gt;. Kolejne "nareszcie" w zestawieniu. Zachwycona może nie jestem, ale to z pewnością dobry znak, że zespół przestał odcinać kupony grając coraz droższe koncerty z coraz starszym materiałem. Roman tekstowo trzyma formę, a wręcz momentami może zaskoczyć (sic!).&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Teraz pora na baty. Kilku wykonawców mocno mnie w tym roku rozczarowało. I to takich, po których bym się w życiu tego nie spodziewała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;KNŻ - &lt;i&gt;Plamy na słońcu/ Bar la curva&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;. jedno się zachwycają, inni cmokają. A ja powiem krótko - dla mnie to nie jest KNŻ. Trąci to Kultem, a przecież miał być to wielki powrót świetnego zespołu jakim był KNŻ i jakim zapamiętałam go z koncertu reaktywacyjnego w toruńskiej OdNowie. No niestety.Wszystko to za lekkie, tekstowo słabe. Minus.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;Żywiołak - &lt;i&gt;Globalna Wiocha&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;. WTF!? To ma być Żywiołak!? Gdzie moje ulubione wokalistki!? Gdzieś tam pobrzmiewa smutne echo starego Żywiołaka, chociażby dlatego, że postać założyciela nadal w nim tkwi i swoje robi, ale to już jednak inny zespół. Nie dla mnie. Szkoda.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;Cool Kids of Death - &lt;i&gt;Plan Ewakuacji&lt;/i&gt;. &lt;/b&gt;Rozumiem, że zespoły ewoluują, obcinają włosy, zmieniają image i swoją muzykę. Ale tutaj stało się to nie do strawienia. Szkoda tym bardziej, że to zespół z mojego miasta i zawsze ich lubiłam. Szkoda II.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Z &lt;u&gt;debiutów&lt;/u&gt;, głównie zaobserwowanych na naszym podwórku, zasługują na wyróżnienie:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;Luxtorpeda (znowu)&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;wprawdzie nie debiut, ale...&lt;b&gt; Terror Tactics - &lt;/b&gt;z zabójczą demówką&amp;nbsp;&lt;b&gt;Thermonuclear Deathrash Attack &lt;/b&gt;pokazują, że można w tym kraju łoić świetny thrash z pomysłem. Gdyby była to chociaż EP, pewnie znaleźliby się w płytach roku.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-AdjylReIoRg/TwjIOxdqMeI/AAAAAAAAHpc/Scd9lDofhM0/s1600/r-u-t-a-gore-okc582adka.jpg" imageanchor="1" style="clear: right; float: right; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em; text-align: justify;"&gt;&lt;img border="0" height="311" src="http://4.bp.blogspot.com/-AdjylReIoRg/TwjIOxdqMeI/AAAAAAAAHpc/Scd9lDofhM0/s320/r-u-t-a-gore-okc582adka.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;No i ostatnio odkryty projekt &lt;b&gt;Macieja Szajkowskiego&lt;/b&gt; z &lt;b&gt;Kapeli Ze Wsi Warszawa&lt;/b&gt;, czyli &lt;b&gt;R.U.T.A.&lt;/b&gt;. WOW! W sam raz dla załamanych nowym Żywiołakiem. Można się pocieszyć, a nawet trzeba!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Z &lt;u&gt;wydarzeń wartych odnotowania&lt;/u&gt; należy wspomnieć o chorobie &lt;b&gt;Jeffa Hannemana&lt;/b&gt; ze Slayera, spowodowanej ukąszeniem pająka. Wcale nie poprawiło to moich stosunków ze stawonogami. Niemniej cieszymy się, że Jeff powrócił już do formy i liczymy na koncert Slayera w Polsce w pełnoprawnym składzie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Warto wspomnieć o filmie &lt;b&gt;&lt;i&gt;Lemmy: The Movie&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;, który ujrzał światło dzienne właśnie w roku 2011. Bohaterem, rzecz jasna - &lt;b&gt;Lemmy Kilmister&lt;/b&gt;, ikona, żywy dinozaur i lider &lt;b&gt;Motörhead&lt;/b&gt; . Dokument zwariowany, rokenrolowy, pełen anegdot, sławnych postaci i niezdrowego żarcia. Must see dla fanów, a dla reszty jazda obowiązkowa tak czy siak.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zaskoczeniem była dla mnie frekwencja podczas &lt;b&gt;Event Horizon Festival&lt;/b&gt; w Łodzi. Wybrałam się tam ze względu na Dezertera, którego klubowego koncertu w tym mieście nie mogłam uświadczyć, zatem zakręciłam się gdzie należy i zdobyłam bilet na tę imprezę, której headlinerem była &lt;b&gt;Pidżama Porno&lt;/b&gt;. Po raz kolejny okazało się, że na niektóre rzeczy jestem już za stara. Ale co ważne - Atlas Arena była co najmniej w połowie bardziej zapełniona niż podczas koncertu Slayera. I dlatego było mi smutno.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Uff, to chyba już wszystko. Jeśli dotrwaliście do końca, to chętnie przeczytam, jakie macie własne spostrzeżenia odnośnie muzyki i wydarzeń z nią związanych w minionym roku.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;/ TNT aka Żustin&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-1850897847732481449?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/1850897847732481449/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=1850897847732481449' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1850897847732481449'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1850897847732481449'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2012/01/yzka-dziegciu-i-ciut-miodku-czyli.html' title='Łyżka dziegciu i ciut miodku, czyli krótkie podsumowanie muzyczne roku 2011'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-v9RgmCTKu8g/TwjNNUukeEI/AAAAAAAAHpk/0lo7ATkoxKA/s72-c/225271_1548305246112_1789512567_966100_4850950_n.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-2468872969008696876</id><published>2012-01-04T00:59:00.000+01:00</published><updated>2012-01-04T00:59:46.444+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='B0UNCE'/><title type='text'>Podsumowanie muzycznego roku 2011 wg B0UNCE</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ostatnie 12 miesięcy było niezwykle owocne, jeśli chodzi o nowe wydawnictwa zespołów i artystów znanych, lubianych, może nawet kultowych. Szczególnie zeszłoroczny, jesienny wysyp nowości płytowych nie pozwolił mi na przesłuchanie wszystkich pozycji, które mnie interesują, ale mam nadzieję nadrobić zaległości jeszcze na początku tego roku. W każdym razie w 2011 roku ukazało się przynajmniej kilka albumów, które z pewnością na dłużej zagoszczą w moim odtwarzaczu, a przede wszystkim w pamięci. Sporządziłem mocno subiektywny, bardzo osobisty ranking płyt z datą wydania 2011 – kolejność nieprzypadkowa, ale też niezbyt sztywna i mogąca ulec zmianom w późniejszym terminie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;u&gt;Zagranica:&lt;/u&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;1) &lt;b&gt;Steven Wilson&lt;/b&gt; - &lt;i&gt;Grace For Drowning:&lt;/i&gt;Absolutny majstersztyk, fantastyczny, sięgający do tradycji progrocka i jazzrocka, dwupłytowy album. Tego jeszcze u Stevena nie było, pomimo jakichś tam przebłysków w niedawnej przeszłości.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;2) &lt;b&gt;Ulver&lt;/b&gt; - &lt;i&gt;Wars of the Roses&lt;/i&gt;&amp;nbsp;: Wreszcie bardziej „żywa”, dynamiczna płyta Ulver, po nieco zbyt sennym &lt;i&gt;Shadows of the Sun&lt;/i&gt;.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;3) &lt;b&gt;Laura Marling &lt;/b&gt;- &lt;i&gt;A Creature I Don't Know :&lt;/i&gt;Folk-rockowa perełka: rośnie prawdziwa niezależna gwiazda, której rozwój z przyjemnością obserwuję od ponad roku.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;4) &lt;b&gt;Samael&lt;/b&gt; - &lt;i&gt;Lux Mundi :&amp;nbsp;&lt;/i&gt;Szwajcarzy znów w formie – bardzo dobra płyta, chociaż może trochę zbyt rzemieślnicza.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;5) &lt;b&gt;Adele&lt;/b&gt; – &lt;i&gt;21&lt;/i&gt;&amp;nbsp;: Moje objawienie AD 2011 – cudowny głos, świetne kompozycje, które nie zostały „zajechane” przez obecnie wszędobylskie przeprodukowanie muzyki pop. Dowód na to, że można nawet teraz nagrać album, który osiągnie sukces zarówno artystyczny, jak i komercyjny.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Poza tymi pięcioma pozycjami warto wspomnieć również o &lt;i&gt;Sjukdom&lt;/i&gt; grupy &lt;b&gt;Lifelover&lt;/b&gt; – prawdopodobnie ostatniej w ich karierze, ze względu na śmierć jednego z członków zespołu we wrześniu ubiegłego roku – nieco ponad pół roku po premierze płyty. Nie można zapomnieć o świadectwie ciągle wysokiej formy &lt;b&gt;Megadeth&lt;/b&gt; w postaci &lt;i&gt;TH1RT3EN&lt;/i&gt; i nowej propozycji &lt;b&gt;Red Hot Chili Peppers&lt;/b&gt; - &lt;i&gt;I'm With You&lt;/i&gt;, nagranej w odświeżonym składzie. Przypomnieli o sobie &lt;b&gt;Limp Bizkit&lt;/b&gt;, wydając pierwszy od 8 lat longplay -&lt;i&gt; Gold Cobra&lt;/i&gt;. Całkiem udany, jednak nie dorównujący ich najlepszemu moim zdaniem - &lt;i&gt;Chocolate Starfish And The Hot Dog Flavored Water&lt;/i&gt; sprzed 12 lat.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Jeśli chodzi o &lt;u&gt;światowe wydarzenia&lt;/u&gt;, które najbardziej zapadły mi w pamięć – zdecydowanie będzie to &lt;b&gt;reaktywacja Black Sabbath&lt;/b&gt;. Również duże znaczenie miała dla mnie zapowiedź nowej płyty &lt;b&gt;Soundgarden&lt;/b&gt; – panowie zaszyli się w studiu, co daje nadzieję na świeży materiał w 2012 roku.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;u&gt;&amp;nbsp;Polska:&amp;nbsp;&lt;/u&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;1) &lt;b&gt;Tune&lt;/b&gt; – &lt;i&gt;Lucid Moments&lt;/i&gt;&amp;nbsp;: Świetny debiut łódzkiego zespołu progrockowego, znakomity również w prezentacji scenicznej. Szczera, emocjonalna, introwertyczna muzyka, kiedy trzeba – mroczna i przestrzenna, innym razem – ciężka i głośna.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;2) &lt;b&gt;Closterkeller&lt;/b&gt; – &lt;i&gt;Bordeaux&lt;/i&gt;&amp;nbsp;: Jedna z najlepszych płyt Clostera, a według mnie – najlepsza od &lt;i&gt;Graphite&lt;/i&gt;.3) &lt;b&gt;Tides From Nebula&lt;/b&gt; – &lt;i&gt;Earthshine&lt;/i&gt;&amp;nbsp;: Kolejny krok na muzycznej ścieżce tego zespołu i jednocześnie właściwie kamień milowy w ich karierze. Prawdziwie światowy album, bardzo dojrzały, przemyślany, bardzo dopracowany.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;4) &lt;b&gt;Gars&lt;/b&gt; - &lt;i&gt;Gdzie akcja rozwija się :&amp;nbsp;&lt;/i&gt;Znów debiut, jednak nie do końca – trójmiejscy Garsi mieli już na koncie jedno wydawnictwo – EP. Tym razem jest to pełnowymiarowy album. Bardzo równy, świeży, pełen porywającej muzyki i ciekawych rozwiązań aranżacyjnych, spiętych bardzo dobrymi tekstami i doskonałym brzmieniem.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;5) &lt;b&gt;Luxtorpeda&lt;/b&gt; – &lt;i&gt;Luxtorpeda&lt;/i&gt;&amp;nbsp;: I kolejny debiut, choć muzycy, którzy nagrali tę płytę, debiutantami nie są. Album treściwy, a o takie teraz trudno. Z pazurem, niepozbawiony chwytliwości, przy jednoczesnym zachowaniu zahaczającego o stoner brzmienia.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wyróżnić należałoby również całkiem udany, choć nie genialny, come backowy album &lt;b&gt;KNŻ&lt;/b&gt;, płyty naszych eksportowych, death metalowych kapel – &lt;b&gt;Decapitated&lt;/b&gt; i &lt;b&gt;Vader&lt;/b&gt; – obie bardzo dobre, choć pierwsza, jak wspomniałem w recenzji – kontrowersyjna. Warto wspomnieć o nowej płycie &lt;b&gt;Nosowskiej&lt;/b&gt;, „tylko” dobrej i wyjałowionym z buntu albumie łódzkich &lt;b&gt;Cool Kids of Death&lt;/b&gt; – to już zupełnie inny zespół, niż ten, który dekadę temu krzyczał „&lt;i&gt;mamy butelki z benzyną i kamienie&lt;/i&gt;”.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;W kategorii &lt;u&gt;wydarzenie&lt;/u&gt; na uwagę zasługuje&lt;b&gt; powrót Illusion&lt;/b&gt; na kilka koncertów i wydanie przez tę legendę polskiego rocka kompilacji. Inna kapela z lat 90-tych – &lt;b&gt;Flapjack&lt;/b&gt; – również o sobie przypomniała. Nowy utwór, kilka występów świadczących o znakomitej formie muzyków, zapowiedź nowej płyty – miejmy nadzieję, że w końcu się ukaże. Fanom &lt;b&gt;Acid Drinkers&lt;/b&gt; z pewnością nie uszła uwadze reaktywacja zespołu &lt;b&gt;Gomor&lt;/b&gt;, z Popcornem w składzie i, oczywiście, nowa płyta, która ukaże się już na wiosnę.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&amp;nbsp;/B0UNCE&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-2468872969008696876?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/2468872969008696876/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=2468872969008696876' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/2468872969008696876'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/2468872969008696876'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2012/01/podsumowanie-muzycznego-roku-2011-wg.html' title='Podsumowanie muzycznego roku 2011 wg B0UNCE'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-1381451410021511246</id><published>2011-12-31T17:39:00.000+01:00</published><updated>2012-01-04T00:59:32.599+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='B0UNCE'/><title type='text'>Po liftingu: Decapitated - Carnival Is Forever</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wydany 12 lipca nowy album &lt;b&gt;Decapitated&lt;/b&gt; to dla mnie płyta... kontrowersyjna. Przede wszystkim dlatego, że nagrał ją drastycznie inny skład, niż na &lt;i&gt;Organic Hallucinosis&lt;/i&gt;. Tym samym była swoistym sprawdzianem dla &lt;i&gt;Vogga&lt;/i&gt; – czy będzie w stanie dalej utrzymać wysoki poziom swojego zespołu. Jak na kapelę grającą techniczny death metal nie mogło być mowy o niskim poziomie wykonawczym, więc w sesjach nagraniowych &lt;i&gt;Carnival Is Forever&lt;/i&gt; uczestniczyli znany z &lt;b&gt;Vesanii&lt;/b&gt; basista &lt;i&gt;Filip "Heinrich" Hałucha&lt;/i&gt; i młody, austriacki perkusista &lt;i&gt;Kerim "Krimh" Lechner&lt;/i&gt; – jak się okazało, godny następca &lt;b&gt;Vitka&lt;/b&gt;.A co z poziomem kompozytorskim? Tu również nie można narzekać: Vogg to świetny kompozytor i, chociaż nie napisał najlepszego materiału w dyskografii Decapitated, 8 nowych utworów nie przyniosło mu wstydu. Ale to właściwie było wiadome już przed premierą płyty – trudno, żeby taka marka nagrała zły album. Problem leży w kierunku, jaki został obrany po pięcioletniej przerwie wydawniczej (nie licząc koncertówki, dwóch DVD i składanki wydanej na iTunes). Z jednej strony jest to kontynuacja  &lt;i&gt;Organic Hallucinosis&lt;/i&gt;, z drugiej – zmniejszenie ciężkości dzięki otworzeniu się na mniej metalowe środki wyrazu. Co niekoniecznie może się podobać metalowym ortodoksom, przyzwyczajonym do bezkompromisowej, brutalnej muzyki kwartetu. Poza tym wokal &lt;i&gt;Rafała Piotrowskiego&lt;/i&gt;, moim zdaniem, nie jest niestety tak wyrazisty i mocny jak pozostającego w śpiączce &lt;i&gt;Covana&lt;/i&gt;, co również sprawia, że odbieram nowy krążek Decapitated jako ich najlżejszy album.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-dV9jsUmeQSc/Tv86iQupvWI/AAAAAAAAHiI/a0X8VfAD47I/s1600/carnival.jpg" imageanchor="1" style="clear: right; float: right; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em; text-align: justify;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://3.bp.blogspot.com/-dV9jsUmeQSc/Tv86iQupvWI/AAAAAAAAHiI/a0X8VfAD47I/s320/carnival.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Owocem odejścia od zwartej, deathowej formy utworów są przede wszystkim dwie kompozycje: tytułowa i &lt;i&gt;A View From A Hole&lt;/i&gt;. Pierwsza jest przeplatanką agresywnych, metalowych riffów z fragmentami, o które nigdy bym nie posądził Decapów – spokojnych, zagranych na czysto brzmiącej gitarze. Drugi, znacznie według mnie ciekawszy, to przez pierwsze 1,5 minuty absolutnie niemetalowy kawałek – nieprzesterowana gitara plus ciekawie zagrana partia perkusji, której nie powstydziłby się Vitek... Takie osobliwe intro przeradza się w bardziej typową dla Decapitated techniczną rzeźnię, przerywaną wolnymi, rozpływającymi się w muzycznej przestrzeni riffami. Jak dla mnie jeden z najlepszych utworów tej grupy.Bardzo ciekawie wypadają solówki, teoretycznie odstające od brutalnych riffów, jednak znakomicie z nimi kontrastujące – jak na przykład w świetnym &lt;i&gt;Homo Sum&lt;/i&gt;. W &lt;i&gt;404&lt;/i&gt; do głównej zagrywki, bardzo w stylu poprzednich płyt grupy, wprowadzono wysoko brzmiące, gitarowe „ozdobniki”, które fajnie przełamują metalowy ciężar. W tej samej kompozycji usłyszeć też można riff nieco kojarzący się z francuską &lt;b&gt;Gojirą&lt;/b&gt;. Przedostatni utwór, &lt;i&gt;Pest&lt;/i&gt;, wywołał u mnie konsternację i pytanie: gdzie ja to słyszałem? Główny riff do złudzenia przypomina &lt;i&gt;Sensual Sickness&lt;/i&gt; z &lt;i&gt;The Negation&lt;/i&gt;. Ciężko stwierdzić, czy to przypadek, Voggowi zabrakło pomysłu, czy to tylko nawiązanie do tej świetnej płyty... &lt;i&gt;Carnival Is Forever&lt;/i&gt; zamyka kolejny utwór, wywołujący olbrzymie zdziwienie słuchaczy zaznajomionych z wcześniejszą twórczością formacji – &lt;i&gt;Silence&lt;/i&gt; to nieco ponad 4 minuty czystych dźwięków gitary elektrycznej. Nastrojowych, przestrzennych, zupełnie odbiegających od pozostałych siedmiu utworów. Czy takie outro było potrzebne? Moim zdaniem nie, ale widocznie muzycy chcieli kolejny raz, tym razem jeszcze dosadniej, zaskoczyć swoich fanów...Reasumując:  &lt;i&gt;Carnival Is Forever&lt;/i&gt; to dziwna płyta. Dziwna, bo mimo wysokiego ogólnego poziomu, jest mniej spójna w porównaniu z poprzednimi płytami zespołu i naznaczona eksperymentami, które jakby na nowo definiują tę grupę.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Chociaż fonograficzny powrót Decapitated to z pewnością jedno z wydarzeń ostatnich 12 miesięcy, to &lt;i&gt;Carnival Is Forever&lt;/i&gt; płytą roku – przynajmniej w moim rankingu – nie jest. Mam też nadzieję, że kolejny longplay formacji przyniesie konkretny kierunek muzyczny – niezależnie od tego, jaki by on był.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&amp;nbsp;/B0UNCE&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-1381451410021511246?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/1381451410021511246/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=1381451410021511246' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1381451410021511246'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1381451410021511246'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/12/po-liftingu-decapitated-carnival-is.html' title='Po liftingu: Decapitated - Carnival Is Forever'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-dV9jsUmeQSc/Tv86iQupvWI/AAAAAAAAHiI/a0X8VfAD47I/s72-c/carnival.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-1053255903635950347</id><published>2011-12-27T16:03:00.002+01:00</published><updated>2011-12-27T16:03:38.751+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='TNT'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='news'/><title type='text'>Brutal Assault 2012 - garść informacji</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ok, obżartuchy, podjedliście pewnie sobie przez święta, nawet jeśli ich nie obchodzicie, to nie uwierzę, że nie korzystacie z kulinarnych uroków tego czasu. My również nieco obijaliśmy się przez te kilka dni, dlatego blog świecił pustkami. Ale już śpieszymy do was z niezobowiązującym materiałem, który jednak z pewnością narobi smaku wielu z was. Tym razem chodzi oczywiście o doznania muzyczne, a nie spożywcze.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Od naszych południowych sąsiadów od kilku tygodni napływają bowiem coraz ciekawsze wiadomości. Okazuje się, że już teraz skład jednego z najciekawszych festiwali muzycznych w tej części Europy, jest obiecujący. Impreza, która od lat gości największe sławy sceny metalowej (i nie tylko) z całego świata, podczas siedemnastej edycji także zabłyśnie blaskiem wielu gwiazd. Wiadomo to już teraz.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;table cellpadding="0" cellspacing="0" class="tr-caption-container" style="float: right; margin-left: 1em; text-align: justify;"&gt;&lt;tbody&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://static.brutalassault.cz/files/mapa/BAmapaEU.jpg" imageanchor="1" style="clear: right; margin-bottom: 1em; margin-left: auto; margin-right: auto;"&gt;&lt;img border="0" height="152" src="http://static.brutalassault.cz/files/mapa/BAmapaEU.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td class="tr-caption" style="text-align: center;"&gt;BA - kliknij, aby powiększyć.&amp;nbsp;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/tbody&gt;&lt;/table&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zacznijmy jednak od początku. &lt;b&gt;Brutal Assault&lt;/b&gt; to impreza odbywająca się cyklicznie od szesnastu lat, co roku przyciągająca do czeskiego Jaromera (do 2006 roku impreza odbywała się w Svojšicach) nawet kilkanaście tysięcy fanów ekstremalnej muzyki. Obecnie festiwal gości na terenie osiemnastowiecznej Twierdzy Josefov. Co ciekawe, większość bywalców festiwalu najczęściej, obok zachwytów nad talentem organizacyjnym Czechów, wspomina o wszechobecnych kradzieżach. Organizatorzy zapewniają w związku z tym darmowy depozyt na terenie pola namiotowego, bądź doradzają zostawianie cennych przedmiotów wewnątrz samochodowych bagażników. Sądzicie, że złodzieje nie mają i na to sposobu? Prawdziwemu miłośnikowi muzyki niestraszne jednak kradzieże - liczy się klimat, no i to, co powoduje szybsze bicie serca przy kolejnych aktualizacjach składu kolejnych edycji - LINE UP! A przyszłoroczny, jak już zostało powiedziane, a raczej napisane - podnosi ciśnienie!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Z radością obserwuję kolejne update'y na oficjalnej stronie festiwalu, bo z tygodnia na tydzień prezentują się one coraz lepiej. Jak dotąd potwierdzono obecność następujących zespołów:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/abortedmetal" target="_blank"&gt;Aborted&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- beljgijski deathcore&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://bandzone.cz/ahumadogranujo" target="_blank"&gt;Ahumado Granujo&lt;/a&gt; - czeski goregrind&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/amonamarth" target="_blank"&gt;Amon Amarth&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- death metalowy młot prosto ze Szwecji&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/arcturusnorway" target="_blank"&gt;Arcturus&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- avant-garde black metal z Norwegii&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.arkona-russia.com/" target="_blank"&gt;Arkona&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- rosyjski pagan metal&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/belakor" target="_blank"&gt;Be'lakor&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- melodic death metal z Australii&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/cattledecapitation" target="_blank"&gt;Cattle Decapitation&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- amerykański death&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/converge" target="_blank"&gt;Converge&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- amerykański hardcore&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/darkesthour" target="_blank"&gt;Darkest Hour&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- metal/hardcore z USA&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/theofficialdeicidemyspacepage" target="_blank"&gt;Deicide&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- death metal z USA&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/dimmuborgir" target="_blank"&gt;Dimmu Borgir&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;(zwany także Dymnym Burgerem)- symfoniczny black (wtf!?)&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/dodheimsgard" target="_blank"&gt;Dodheimsgard&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- awangardowy black z Norwegii&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://generalsurgery.se/" target="_blank"&gt;General Surgery&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- grindcorowcy ze Szwecji&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/hatebreed" target="_blank"&gt;Hatebreed&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- hardcore (USA)&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/heathenmetal" target="_blank"&gt;Heathen&lt;/a&gt; - thrash z USA&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/officialheavenshallburn" target="_blank"&gt;Heaven Shall Burn &lt;/a&gt;- niemiecki metalcore&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.immortalofficial.com/" target="_blank"&gt;Immortal&lt;/a&gt; - comedy black... (huhu, żartuję, black metal) z Norwegii&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/incantation" target="_blank"&gt;Incantation&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- death metal (USA)&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/insomniumband" target="_blank"&gt;Insomnium&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- fiński melodic death&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/machinehead" target="_blank"&gt;Machine&amp;nbsp;Head&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- &lt;b&gt;pierwszy z headlinerów&lt;/b&gt;, amerykański metal&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/ministrymusic" target="_blank"&gt;Ministry&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- industrial metal z USA&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/moonspell" target="_blank"&gt;Moonspell&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- doom/gothic metal z Portugalii&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/morgothgermany" target="_blank"&gt;Morgoth&amp;nbsp;&lt;/a&gt;- &amp;nbsp;niemiecki death&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/municipalwaste" target="_blank"&gt;Municipal Waste&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- thrash/crossover z USA&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/norther" target="_blank"&gt;Norther&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- fiński melodic death&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://paradiselost.co.uk/" target="_blank"&gt;Paradise Lost&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- doom prosto z Wysp&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/therealpigdestroyer" target="_blank"&gt;Pig Destroyer&lt;/a&gt;&amp;nbsp; - amerykański grind&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/protestthehero" target="_blank"&gt;Protest The Hero&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- kanadyjski progressive metal&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/sickofitallny" target="_blank"&gt;Sick Of It All&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- nowojorski hardcore&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/sixfeetunder" target="_blank"&gt;Six Feet Under&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- death metal z grobowym przytupem - dla jasności: USA&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.sodomized.info/" target="_blank"&gt;Sodom&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- reprezentanci niemieckiego thrashu&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/suicidesilence" target="_blank"&gt;Suicide Silence&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- amerykański deathcore&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.textures.nl/" target="_blank"&gt;Textures&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- holenderski progressive extreme metal&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/blackdahliamurder" target="_blank"&gt;The Black Dahlia Murder&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- metalcore (USA)&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/toxicholocaust" target="_blank"&gt;Toxic Holocaust&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- &amp;nbsp;thrashcore z USA&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/czral" target="_blank"&gt;Virus&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- norweski avant-garde metal&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/warbringer" target="_blank"&gt;Warbringer&lt;/a&gt;&amp;nbsp;- amerykański thrash&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;.. uff, tyle na razie. Czekamy na kolejne kapele.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Poza tym skromnym gronem ogłoszonych wykonawców, wiadomo, że festiwal będzie trwał tradycyjnie trzy dni, w terminie&lt;b&gt; 9-11 sierpnia 2012&lt;/b&gt;. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Więcej informacji już wkrótce.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Znajdziecie je także na oficjalnej&lt;a href="http://brutalassault.cz/pl/" target="_blank"&gt; stronie festiwalu&lt;/a&gt; (bilety, dojazd, noclegi, etc..., ale uwaga, na stronie w większości udostępnione są jeszcze zeszłoroczne - dla 2011 - informacje).&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;My również będziemy Was co jakiś czas informować o nowościach.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-1053255903635950347?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/1053255903635950347/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=1053255903635950347' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1053255903635950347'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1053255903635950347'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/12/brutal-assault-2012-garsc-informacji.html' title='Brutal Assault 2012 - garść informacji'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-4924984383141224398</id><published>2011-12-19T20:08:00.002+01:00</published><updated>2011-12-19T22:49:31.640+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='TNT'/><title type='text'>Szczęśliwa trzynastka MegaDave'a?</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-R0F7-FFmTlo/Tu-rijYw_XI/AAAAAAAAHdo/yVOIIeu0D3I/s1600/megadeth13cover.jpg" imageanchor="1" style="clear: right; float: right; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://2.bp.blogspot.com/-R0F7-FFmTlo/Tu-rijYw_XI/AAAAAAAAHdo/yVOIIeu0D3I/s320/megadeth13cover.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif; text-align: justify;"&gt;Od czasu wydania zachwycającego fanów i krytykę, megadeth'owego &lt;/span&gt;&lt;i style="font-family: Verdana, sans-serif; text-align: justify;"&gt;Endgame&lt;/i&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif; text-align: justify;"&gt;, minęły zaledwie dwa lata (w tym czasie zespół zagrał w Polsce dwa koncerty, więc można było zapoznać się z materiałem na żywo). W międzyczasie obchodziliśmy 25-lecie wydania albumu &lt;/span&gt;&lt;i style="font-family: Verdana, sans-serif; text-align: justify;"&gt;Peace Sells... But Who's Buying?&lt;/i&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif; text-align: justify;"&gt;, który został wydany w wersji zremasterowanej, z dodatkowymi bonusami oraz prezentami dla kolekcjonerów, między innymi w boksie 5 CD + 3 LP. Ta ostatnia edycja, deluxe, zawiera także nigdy nie wydane materiały w postaci koncertu z 1987 roku, miksy albumu, które nigdy wcześniej nie ujrzały światła dziennego, oraz książeczkę i zdjęcia zespołu. Uff, przyznacie, że wydanie na bogato.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;Tymczasem trwały prace nad nowym albumem, który został ukończony już w maju 2011 (przypomnijmy, że zespół wszedł do studia na początku roku). &amp;nbsp;Fakt, że do zespołu w 2010 roku powrócił pierwotny basista grupy, &lt;/span&gt;&lt;b style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;David Ellefson&lt;/b&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;, pozwalał mieć nadzieję na spójne dzieło dojrzałych muzyków, które będzie godną kontynuacją dwunastej płyty, która to, wbrew tytułowi, wcale nie oznaczała, że Mustaine zamierza skończyć zabawę z thrashem. &amp;nbsp;Fani, co jakiś czas, przed premierą szczuci "wyciekającymi" do sieci utworami, mogli spodziewać się wyłącznie dobrego wydawnictwa.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;Tematyka utworów jest, jak zwykle u &lt;/span&gt;&lt;b style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;Megadeth&lt;/b&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;, wymierzona w polityków, niegodziwość systemów uciśniających ludzkość. To jeden ze znaków rozpoznawczych zespołu i tutaj nie można było liczyć na zmianę, ale czy ktokolwiek jej potrzebuje? Dave jest celnym komentatorem i trafnie wyraża zdanie wielu ludzi na tym świecie, w tym niżej podpisanej. Wreszcie sam tytuł płyty, odczytywany na wiele sposobów, poza oczywistym faktem, że jest to trzynasty album formacji, odsyłać może do kilku innych trzynastek w życiu Dave'a - w wieku trzynastu lat zaczął się uczyć gry na gitarze, a cofając się jeszcze dalej w pomroce dziejów - na świat przyszedł 13 września 1961 roku.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;&lt;b&gt;Th1rt3en&lt;/b&gt;&lt;/i&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt; ukazał się 1 listopada 2011 (w Japonii 26 października), momentalnie wskakując na 11. miejsce listy Billboardu.  Album został ciepło przyjęty przez światową krytykę muzyczną, co zaowocowało także nominacjami do nagrody Grammy dla dwóch utworów: &lt;/span&gt;&lt;i style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;Public Enemy No. 1 &lt;/i&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;oraz&lt;/span&gt;&lt;i style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt; Sudden Death&lt;/i&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;. Obydwa utwory promowały album, zaś do tego pierwszego &lt;a href="http://youtu.be/fLN1OB3_wG8" target="_blank"&gt;powstał teledysk&lt;/a&gt;.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;Płytę otwiera &lt;i&gt;Sudden Death&lt;/i&gt;, z bardzo megadethowym intro, skomplikowaną solówką gitarową, której towarzyszą monumentalnie brzmiące bębny. Dopiero po około minucie wchodzi wokal, by przedstawić słuchaczom "jego wysokość zrodzonego z destrukcji". Refren z początku zwalnia tempo, by znów przyspieszyć w zwrotce i na solówkach. A te nie zawodzą, jak zwykle jest ciekawie i różnorodnie, ale przecież nie bez powodu Dave został przez&amp;nbsp;&lt;span style="background-color: white; line-height: 19px;"&gt;&lt;b&gt;Joela McIvera&lt;/b&gt; &amp;nbsp;w książce&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;&lt;i&gt;The 100 Greatest Metal Guitarists&lt;/i&gt; uznany za najlepszego metalowego gitarzystę świata.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;Warto tez wspomnieć, że &lt;i&gt;Sudden Death&lt;/i&gt; znalazł się na ścieżce dźwiękowej słynnej gry &lt;i&gt;Guitar Hero: Warriors of Rock. &lt;/i&gt;Kolejny singiel na płycie, czyli wspomniany już &lt;i&gt;Public Enemy No.1&lt;/i&gt; to faktycznie świetny utwór, łatwo zapadający w pamięć. Tekst, dla którego inspiracją była postać Ala Capone, bodaj nasłynniejszego amerykańskiego gangstera z lat 20', to swego rodzaju hołd dla tej, ikonicznej przecież, postaci. Być może Mustaine w pewien sposób utożsamia się z Capone, wszak jego niesława jest równie wielka, jak on sam. Muzycznie to kolejny strzał w dziesiątkę (a może w trzynastkę?). Utwór raczej zahaczający o klimaty heavy niż thrashowe, melodyjny refren i obowiązkowe spitfire riffs w solówce - do tego miodny teledysk. Czego chcieć więcej? Ja to kupuję. Ale lecimy dalej.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif; line-height: 19px;"&gt;&lt;i&gt;Whose Life (Is It Anyways?)&lt;/i&gt; to w warstwie tekstowej zbliżona do nastoletnich wypocin początkujących muzyków, nieco punkowa piosenka, którą, gdyby nie wykonanie na najwyższym poziomie i muzyczne skomplikowanie, mogłaby nagrać właśnie młoda kapela, hołdująca Dave'owi. Cóż, widać Dave postanowił zrobić to za nich. Ale nie oszukujmy się, Dave to duży dzieciak, więc teksty w rodzaju: "nie mów mi co mam robić", są bardzo w jego stylu. Za to go kochamy (no, może nie wszyscy). To jedna z najkrótszych kompozycji na "trzynastce", dość jednorodna i w porównaniu do reszty - oparta w większości na jednym motywie. Ale wciąż jest moc.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif; line-height: 19px;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-Q3XE8ZJBucA/Tu-rjhJVifI/AAAAAAAAHdw/b94EcpgiqIk/s1600/Megadeth-public-enemy-no.-1-single-cover-art.jpg" imageanchor="1" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em; text-align: justify;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-Q3XE8ZJBucA/Tu-rjhJVifI/AAAAAAAAHdw/b94EcpgiqIk/s320/Megadeth-public-enemy-no.-1-single-cover-art.jpg" style="cursor: move;" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif; line-height: 19px;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif; line-height: 19px;"&gt;&lt;i&gt;We The People&lt;/i&gt; to typowy manifest przeciwko politykom, wypominający im skorumpowanie i zakłamanie. Otwierający riff mógłby spokojnie pełnić rolę intro dla całej płyty. Klimatem utwór przypomina nieco &lt;i&gt;Dialectic Chaos&lt;/i&gt; z poprzedniej płyty, choć pozbawiony jest tej dzikiej galopady riffów, która pięknie rozpoczynała&amp;nbsp;&lt;i&gt;Endgame&lt;/i&gt;.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;&lt;i&gt;Guns, Drugs &amp;amp; Money&lt;/i&gt; porusza trudną tematykę meksykańskich imigrantów, których rząd USA traktuje z pełną surowością, od których odgradza się drutem kolczastym i wszelkimi innymi możliwymi sposobami. Jak śpiewa Dave: &lt;i&gt;"&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;&lt;i&gt;Poverty will turn the life of any good man bad /&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;&lt;i&gt;All love and mercy ever learned, he’ll soon forget what he had"&lt;/i&gt;. Pełne zrozumienie dla ofiar bezdusznych systemów, godne gorliwego chrześcijanina.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;&lt;i&gt;Never Dead &lt;/i&gt;powstał jako dodatek do gry akcji, która ukarze się w przyszłym roku,&amp;nbsp;&lt;i&gt;NeverDead. K&lt;/i&gt;limatem i lirykami nawiązuje zresztą mocno do typowych soundtracków z gier fantasy/action. Mamy zatem mroczne intro &amp;nbsp;z wybijającym rytm werblem i po kolei rozwijającą się kompozycję, którą na dobre rozpędzają typowe dla Megadeth riffy. Pozytywnie o przyszłości nie pozwala myśleć melorecytacja Dave'a: "&lt;/span&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;&lt;i&gt;Dead swifts before you /&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;i&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;To cross up to suicide /&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;Imagine builds up in your body /&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;You will be dying /&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;For the rest of your life /&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;In the realms of the never dead!".&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;&lt;i&gt;New World Order &lt;/i&gt;powstał podczas historycznej trasy &lt;i&gt;Clash of The Titans. &lt;/i&gt;Autorami są&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;Dave Mustaine, Dave Ellefson, &lt;b&gt;Marty Friedman&lt;/b&gt; oraz &lt;b&gt;Nick Menza&lt;/b&gt;. Dlaczego Dave postanowił ponownie nagrać ten utwór? W poprzedniej wersji, która została zarejestrowana dla potrzeb &lt;i&gt;Countdown to Extinction&lt;/i&gt; (choć nie została wykorzystana), a następnie ukazała się ze zremasterowaną edycją albumu &lt;i&gt;Youthanasia&lt;/i&gt;, nie satysfakcjonowała lidera zespołu. Jak twierdzi Ellefson, Mustaine oraz Dover (obecny perkusista grupy) naciskali na ponowną rejestrację utworu. Mustaine miał zaktualizować liryki i uczynić bardziej brutalnymi. Już choćby ze względu na ciekawą historię (i pamiętną trasę!) warto przyjrzeć się bliżej &lt;i&gt;New World Order&lt;/i&gt;. Jak zwykle mamy do czynienia z różnorodnością motywów i muzycznym majstersztykiem, długimi solówkami i melodyjnymi refrenami.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;&lt;i&gt;Fast Lane&lt;/i&gt; to chyba jeden z nudniejszych (moim zdaniem) utworów na płycie. Owszem, sporo się tam dzieje, jak zawsze u Megadeth, ale uważam, że "13" obeszłaby się bez &lt;i&gt;Fast Lane&lt;/i&gt;. Ożywiam się dopiero na ostatnie 30 sekund, gdzie zespół wyraźnie przyspiesza i wyrywa z lekkiego zawieszenia systemu.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;Natomiast &lt;i&gt;Black Swan&lt;/i&gt; to już zupełnie inna bajka. Jak zaznacza Ellefson, nie ma nic wspólnego z filmem z Natalie Portman w roli głównej, ponieważ powstał kilka lat wcześniej (kolejny już utwór, który został nagrany przez zespół ponownie, na potrzeby najnowszego krążka) jednak z powodzeniem mógłby stanowić część soundtracku, tak doskonale wpisuje się tematycznie. Jednak wydaje się, że to kolejna rozprawa Mustaine'a z dawnym uzależnieniem. Rewelacyjny utwór, już na początek raczący słuchaczy solówką gitarową, a przez cały czas trwania zwrotki, zapętlonym, hipnotyzującym motywem, który zapada w pamięć. No i tradycyjnie - refren stworzony do zaryczenia przez całą salę podczas koncertu.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;Podobnie jest w przypadku &lt;/span&gt;&lt;i style="line-height: 19px;"&gt;Wrecker&lt;/i&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;, choć tutaj jest już chyba nieco mniej przebojowo. Choć czadu nie można temu numerowi odmówić.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;&lt;i&gt;Millenium Of The Blind&lt;/i&gt; to piękna kompozycja, z delikatnym intro, oraz lirycznym tekstem przepełnionym metaforami. Typowa metalowa ballada, z mocniejszymi momentami i wysmakowanymi solówkami, które w odpowiednich momentach pogłębiają nastrój, budowany cierpliwie przez delikatnie zaznaczające swoją obecność gitary w tle zwrotek. Raczej nie ma startu do najsłynniejszych ballad Megadeth, ale słucha się przyjemnie.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;Riff do&amp;nbsp;&lt;i&gt;Deadly Nightshade &lt;/i&gt;to kolejne wykopalisko, które zostało przy okazji nowego wydawnictwa wyciągnięte na powierzchnię i podrasowane. Mocny numer, chyba jeden z mocniejszych na płycie, choć w warstwie tekstowej nie zachwyca. Dave powinien jednak trzymać się tematyki polityczno-społecznej, w tym jest zdecydowanie najlepszy.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;Utwór pod tytułem&lt;i&gt; 13,&lt;/i&gt; zamyka &lt;i&gt;Thirteen&lt;/i&gt;. Jest to także najdłuższa, niemal sześciominutowa kompozycja. Dave śpiewa: &lt;i&gt;"&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;i&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;Thirteen times and it’s been lucky for me /&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;After everything, you still want me to bleed /&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;Thirteen ways to see the devil in my eyes /&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;&lt;i&gt;Because I stood here thirteen times and I’m still alive"&lt;/i&gt; - te słowa doskonale pasują nie tylko na podsumowanie trzynastego krążka, ale wszystkich lat, które Dave spędził na scenie. A jednocześnie odgraża się, że to nie koniec. Cieszy mnie to niezmiernie, jako fankę. To dobry numer na koniec albumu, nie tylko z tekstu, ale i muzycznie, bije z niego aura podsumowań i rozliczenia z tym, co było, ale także tym, co ma nadejść. Gitarowe outro kończy utwór i tym samym cały album.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;Podsumowując, &lt;i&gt;Th1rt3en&lt;/i&gt; jest godnym następcą przebojowego, i, w mojej ocenie najlepszego po reaktywacji,&amp;nbsp;&lt;i&gt;Endgame&lt;/i&gt;, choć, jak to mówią - łba nie urywa. Jednocześnie niewiele można tej płycie zarzucić. Jest po prostu dobra i nie rozczarowuje. Może ktoś przyczepi się, że zbyt wiele tu rzeczy "odgrzewanych", że płyta jest wtórna, że za mało tu nowości, a za dużo przewidywalności i podobieństw do dwóch poprzednich krążków. No cóż, takie jest Megadeth w roku 2011, nic na to nie poradzimy. Nie zmienia to faktu, że według mnie, Dave nadal kosi starych kumpli z Mety, którzy swoim &lt;i&gt;Lulu&lt;/i&gt;&amp;nbsp;(tak wiem, to nie album Mety, ale &lt;b&gt;Metallica&lt;/b&gt; + &lt;b&gt;Lou Reed&lt;/b&gt;...) jeszcze bardziej mnie do siebie zniechęcili.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="line-height: 19px;"&gt;&lt;span style="font-family: Verdana, sans-serif;"&gt;&lt;b&gt;Hail Mega Dave!&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-4924984383141224398?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/4924984383141224398/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=4924984383141224398' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/4924984383141224398'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/4924984383141224398'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/12/szczesliwa-trzynastka-megadavea.html' title='Szczęśliwa trzynastka MegaDave&apos;a?'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-R0F7-FFmTlo/Tu-rijYw_XI/AAAAAAAAHdo/yVOIIeu0D3I/s72-c/megadeth13cover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-2106003144092728442</id><published>2011-12-14T07:46:00.000+01:00</published><updated>2011-12-14T07:46:02.990+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sauteneron'/><title type='text'>Machine Head – Unto The Locust (2011)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Często zdarza się, że pojawiają się zespoły nawiązujące nazwą do swoich ulubionych grup muzycznych i idoli, z twórczości których czerpią we własnej drodze muzycznej. Tak właśnie jest w przypadku &lt;b&gt;Machine Head&lt;/b&gt;, który swoją nazwę wziął od szóstego albumu pionierów hard rocka - &lt;b&gt;Deep Purple&lt;/b&gt;. Na tym jednak poszukiwanie współzależności między klasycznym Deep Purple a Machine Head powinno się kończyć, gdyż nieco młodsi stażem Amerykanie to zupełnie inna para słuchawek.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-rjME4t853tw/TuedBxwQX6I/AAAAAAAAHbw/TV-MVpaaVIk/s1600/Machine+Head+-+Unto+The+Locust+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em; text-align: justify;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://2.bp.blogspot.com/-rjME4t853tw/TuedBxwQX6I/AAAAAAAAHbw/TV-MVpaaVIk/s320/Machine+Head+-+Unto+The+Locust+%25282011%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&amp;nbsp;Zespół powstał w 1992 roku w Oakland (Kalifornia) i już po dwóch latach działalności, czyli w 1994 roku spełnił swój „amerykański sen” o sławie i wielkim świecie show biznesu. A to za sprawą debiutanckiego albumu &lt;i&gt;Burn My Eyes&lt;/i&gt;, który, wydany przez giganta Roadrunner Records rozszedł się w nakładzie powyżej 500&amp;nbsp;000 egzemplarzy. Jak na debiut był to wynik jednoznacznie wskazujący, że muzyka prezentowana przez czwórkę przyjaciół prowadzonych przez wokalistę &lt;b&gt;Robba Flynna,&lt;/b&gt; zyskała sobie posłuch na całym świecie. Nie spoczywając na laurach zespół wyruszył w długą, bo ponad roczną trasę koncertową wraz z legendarnym &lt;b&gt;Slayerem&lt;/b&gt;. Skupiając się na muzyce Machine Head w ich początkowej fazie działalności słychać wyraźne korzenie thrash metalu, ale z nutką nowości na styl miksu&lt;b&gt; Pantery&lt;/b&gt; z &lt;b&gt;Biohazard&lt;/b&gt;.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Początek lat 90. to dla światowego thrash metalu niezbyt dobre czasy. Pojawiające się płyty odchodziły stylistycznie od zwartych norm thrashu lat 80’tych. Ortodoksyjni thrasherzy zeszli do podziemia, tworząc wedle starych reguł, a wśród tych, którzy nie bali się eksperymentów, powstał nowy, neo-thrashowy mainstream. Zmiany w muzyce Machine Head zaszły również bardzo daleko i wydana w 1997 roku, kolejna płyta pt. &lt;i&gt;The More Things Change&lt;/i&gt; wprowadziła radykalną zmianę kursu, którym Machine Head miało podążać przez najbliższe lata. Zmiany te nie wszystkim przypadły do gustu. W muzyce MH pojawiły się zagrywki zapożyczone od nowego trendu, jaki wprowadził &lt;b&gt;Korn&lt;/b&gt;. Między soczyste thrashowe riffy wplecione zostały hip-hopowe wokale, winylowe skrecze, a sekcja basowo perkusyjna zwolniła i zaczęła nas raczyć rytmami sprzyjającymi podskokom na koncertach. Pomimo, że po tych zabiegach część dawnych fanów całkowicie przekreśliła zespół, to nowi, bardziej liberalni słuchacze odpowiednio podbijali wyniki sprzedaży kolejnych płyt. MH nie próżnował i do 2011 powstały jeszcze cztery albumy studyjne i jeden koncertowy. Ostatni z wspomnianych miał premierę w 2007 roku, więc blisko cztery lata oczekiwania na kolejną płytę skutecznie zaostrzyły apetyt na &lt;i&gt;Unto The Locus&lt;/i&gt;t. Roadrunner Records, wydawca wszystkich dotychczasowych płyt Machine Head nie miał najmniejszego zamiaru rezygnować ze współpracy przy &lt;i&gt;Unto The Locust&lt;/i&gt; więc pewnym było, że płyta będzie co najmniej tak dobra jak pozostałe.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Płytę otwiera bardzo długi jak na ten rodzaj muzyki, bo aż ponad ośmiominutowy utwór&lt;i&gt; I Am Hell (Sonata In C#)&lt;/i&gt;, który rzeczywiście może uchodzić za swego rodzaju sonatę, gdyż składa się z trzech wyraźnie zaznaczonych części, z których każda ma swój oddzielny podtytuł. Muzycznie pierwszy utwór przywraca nadzieję w nawrócenie Machine Head ku debiutowi z 1994 roku. To wrażenie pozostaje ze słuchaczem również na drugim utworze, z mistrzowskim motywem przewodnim na gitarze, który pozostaje w głowie długo po zdjęciu słuchawek. Utwór dość znacznie przyspiesza w drugiej części, pozostawiając dużo miejsca na popisy solowe na gitarach. Solówki, nie tylko w tym, ale również we wszystkich pozostałych utworach są bardzo heavy metalowe, melodyjne, niczym wyjęte z najlepszych lat &lt;b&gt;Iron Maiden&lt;/b&gt;. Kolejny utwór&lt;i&gt; Locust,&lt;/i&gt; bardzo ciężki i nieco wolniejszy od rozpoczynających płytę siekaczy, to bardzo rozbudowana kompozycyjnie suita, w której znajdziemy wszystko: są wolne i ciężkie partie gitar, jest miejsce na popisy solowe a nawet motywy zagrane na gitarze akustycznej w spokojniejszych momentach. Gitara akustyczna wita nas też w kolejnym utworze &lt;i&gt;His Is The End&lt;/i&gt;, wprowadzając nostalgiczny klimat, który zostaje brutalnie przerwany po niecałej minucie galopującą gitarą i podążającą za nią sekcją rytmiczną w stylu death metalowych szybkograczy. Dla właściwych proporcji, kolejny utwór &lt;i&gt;Darkness Within&lt;/i&gt; jest wolniejszy, prawie balladowy. Bardzo wyraźnie słychać wokalizy Robba Flynna, który udowadnia, że potrafi również śpiewać melodyjnie. Utwór &lt;i&gt;Pearls Before The Swine&lt;/i&gt; według mnie przy zmianie wokalu na bardziej ciemny, growlujący, mógłby z powodzeniem być uznany za utwór death metalowy, gdyż zawiera wiele podręcznikowych elementów tego stylu. A już solo w ostatniej minucie jest niczym żywcem wyjęte z &lt;b&gt;Cannibal Corpse&lt;/b&gt;. Po tym niewątpliwie ciężkim kawałku ostatni utwór wita nas… dziecięcym chórem, który wyśpiewuje refren &lt;i&gt;„This Is Who We Are, This Is What I Am…”&lt;/i&gt;. Muzycznie utwór dobrze spina całość albumu, a tekst nastraja bardzo pozytywnie do życia, aż chce się posłuchać ponownie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Opisywane przeze mnie wydanie posiada jeszcze trzy utwory bonusowe w tym dwa covery:  &lt;b&gt;Judas Priest &lt;/b&gt;&lt;i&gt;The Sentinel&lt;/i&gt; i &lt;b&gt;Rush&lt;/b&gt;&amp;nbsp;&lt;i&gt;Witch Hunt&lt;/i&gt; oraz akustyczną wersję utworu&lt;i&gt; Darkness Within&lt;/i&gt;. Machine Head znane jest z tego, że bardzo chętnie sięga po utwory innych wykonawców nadając im własny, często cięższy, charakter. Do dziś wykonanie utworu &lt;b&gt;The Police&lt;/b&gt; &lt;i&gt;Message In The Bottle &lt;/i&gt;przez Robba Flynna i spółkę w 1999 roku jest według mnie jednyą z lepszych przeróbek tego utworu. Podobnie jest i tym razem, bardzo przyjemnie się tego słucha.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Podsumowując, album &lt;i&gt;Unto The Locust&lt;/i&gt; &lt;b&gt;Machine Head &lt;/b&gt;to bardzo dobra, dynamiczna płyta, która nie jest może powrotem do debiutu z 1994 roku, ale na pewno nie kala muzyki rapowymi wstawkami i niepotrzebną elektroniką skupiając się na czystości przekazu płynącego z instrumentów i słów. Machine Head znalazło niszę między mainstreamem a undergroundem. Jeśli więc lubisz muzykę hard'n'heavy ale death metal to dla ciebie za dużo, to sięgnij po Machine Head, oni znają „złoty środek”.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;/Sauteneron&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-2106003144092728442?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/2106003144092728442/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=2106003144092728442' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/2106003144092728442'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/2106003144092728442'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/12/machine-head-unto-locust-2011.html' title='Machine Head – Unto The Locust (2011)'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-rjME4t853tw/TuedBxwQX6I/AAAAAAAAHbw/TV-MVpaaVIk/s72-c/Machine+Head+-+Unto+The+Locust+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-4551813095435324912</id><published>2011-12-10T17:35:00.001+01:00</published><updated>2011-12-10T18:00:43.887+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='B0UNCE'/><title type='text'>Eklektycznie i eksperymentalnie: Steven Wilson – Grace for Drowning</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-Us5cd8okIJc/TuOQFaqdIOI/AAAAAAAAHbo/Md9tDOR4xus/s1600/wilson.jpeg" imageanchor="1" style="clear: right; float: right; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/-Us5cd8okIJc/TuOQFaqdIOI/AAAAAAAAHbo/Md9tDOR4xus/s1600/wilson.jpeg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Przerwa w działalności głównego zespołu &lt;b&gt;Stevena Wilsona&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Porcupine Tree&lt;/b&gt;, razem z kilkoma innymi czynnikami, podziałała na tego brytyjskiego muzycznego pracoholika niezwykle pozytywnie. Pierwszy solowy album artysty, w porównaniu do wydanego we wrześniu tego roku&lt;i&gt; Grace for Drowning&lt;/i&gt;, był tylko rozgrzewką i jakby kompilacją wilsonowych pomysłów na muzykę. Nowe wydawnictwo to dzieło, które w przeciwieństwie do &lt;i&gt;Insurgentes&lt;/i&gt; jest jeszcze bardziej spójne i jednocześnie bardziej eklektyczne. Już teraz można je uznać za najlepszy album Wilsona. Lub, jak kto woli, umieścić &lt;i&gt;GfD&lt;/i&gt; w czołówce jego dokonań.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Co jeszcze, oprócz odpoczynku od Porcupine Tree wpłynęło na kształt tego dwupłytowego projektu? Przede wszystkim praca nad nowymi miksami klasycznych albumów &lt;b&gt;King Crimson&lt;/b&gt; i, co za tym idzie – uwielbienie dla „złotego okresu w muzyce”, jak sam zainteresowany określa późne lata 60. i wczesne 70.. &lt;i&gt;Grace for Drowning &lt;/i&gt;powstawało od stycznia ubiegłego roku; artysta podkreśla, że to jego najlepszy album – tu należy pochwalić go za brak fałszywej skromności, bo faktycznie tak jest. Już sam pomysł współpracy z legendarnymi muzykami rockowymi i jazzowymi podczas nagrań (i pierwszej solowej trasy, jak się później okazało) jest czymś zupełnie nowym w twórczości Wilsona i zasługuje na uwagę. Wśród nich jest saksofonista i flecista &lt;b&gt;Theo Travis&lt;/b&gt;, który w przeszłości udzielał się na płytach Porcupine Tree. Poza nim zagrał m.in. perkusista &lt;b&gt;Nic France&lt;/b&gt;, gitarzyści &lt;b&gt;Steve Hackett&lt;/b&gt; i &lt;b&gt;Robert Fripp&lt;/b&gt;, basiści &lt;b&gt;Tony Levin&lt;/b&gt; i &lt;b&gt;Nick Beggs&lt;/b&gt; czy klawiszowiec &lt;b&gt;Jordan Rudess&lt;/b&gt;. Jak widać, same sławne i uznane postaci z kręgów rocka progresywnego, a wśród nich dwaj idole Stevena Wilsona (Hackett i Fripp). Można zatem uznać, że realizując swój drugi solowy album spełnił on swoje marzenie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Chociaż &lt;i&gt;Grace for Drowning&lt;/i&gt; należy traktować jako całość, utwory zawarte na dwóch płytach (zatytułowanych odpowiednio &lt;i&gt;Deform to Form&lt;/i&gt; &lt;i&gt;a Star&lt;/i&gt; i &lt;i&gt;Like Dust I Have Cleared From My Eye&lt;/i&gt;) można podzielić na kilka kategorii: dłuższe, rozbudowane kompozycje z silnymi wpływami jazzu, oszczędnie zaaranżowane miniaturki i mniej złożone, bardziej piosenkowe kawałki. Pozwolę sobie na wyróżnienie kilku fragmentów albumu, które wyjątkowo mi się spodobały.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Na pierwszym dysku będzie to przede wszystkim pierwszy właściwy utwór (po pełniącej rolę wprowadzenia do całości, tytułowej, dwuminutowej miniaturce) – instrumentalny &lt;i&gt;Sectarian&lt;/i&gt;. Ta kompozycja przynosi potężnie brzmiący motyw wykonywany przez chór, który później powróci nie raz, także na drugiej płycie. Saksofon Theo Travisa również będzie pojawiał się w kolejnych utworach, wprowadzając jazzowo-psychodeliczną aurę. Za bardzo jazzową można uznać partię instrumentów klawiszowych na melotronowym tle, która wybrzmiewa w spokojniejszej, środkowej części. Gdzieś w połowie utworu usłyszeć można monumentalnie brzmiące dźwięki sekcji dętej – one również będą towarzyszyć słuchaczowi podczas tej muzycznej podróży. &lt;i&gt;Postcard&lt;/i&gt;, piosenka oparta na brzmieniu pianina, akustycznej gitary i instrumentów smyczkowych, jest chyba najbardziej przebojowym fragmentem &lt;i&gt;GfD&lt;/i&gt; – i z pewnością jednym z najpiękniejszych, chociażby za sprawą ładnej melodii i śpiewającego ją chóru. Zamykający pierwszą płytę &lt;i&gt;Remainder the Black Dog&lt;/i&gt; to znów jazzowo-rockowe szaleństwo. Jest to pierwszy utwór, który został zaprezentowany kilka miesięcy przed premierą albumu i już wtedy robił ogromne wrażenie pokręconym rytmem i odjechaną saksofonowo-gitarową solówką; można go uznać za naprawdę dobrego reprezentanta wydawnictwa.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Drugą płytę, analogicznie do pierwszej, rozpoczyna akustyczna, tym razem w pełni instrumentalna miniaturka. Po niej następuje gwałtowna zmiana klimatu – z sielskiego i rozmarzonego na mroczny, introwertyczny w &lt;i&gt;Index&lt;/i&gt;. To kolejny utwór o piosenkowej strukturze, tym razem dość znacznie różniący się od reszty ze względu na bardziej elektroniczne brzmienie. Myślę, że dobrze byłoby, gdyby nie znalazł się na trackliście &lt;i&gt;GfD&lt;/i&gt;, a został umieszczony na jakiejś dodatkowej EP czy singlu. Szkoda byłoby, gdyby zupełnie przepadł, bo jest całkiem udany, a warstwa muzyczna wyjątkowo pasuje w nim do tekstu, zainspirowanego fikcyjną historią psychopatycznego mordercy. Główną część drugiego dysku stanowi najdłuższa kompozycja, trwająca 23 minuty suita &lt;i&gt;Raider II&lt;/i&gt;. Pojawiają się w niej solówki saksofonu, fletu i gitary oraz motyw chóru, znany już z płyty numer jeden; wpływają na dynamikę całego utworu i tym samym na jego atmosferę: od lekkiej, pełnej przestrzeni po ciężką, pozornie chaotyczną.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Właściwie żadne słowa nie oddadzą wszystkich niuansów tego arcydzieła – trzeba je przeżyć samemu, wsłuchać się w każdy szczegół muzyki, delektować rozbudowanymi aranżacjami i wysmakowanymi brzmieniami. Przy okazji poprzez liczne nawiązania do klasyki zostajemy zachęceni do zapoznania się z kanonem rocka progresywnego, bardziej niż w przypadku dokonań macierzystej formacji Wilsona, która na ostatnich płytach zajmowała się nowocześniejszą muzyką.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;&amp;nbsp;/B0UNCE&lt;/b&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-4551813095435324912?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/4551813095435324912/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=4551813095435324912' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/4551813095435324912'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/4551813095435324912'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/12/eklektycznie-i-eksperymentalnie-steven.html' title='Eklektycznie i eksperymentalnie: Steven Wilson – Grace for Drowning'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-Us5cd8okIJc/TuOQFaqdIOI/AAAAAAAAHbo/Md9tDOR4xus/s72-c/wilson.jpeg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-5266239283162372850</id><published>2011-12-06T00:32:00.000+01:00</published><updated>2012-01-16T12:00:35.935+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='TNT'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='scena'/><title type='text'>Nuklearny atak z Wielkopolski - Terror Tactics</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Po dłuższej przerwie wracamy z dawką polskiej muzyki tworzonej przez obiecujące kapele. Pod etykietką &lt;b&gt;&lt;i&gt;&lt;a href="http://musihilation.blogspot.com/search/label/scena" target="_blank"&gt;scena&lt;/a&gt;&lt;/i&gt;&lt;/b&gt; znajdziecie zresztą więcej podobnych wykonawców. Zapraszam więc do archwium, ale także do zapoznania się z zespołem, który będzie bohaterem dzisiejszego odcinka.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-LdhIB4nzQIE/Ttu6DysGsoI/AAAAAAAAHbY/FisbXTBU3dc/s1600/tt1.jpg" imageanchor="1" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em; text-align: justify;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-LdhIB4nzQIE/Ttu6DysGsoI/AAAAAAAAHbY/FisbXTBU3dc/s320/tt1.jpg" width="214" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;&lt;b&gt;Terror Tactics&lt;/b&gt;, jak słusznie sugeruje nazwa, zabijają dźwiękami przedstawiając słuszną koncepcję walki z wszechobecnym plastikiem. Nowa fala thrashu, która zalewa ostatnimi czasy słuchaczy wielbiących ten gatunek, pozwala mieć nadzieję, że pojawi się wreszcie zespół, który będzie mógł w przyszłości godnie dzierżyć berło lidera w swojej szufladce. Czy w Polsce będzie to Terror Tactics? Tego nie wiem, ale z pewnością warto ich posłuchać, choć na pierwszy rzut ucha to nic odkrywczego. Ale zacznijmy od początku.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Zespół powstał całkiem niedawno, bo w 2009 roku. Od tego czasu zdążył już zdobyć wytrwałych słuchaczy, którzy zapewniają kapeli support w internecie oraz na koncertach. Ojcami założycielami byli &lt;b&gt;Edd &lt;/b&gt;(gitara/wokal), &lt;b&gt;Nekrofukker&amp;nbsp;&lt;/b&gt;(gitara) oraz &lt;b&gt;Pilaf&amp;nbsp;&lt;/b&gt;(bas), a skład uzupełnił &lt;b&gt;Komora&lt;/b&gt; (bębny). Rzecz miała miejsce w Poznaniu. Mieście, które od dawna znane jest w Polsce fanom thrashu i okolicznych brzmień spod znaku metalu. Wszak stamtąd pochodzą &lt;b&gt;Turbo&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Acid Drinkers&lt;/b&gt; czy &lt;b&gt;Wilczy Pająk&lt;/b&gt;.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Terror Tactics sami piszą o sobie  w ten sposób:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;blockquote class="tr_bq" style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Pierwotne brzmienie przywodziło na myśl klasyczny thrash jednak z czasem ewoluowało ono w stronę łojenia spod znaku Brazylijskiej sceny death-thrashowej oraz innych extremalnych wyziewów włączając w to produkty krajowej sceny.&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Trudno się nie zgodzić, a demo, którego ostatnio miałam okazję posłuchać, jest tego najlepszym dowodem. Szczęściem zespół opatrzył demówkę plikami tekstowymi, dzięki czemu mogłam zapoznać się z lirykami. Tak jak w przypadku większości typowych kapel thrashowych z czasem można zrozumieć teksty, tak tutaj rozumiałam jedynie część. No ale cóż, cząstka "death" zobowiązuje. Między innymi zmusza słuchacza do czytania tekstów. Może to i lepiej? Świadomy słuchacz to cenny słuchacz. A jest co czytać!Poznaniacy serwują naprawdę porządne liryki, niebanalne i ciekawe. Mówię/piszę to bez cienia ironii. Oddajmy im głos:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;blockquote class="tr_bq" style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Tematyka utworów opiera się o alternatywną wizję świata lat 80 wedle której, w roku 1986 doszło do globalnego konfliktu pomiędzy Układem Warszawskim, a Nato, co zaowocowało masowymi zniszczeniami bronią konwencjonalną oraz jądrową, mutacjami, a także eradykacją wszelkich śladów po religii.&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Brzmi dobrze? A jakże! Dodajcie do tego ostrą młóckę, wspomagającą niewesoły klimat świata ogarniętego konfliktami z bombą atomową w tle, a otrzymacie całkiem fascynującą mieszankę. Grunt to mieć na siebie pomysł, a ten zespół z pewnością go ma.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Należy wspomnieć nieco precyzyjniej o demo, które zespół zarejestrował jesienią bieżącego roku - &lt;i&gt;Thermonuclear Deathrash Attack&lt;/i&gt;. Póki co, nagrania funkcjonują w formie wirtualnej, jednak zespół zapowiada wydanie ich w formie bardziej namacalnej. Być może zatem, już niedługo będziecie mogli zakupić oficjalne wydawnictwo kapeli, wziąć je do domu, powąchać, pomacać i wypić nad nim (bądź przy nim) zdrowie członków Terror Tactics. Póki co – pozostaje posłuchać tego, co panowie proponują w formie folderu mp3, w którym, jak już pisałam, znajdziecie nie tylko cztery utwory (w tym intro) ale także notatkę informującą o planach wydawniczych kapeli (zredagowaną bardzo w stylu TT – brawo za koncept i konsekwencję!) oraz teksty utworów.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-rUmPeH68Onc/Ttu6O5YfgsI/AAAAAAAAHbg/pGrYsHL6fGM/s1600/Front.png" imageanchor="1" style="clear: right; float: right; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em; text-align: justify;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-rUmPeH68Onc/Ttu6O5YfgsI/AAAAAAAAHbg/pGrYsHL6fGM/s320/Front.png" width="202" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Demo otwiera niepokojące intro. Przywołuje na myśl amerykańskie filmy science fiction z połowy XX w., zakładające zagładę ludzkości, lub instrukcje, przestrzegające przed atakiem nuklearnym, takie jak &lt;i&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=qxtA7qp9208"&gt;If The Bomb Falls, A Recorded Guide To Survival&lt;/a&gt;&lt;/i&gt;&amp;nbsp;. Intro gładko przechodzi w bezkompromisową młóckę &lt;i&gt;Radiophobii&lt;/i&gt;, a zatem zostajemy w klimatach okołonuklearnych. Gorzko-ironiczne refleksje na temat społeczeństwa ery atomowej poparte argumentami w postaci solidnych riffów dają do myślenia nawet osobom kompletnie niezainteresowanym tematem. Dalej jest równie mocno, zarówno pod względem tekstów jak i muzycznie. &lt;i&gt;Thermonuclear Deathrash Attack&lt;/i&gt; można potraktować jako swego rodzaju wizytówkę zespołu i dosadny sposób na przedstawienie samych siebie. Przekonujące. &lt;i&gt;Effigies of the elder ones&lt;/i&gt; to trzecia i ostatnia kompozycja, z której, co może brzmi głupio, ale to prawda, najbardziej podoba mi się outro. Być może to z powodu mojego sentymentu do starego kina, klimatu noir, dymu tlącego się papierosa i odgłosu stukających na mokrym bruku obcasów panien, które nocą zapuszczają się w mroczne zakamarki miasta. Jeśli dodamy do tego toksyczne opary, to nadal będziemy trwać w klimacie narzuconym przez TT, czyż nie? Zatem wszystko się zgadza. No, może z tą drobną różnicą, że w latach 40' próżno szukać kapel naparzających z taką prędkością i wściekłością jak Terror Tactics. W ogóle próżno szukać kapel metalowych. Może dlatego ten kontrast tak mnie rusza. Poza tym to ładna klamra dla intro. Tekstowo &lt;i&gt;Effigies...&lt;/i&gt; nawiązuje do pozostałych dwóch utworów, oraz serwuje wizję świata ogarniętego atomową zimą. A wizja to ponura i obrzydliwa. Ale wszystko do siebie pasuje, jest czad, a perkusista chyba osiąga tutaj najlepsze wyniki z całości zarejestrowanego materiału. Łapię się jednak na tym, że ostatnie dwie minuty płytki, to te, których słucham najgłośniej. Jednak.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Całość oceniam dobrze, jazda obowiązkowa dla wszystkich tych, którzy pragną nadążać za polską sceną metalową. Bo dzieje się, moi drodzy, coraz ciekawiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-ZSQkzQ3fbaM/Tv4cNn47l7I/AAAAAAAAHh4/ljkCHULfDTk/s1600/dema.jpg" imageanchor="1" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://4.bp.blogspot.com/-ZSQkzQ3fbaM/Tv4cNn47l7I/AAAAAAAAHh4/ljkCHULfDTk/s320/dema.jpg" width="318" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;b&gt;&amp;nbsp;A Terror Tactics znajdziecie w sieci:&amp;nbsp;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/terrorfuckingtactics" target="_blank"&gt;www.myspace.com/terrorfuckingtactics&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.facebook.com/TerrorTactics666" target="_blank"&gt;www.facebook.com/TerrorTactics666&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;Mały update:&amp;nbsp;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Możecie już nabyć demo Terror Tactics! Właśnie dowiedzieliśmy się, że zespół wydał demo na &lt;b&gt;kasetach &lt;/b&gt;(TAK!). Chwalimy za oldschoolowe podejście do tematu i zachęcamy do kupna demówek Poznaniaków, bo, jak już wiecie z powyższej recenzji - WARTO. Cena to 8 zł + koszty przesyłki. Należy kontaktować się bezpośrednio z zespołem: &lt;a href="mailto:terrortactics@gmail.com"&gt;terrortactics@gmail.com&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-size: x-small;"&gt;Źródła: strony internetowe zespołu, materiał demo.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-5266239283162372850?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/5266239283162372850/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=5266239283162372850' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/5266239283162372850'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/5266239283162372850'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/12/nuklearny-atak-z-wielkopolski-terror.html' title='Nuklearny atak z Wielkopolski - Terror Tactics'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-LdhIB4nzQIE/Ttu6DysGsoI/AAAAAAAAHbY/FisbXTBU3dc/s72-c/tt1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-4461953407596735670</id><published>2011-12-02T09:16:00.001+01:00</published><updated>2011-12-02T09:22:04.994+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='B0UNCE'/><title type='text'>Papryczkowa średnia: Red Hot Chili Peppers - I'm With You</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-cWXFIjfPHVc/TtiKiURv7NI/AAAAAAAAHbA/feWQEULCW7Y/s1600/RHCP_I%2527m_With_You_Cover.jpg" imageanchor="1" style="clear: right; float: right; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/-cWXFIjfPHVc/TtiKiURv7NI/AAAAAAAAHbA/feWQEULCW7Y/s1600/RHCP_I%2527m_With_You_Cover.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Pod koniec sierpnia, po pięciu latach od ostatniego albumu – dwupłytowego &lt;i&gt;Stadium Arcadium&amp;nbsp;&lt;/i&gt;– Red Hoci zaprezentowali publiczności nową studyjną płytę. Jej tytuł wydaje się, w konfrontacji z obecną sytuacją personalną w zespole, trochę nietrafiony – po raz kolejny formację opuścił &lt;b&gt;John Frusciante&lt;/b&gt;. Stanowisko gitarzysty objął&lt;b&gt; Josh Klinghoffer&lt;/b&gt;, którego można było usłyszeć między innymi podczas ostatnich koncertów trasy promującej poprzednie wydawnictwo grupy. Niestety, w moim odczuciu, Klinghoffer pozostaje w cieniu swojego poprzednika i wypada przy nim dość blado, stosunkowo rzadko wybijając się na pierwszy plan. &lt;i&gt;I'm With You&lt;/i&gt; w porównaniu do kilku ostatnich pozycji w dyskografii zespołu nie jest może płytą powalającą na kolana, choć w kilku momentach bardzo pozytywnie zaskakuje.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Takim miłym akcentem jest chociażby otwierający album &lt;i&gt;Monarchy of Roses&lt;/i&gt;. Pomimo zahaczającego o disco refrenu, za sprawą nośnej melodii i kilku fajnie „psujących” utwór zagrywek gitary, piosenka stanowi świetny otwieracz i ma szansę być sporym przebojem. Dalej już tak różowo nie jest: z kolejnych kompozycji właściwie rzadko kiedy można zapamiętać partie gitary. Utwory prowadzi bas&lt;b&gt; Flea&lt;/b&gt; i perkusja &lt;b&gt;Chada Smitha&lt;/b&gt;, gitara w większości przypadków jest jedynie tłem, czasem tylko nieśmiało zaznaczającym swoją obecność. W drugim na liście &lt;i&gt;Factory of Faith&lt;/i&gt; od razu w ucho wpada właśnie linia basu, genialna w swej prostocie. Podobnie jest w przypadku ciekawej wokalnie  &lt;i&gt;Ethiopii&lt;/i&gt; – jednym z dwóch utworów inspirowanych muzyką afrykańską, wyników fascynacji Flea i Klinghoffera brzmieniami Czarnego Lądu. Zetknęli się z nimi bezpośrednio podczas wizyty w Etiopii w ramach projektu Africa Express, zorganizowanego przez &lt;b&gt;Damona Albarna &lt;/b&gt;(&lt;b&gt;Blur, Gorillaz&lt;/b&gt;). Bardzo przebojowo wypada też &lt;i&gt;Look Around&lt;/i&gt;, z lekkim, funkowym riffem gitary i krótką solówką tejże; krótka niby-rapowanka &lt;b&gt;Kiedisa&lt;/b&gt; w ostatniej minucie przypomina tutaj trochę tę z tytułowego utworu z &lt;i&gt;By The Way&lt;/i&gt;. Pierwszą połowę płyty zamyka &lt;i&gt;The Adventures of Rain Dance Maggie&lt;/i&gt;, w którym znów trochę więcej słychać nowego wiosłowego. Drugim „afrykańskim” kawałkiem jest pogodnie brzmiący &lt;i&gt;Did I Let You Know&lt;/i&gt;, ozdobiony trąbką i całkiem niezłą solówką gitary – szkoda, że jest ich tak mało na tej płycie. Ten utwór jest jednym z najlepszych punktów albumu. Z kolejnych pozycji na liście wyróżnia się właściwie tylko dynamiczny &lt;i&gt;Goodbye Hooray&lt;/i&gt;.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Chad Smith, perkusista &lt;b&gt;RHCP&lt;/b&gt;, twierdzi, że pomimo tej samej nazwy, to „nowy zespół”. Moim zdaniem to po prostu taktyka obronna, usprawiedliwiająca roszadę w grupie – zapewne dla wielu wielbicieli muzyki Papryczek, w szczególności tej stworzonej z Frusciante w składzie, zmiana w składzie była nie do zaakceptowania. Reasumując: nie jest źle, ale mogłoby być lepiej. Czyli, gdyby pozbyć się kilku wypełniaczy, powstałby solidniejszy longplay. Pozostaje mieć nadzieję, że następna płyta z Klinghofferem będzie lepsza.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;&lt;b&gt;/B0UNCE&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-4461953407596735670?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/4461953407596735670/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=4461953407596735670' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/4461953407596735670'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/4461953407596735670'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/12/papryczkowa-srednia-red-hot-chili.html' title='Papryczkowa średnia: Red Hot Chili Peppers - I&apos;m With You'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-cWXFIjfPHVc/TtiKiURv7NI/AAAAAAAAHbA/feWQEULCW7Y/s72-c/RHCP_I%2527m_With_You_Cover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-6400705593897870930</id><published>2011-11-28T09:21:00.000+01:00</published><updated>2011-11-28T09:21:00.586+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='LIVE'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='gościnne występy'/><title type='text'>The 90's are back - Illusion, Flapjack i Tuff Enuff na Torwarze (25.11.2011).</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Lata dziewięćdziesiąte to niewątpliwie złoty okres dla polskiego rocka, a co za tym idzie również dla sceny hard'n'heavy. Fani masowo kupowali płyty (czy też częściej kasety) i tłumnie przybywali na koncerty. Trasy grano w systemie kilkunastodniowym, a nie jak dziś w weekendowym, jednak zupełnie nikomu to nie przeszkadzało. Scena miała wsparcie w masowych mediach (radio, prasa telewizja) i u bogatych sponsorów. Co tu ukrywać, było pięknie.Nie dziwne więc, że jak grzyby po deszczu wyłaniały się kapele nie tylko dostarczające piosenek o łatwo zapadającym w pamięć refrenie i chwytliwej melodii, ale też te, które taszczyły pod pachą dziedzictwo mocnego uderzenia i ciężkiego riffu.&lt;b&gt;Acid Drinkers&lt;/b&gt;, czy zmierzający w stronę bardziej metalowego oblicza &lt;b&gt;Proletaryat &lt;/b&gt;miały już ugruntowaną pozycję na polskim rynku, ale tuż za nimi, krok w krok szły nowe formacje - &lt;b&gt;Sweet Noise&lt;/b&gt;,&lt;b&gt; KNŻ&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Illusion&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Kobong&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Tuff Enuff&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Corozone&lt;/b&gt;, czy &lt;b&gt;Dynamind&lt;/b&gt;. Na świecie niepodzielnie rządziły kapele grunge'owe i nowa fala thrashu spod znaku &lt;b&gt;Machine Head&lt;/b&gt;, czy &lt;b&gt;Pantery&lt;/b&gt; z jednej strony, a nowojorski hard core (&lt;b&gt;Biohazard&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Agnostic Front&lt;/b&gt;) adaptujący elementy ciężkiego rapu a la &lt;b&gt;Cypress Hill&lt;/b&gt; z drugiej. Miało to dość znaczące odbicie na polskim rynku. Rodzime kapele czerpały garściami z zachodnich idoli starając się wszystko doprawić po swojemu i nadać taki kształt, aby nadwiślański słuchacz mógł się z nimi bez wewnętrznego rozdarcia utożsamiać.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wszystko hulało świetnie dobre kilka lat, aż ni stąd ni zowąd pękło jak mydlana bańka. Właściwie trudno postawić diagnozę, czemu tak się stało. Czy miała na to wpływ ponownie scena zachodnia, która zaczęła się skłaniać ku bardziej nowatorskim i elektronicznym brzmieniom (co słychać także u naszych artystów: &lt;i&gt;6&lt;/i&gt; &lt;b&gt;Illusion&lt;/b&gt;, &lt;i&gt;High Proof Cosmic Milk&lt;/i&gt; &lt;b&gt;Acids&lt;/b&gt;,&lt;i&gt; Las Machinas De La Muerte&lt;/i&gt; &lt;b&gt;KNŻ&lt;/b&gt;), czy też złagodzenie oblicza nurtu szeroko zwanego metalem przez wypromowanie kapel w stylu &lt;b&gt;Linkin Park&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;P.OD.&lt;/b&gt; czy &lt;b&gt;Limp Bizkit&lt;/b&gt;. Na zachodzie publiczność to kupiła, u nas - nie bardzo. Zespoły przestawały istnieć albo z powodu wyczerpania formuły (&lt;b&gt;KNŻ&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Tuff Enuff&lt;/b&gt;), albo zniechęcenia wywołanego świadomością walenia głową w mur (&lt;b&gt;Flapjack&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Kobong&lt;/b&gt;). Słuchacze zmienili swoje gusta, dziennikarze wróżyli koniec ciężkiego rocka.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nastał nowy wiek.Pierwszym, niewątpliwe głośnym i szeroko dyskutowanym powrotem, była reaktywacja w klasycznym, najlepszym składzie &lt;b&gt;Kazika Na Żywo&lt;/b&gt; w 2008 roku. Dla fanów z mojego pokolenia była to wiadomość porównywalna do wiadomości o reaktywacji &lt;b&gt;Led Zeppelin&lt;/b&gt;, dla słuchaczy młodszych do wiadomości o wylądowaniu statku kosmicznego w Bydgoszczy. Stała się rzecz niebywała, formacja o której już nawet nikt nie marzył (ale wielu pamiętało) zaczęła regularnie koncertować i przebąkiwać coś o nowej płycie (premiera &lt;i&gt;Bar la curva / Plamy na słońcu&lt;/i&gt; lada dzień) – kosmos. Kolejnym powrotem, co prawda w  niepełnym składzie (Jerrego zastąpił Siwy z Tuff Enuff), &lt;b&gt;Illusion&lt;/b&gt; na jedynym koncercie we Wrocławiu w grudniu 2008. Tego dnia do Hali Stulecia przybyły tysiące fanów z całej Polski. Coś się ruszyło. W międzyczasie &lt;b&gt;Flapjack&lt;/b&gt; kilkukrotnie próbował zmartwychwstania, w różnych konfiguracjach i różnymi metodami. A to kilka pojedynczych koncertów, a to trasa &lt;i&gt;MURT &lt;/i&gt;(Metal Union Road Tour - przyp.red.)&lt;i&gt;&amp;nbsp;&lt;/i&gt;w 2006 roku, a to próba wydania nowego materiału w 2008 (żadna wytwórnia płytowa nie była nim zainteresowana). Ewidentnie nie szło.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Bieżący rok okazał się przełomowy. Za namową fanów na kilka koncertów zebrali się panowie z Tuff Enuff, Flapjack wypuścił w sieć pierwszy od czternastu lat numer, a w czerwcu fanów do czerwoności rozpaliła wiadomość o dwóch nowych piosenkach i trzykoncertowej trasie Illusion (do której zaproszono dwie wcześniej wspomniane kapele). Dzieciaki, te trzydziestoletnie i te młodsze, zwariowały. I miały racje.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na warszawski koncert szedłem podekscytowany i zbudowany reakcjami po występach w Katowicach i Gdańsku. Na forach internetowych wrzało od pozytywnych relacji w stylu &lt;i&gt;“matko, znowu miałem 17 lat”.&lt;/i&gt;&amp;nbsp;Nie ukrywam, że liczyłem na to samo.Oprócz Flapa, Tuff'ów i Illusion w każdym mieście miała wystąpić jedna kapela reprezentująca obecną scenę. W Spodku&lt;b&gt; Ocean&lt;/b&gt;, w Ergo Arenie &lt;b&gt;Chassis&lt;/b&gt;, na Torwarze mieliśmy usłyszeć &lt;b&gt;None&lt;/b&gt;. Za None nie przepadam, więc bez żalu postanowiłem odpuścić sobie ich występ, uczta miała się zacząć od Tuff Enuff. Pech chciał, że do obiektu wbiłem się gdy zespół już grał i oddając ciuchy do szatni kląłem pod nosem słuchając &lt;i&gt;Ma No Samos Gamines&lt;/i&gt;. Trudno, nie zawsze jest pierwszy maja. Tak z ręką na sercu i twarzą przed sceną uczestniczyłem tylko w trzech kawałkach - &lt;i&gt;Tuff Enuff&lt;/i&gt;, &lt;i&gt;Quanto Diablos Anarchismo&lt;/i&gt;&amp;nbsp;i &lt;i&gt;Piosence z filmu o Korkim&lt;/i&gt;, jednakowoż byłem na koncercie Tuff'ów na wiosnę w warszawskim Radiu Luksemburg i wiem, że to wielki powrót. Panowie prezentują swoją crossoverową mieszankę thrashu i hardcoru z energią i radością jak przed laty. Niestety mam wrażenie, że torwarowa publiczność przyjęła ich dosyć chłodno, bawiących się była garstka, reszta przyglądała się i przysłuchiwała biernie. Zdarza się. Mnie osobiście ich występ utwierdził w przekonaniu, że jestem w ten piątkowy wieczór we właściwym miejscu we wszechświecie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Następni w kolejce czekali zawodnicy z “drużyny naleśnika”. Miałem przyjemność zamienić z nimi kilka słów przed sztuką, zadowoleni byli z przyjęcia na poprzednich koncertach więc i tu liczyli na dobrą zabawę. Nie przeliczyli się, na ich występie rasa dokazywała śmielej, a już piosenki z &lt;i&gt;Fairplay&lt;/i&gt; były przyjmowane z należytą euforią. W ciągu tego 45-minutowego setu zaserwowano nam przekrojówkę przez dyskografię plus trzy premierowe utwory i może na nich się skupię. Znany już z Youtube'a &lt;i&gt;Black leather couch&lt;/i&gt;&amp;nbsp;na żywo zabrzmiał bardziej rasowo i mniej podobnie do &lt;b&gt;Deftones &lt;/b&gt;(nie lubię Deftones). To dobra, wielowymiarowa i klimatyczna kompozycja. Miałem obawy czy koncertowo nie będzie nużył, ale myliłem się, nie nuży. Kolejny (wybaczcie ale tytułów nie pamiętam) to szybka punkowa jazda która skojarzyła mi się z &lt;b&gt;Dead Kennedys&lt;/b&gt;. To będzie koncertowy zabijaka, jestem przekonany. Ostatni to piękny thrash z rapowym wokalem, śmiało mógłby się ukazać na drugiej płycie zespołu. Myślę, że to jedna z kompozycji, które zostały kapeli po Olassie, słychać w nim jego rękę. Zespół w doskonałej formie i podejrzewam, że stoi już w blokach startowych przed samodzielną trasą. Czekam na nią!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;No i nadszedł czas na danie główne. Podejrzewam, że większość przybyłych na koncert czekała tylko na nich. Hala Torwaru zapełniła się i przy zgaszonych światłach ruszyło intro. Iluzja stała się rzeczywistością. Ciężar jaki prezentuje ten band (nie tylko brzmieniowo i kompozycyjnie, ale i tekstowo) jeszcze dziś wywołuje ciarki na plecach. Dziś po prostu już tak się nie gra. Zarówno wielkie przeboje zespołu jak &lt;i&gt;Nikt&lt;/i&gt;, &lt;i&gt;Vendetta&lt;/i&gt;, czy nieśmiertelny &lt;i&gt;Nóż &lt;/i&gt;jak i mniej popularne numery z ostatniej płyty były przyjmowane po królewsku i pełną parą odśpiewywane przez kilkutysięczny tłum. Dwie (&lt;i&gt;BTS&lt;/i&gt; i &lt;i&gt;To co ma nadejść&lt;/i&gt;) wyłącznie przez tłum. Przyznam, że był to świetny pomysł i taka masa ludzi “drących się” wniebogłosy robi ogromne wrażenie. Jak można było przypuszczać, dostaliśmy dwugodzinne “the best off”, a na deser dwie nowe kompozycje, które również prezentują się świetnie i robią smaka na nowy longplay zespołu. Na “tronie” Lipa poprosił widzów do nagrywania na telefonach sceny, bo chcą tego później użyć w teledysku, zabrzmiało intrygująco.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Reasumując: Illusion dalej ma wielką moc i szkoda byłoby ją zmarnować. Skoro Panowie zebrali się już razem i mają radość ze wspólnego grania, powinni kontynuować to co robią najlepiej, ku uciesze gawiedzi (również autora tego tekstu). Jeśli chodzi o detale techniczne, dźwięk, jak dla mnie, bez zarzutu. Panowie, zdaje się, stroją się niżej i brzmienie jest porównywalne do jadącego czołgu. Mój kompan na tym koncercie stwierdził, że jednak było za dużo “góry” przez co gdzieś ginęły basy, ale moim zdaniem jakby było jeszcze “niżej” to w ogóle dostalibyśmy sound&lt;b&gt; Type O Negative&lt;/b&gt;, czyli bez sensu.Piękna oprawa świetlna. Torwar to duża hala sportowa i naprawdę można tam robić cuda ze światłem. Dodatkowo dwa telebimy po bokach, na których wyświetlano wizualizacje do piosenek. Nie wiem, kto to wymyślił, ale pomysł kiepski. Niespójne to było, a podejrzewam, że widzów siedzących na trybunach niepotrzebnie rozpraszały. Kolejny minus - brak piwa. Rozumiem, że ustawa o wychowaniu w trzeźwości to ważna sprawa, ale koncert rockowy rządzi się swoimi prawami i w wolnym czasie wolałbym zwilżyć usta browarem, a nie mrożona herbatką za sześć złotych.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;A jakie plany na przyszłość? Tuff Enuff pracuje nad nowym materiałem, 24. listopada w Antyradiu można było usłyszeć nowy kawałek, na razie w wersji demo. Jest dobrze.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Flapjack skończył nagrywać nową płytę. Po rozmowie z Guzikiem wiem, że nadeszła faza mix'ów i data wydania jest bliższa niż dalsza. Po wydaniu oczywiście trasa koncertowa. Jest dobrze.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;A Illusion? Na koncercie Lipa powiedział, że nie myślą na razie nad płytą, nie wieszają jednak zespołu na kołku. Dostali propozycje napisania muzyki do spektaklu i są nią zainteresowani. Poza tym niebawem ma być wydane DVD z koncertu w Ergo Arenie. Jestem dobrej myśli.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;The '90s are back.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;/ KRZYK&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-6400705593897870930?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/6400705593897870930/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=6400705593897870930' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/6400705593897870930'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/6400705593897870930'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/11/90s-are-back-illusion-flapjack-i-tuff.html' title='The 90&apos;s are back - Illusion, Flapjack i Tuff Enuff na Torwarze (25.11.2011).'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total><georss:featurename>Warszawa, Polska</georss:featurename><georss:point>52.2296756 21.0122287</georss:point><georss:box>52.0740671 20.6963717 52.3852841 21.328085700000003</georss:box></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-8190026580443394940</id><published>2011-11-25T08:00:00.000+01:00</published><updated>2011-11-25T08:00:07.310+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='B0UNCE'/><title type='text'>Wars of the Roses: pełnoletni Ulver</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-2nA1t3emn7Q/Ts7E_mWmuTI/AAAAAAAAHaA/jbYJHPo4uOA/s1600/ulver.jpeg" imageanchor="1" style="clear: right; float: right; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/-2nA1t3emn7Q/Ts7E_mWmuTI/AAAAAAAAHaA/jbYJHPo4uOA/s1600/ulver.jpeg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Norweskie Wilki pół roku temu powróciły po czterech latach fonograficznego milczenia z pierwszym albumem pod skrzydłami brytyjskiej wytwórni Kscope. Obecność w tak zacnym towarzystwie (sama śmietanka zespołów z kręgów szeroko rozumianego rocka progresywnego) zobowiązuje, więc można powiedzieć, że nie mogło być mowy o niskim poziomie nowej płyty żywej legendy. Dla niewtajemniczonych: &lt;b&gt;Ulver&lt;/b&gt; to zespół, który w swojej karierze „zaliczył” zaskakująco szerokie spektrum muzycznych stylów – od ekstremalnego black metalu, przez akustyczny folk po trwające do dziś, niepozwalające się jednoznacznie zaszufladkować eksperymenty, w których artyści łączą rocka, muzykę elektroniczną i całą masę innych wpływów (jazz, ambient, muzyka klasyczna...). Nie wiem, czy to zmiana labelu tak podziałała na muzyków, ale jednego jestem pewien – &lt;i&gt;Wars of the Roses&lt;/i&gt; to album dużo lepszy i moim zdaniem zdecydowanie bardziej „ulverowy” od mocno ambientowego, sennego &lt;i&gt;Shadows of the Sun&lt;/i&gt;. Nie powiem, że nie lubię tego typu muzyki – jednak poprzednia płyta Ulver była dla mnie zbyt monotonna.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Wars of the Roses&lt;/i&gt; otwiera kompozycja o tytule &lt;i&gt;February MMX&lt;/i&gt;. Bardzo... piosenkowa, jak na eksperymentalny zespół, jednak mimo takiej formy sporo się w niej dzieje. Ma na to wpływ zarówno rockowa perkusja jak i świetnie wykorzystana elektronika. Takie rozpoczęcie dobrze wróży. W dalszej części albumu roi się od zmian w dynamice, muzycznym klimacie i nastroju. Drugi utwór na liście, &lt;i&gt;Norwegian Gothic&lt;/i&gt;, jest mniej intensywny, przesiąknięty dark ambientowym klimatem z budującymi tajemniczą atmosferę instrumentami smyczkowymi. W jego drugiej części do mrocznego podkładu wkrada się saksofon, nadający całości jazzowy posmak – przypomina mi to trochę twórczość zespołu &lt;b&gt;The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble&lt;/b&gt;. W ośmiominutowym &lt;i&gt;Providence&lt;/i&gt; do wokalisty, &lt;b&gt;Kristoffera Rygga&lt;/b&gt;, dołącza jeden z gości na płycie – &lt;b&gt;Siri Stranger&lt;/b&gt;. Jej głos ciekawie uzupełnia partie lidera Ulver, co stanowi miłe uzupełnienie dość rozbudowanego utworu. Znów, za sprawą instrumentów dętych, jest trochę jazzowo – lecz można to też uznać za nawiązanie do klasyków rocka progresywnego, grupy &lt;b&gt;King Crimson&lt;/b&gt;.Przyjemnie melodyjna, łagodna pierwsza połowa &lt;i&gt;September IV&lt;/i&gt; przechodzi w drugiej części w elektroniczno-perkusyjny połamaniec, czy jak kto woli – kontrolowany chaos, w którym znów możemy usłyszeć dźwięki saksofonu. To jedna z charakterystycznych cech tej płyty: muzycy Ulver potrafią w jednej chwili zniszczyć muzyczny spokój, bawiąc się w ten sposób ze słuchaczem i jego emocjami. I, przede wszystkim, czyniąc swoją muzykę nieprzewidywalną. Tym samym artyści sprawili, że wciąż chce się do niej wracać, odkrywając z każdym przesłuchaniem nowe smaczki. Chociaż wszystkie utwory na &lt;i&gt;Wars of the Roses &lt;/i&gt; naznaczone są prawdziwie jesienną melancholią, to jeden z nich  –&lt;i&gt; Island&lt;/i&gt; – w moim odczuciu jest jakby trochę bardziej pozytywny. Takie wrażenie odnoszę przynajmniej za sprawą wsamplowanego szumu morza i odgłosów mew – zupełnie jakby te dźwięki stanowiły „filtr” dla smutku w muzyce. Czynnikiem spajającym tę dziwną, ale wciągającą mieszankę jest wokal Rygga. Kojący, czysto brzmiący, często bardzo emocjonalny. Głównie słyszymy, jak wokalista śpiewa, chociaż w ostatnim na płycie &lt;i&gt;Stone Angels&lt;/i&gt; recytuje tekst utworu. Taki zabieg średnio pasuje do reszty płyty, ale w połączeniu z płynącym gdzieś w tle podkładem, mającym w sobie coś z postrockowego ambientu, spełnia rolę swego rodzaju wyciszenia po trzydziestu minutach ciągłych zmian w muzyce.Nie jest to łatwa płyta, ale dzięki temu można poczuć satysfakcję ze słuchania jej. Słuchania i analizowania lub po prostu płynięcia razem z nią i każdym jej elementem. Muzyka przez duże M, bez niepotrzebnych etykietek.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;/B0UNCE&lt;/b&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-8190026580443394940?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/8190026580443394940/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=8190026580443394940' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/8190026580443394940'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/8190026580443394940'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/11/wars-of-roses-penoletni-ulver.html' title='Wars of the Roses: pełnoletni Ulver'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-2nA1t3emn7Q/Ts7E_mWmuTI/AAAAAAAAHaA/jbYJHPo4uOA/s72-c/ulver.jpeg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-9066683626183184408</id><published>2011-11-21T18:59:00.001+01:00</published><updated>2011-11-21T19:07:22.664+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Powiew folk-rockowej świeżości: Laura Marling - A Creature I Don't Know</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-nq4cN56aQDI/TsqS-Z6UoXI/AAAAAAAAHZw/939oIkhAGcY/s1600/laura_cover.jpg" imageanchor="1" style="clear: right; float: right; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/-nq4cN56aQDI/TsqS-Z6UoXI/AAAAAAAAHZw/939oIkhAGcY/s1600/laura_cover.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Trzeci solowy album w dorobku młodej Brytyjki ukazał się 9. września. Przez dwa miesiące od premiery zdobył uznanie wśród recenzentów pracujących w redakcjach branżowych pism, fani artystki z pewnością też są zachwyceni jej nowym wydawnictwem. Ja wciąż jestem pod wrażeniem tego dzieła i od teraz z całą stanowczością mogę nazwać się wielbicielem twórczości &lt;b&gt;Laury Marling&lt;/b&gt;. Już jej druga płyta, &lt;i&gt;I Speak Because I Can&lt;/i&gt;, wydawała się bardzo dojrzałą propozycją, jak na wiek autorki – zarówno pod względem kompozycyjnym, jak i wykonawczym. Głos Laury już wtedy cechowała powaga i dojrzałość, charakterystyczna dla artystów dużo starszych od dwudziestoletniej wtedy wokalistki. Tamten album był też wewnętrznym rozliczeniem dla Marling – tekstami i muzyką podsumowała i, jak należy wnioskować, zamknęła niezbyt dla niej szczęśliwy okres. Jednocześnie na  drugim longplayu został częściowo wytyczony kierunek, którym podążyła na kolejnej płycie. Urozmaicenie w warstwie aranżacyjnej i częstsze odchodzenie od tradycyjnie folkowego schematu „wokal plus gitara” dało wyśmienity efekt w postaci &lt;i&gt;A Creature I Don't Know&lt;/i&gt;.Przede wszystkim, ku mojej uciesze, panna Marling nagrała płytę bardziej folk-rockową niż folkową. Jak nietrudno usłyszeć już od pierwszego utworu, Laura (a raczej jej głos i akustyczna gitara) jest nadal postacią pierwszoplanową, jednak swoje trzy grosze dorzucają też muzycy jej towarzyszący. Wcześniej pozostali intrumentaliści byli jakby w cieniu liderki. Teraz sprawiają, że kompozycje wreszcie brzmią jakby były grane właśnie przez cały zespół  - takie jest chociażby &lt;i&gt;The Muse &lt;/i&gt;ze świetną partią instrumentów klawiszowych, sprawiającą wrażenie improwizowanej. Poza tym, co najważniejsze, mocniejsze dźwięki dodają utworom świeżego, rockowego pazura (&lt;i&gt;Salinas, The Beast&lt;/i&gt;). Właśnie rockowa sekcja rytmiczna i przede wszystkim sporo partii gitary elektrycznej, o którą trudno było na poprzednich albumach, stanowią najważniejszą nowość w muzyce Laury i tym samym wyznaczają jakby nowy etap w jej twórczości. W internecie można przeczytać o kilku prawdopodobnych inspiracjach muzycznych, które mogły mieć wpływ na kształt nowego albumu – chodzi o muzykę&lt;b&gt; Joni Mitchell&lt;/b&gt;, &lt;b&gt;Leonarda Cohena&lt;/b&gt; czy &lt;b&gt;PJ Harvey&lt;/b&gt;. Ja dorzuciłbym do tej listy nieodżałowanego &lt;b&gt;Jeffa Buckleya&lt;/b&gt;. Jego duch w moim odczuciu unosi się nad &lt;i&gt;I Was Just A Card&lt;/i&gt; – gdyby nie śpiewała tej piosenki kobieta, z powodzeniem mogłaby znaleźć się wśród utworów nagranych przez Amerykanina.Więcej typowo rockowych środków wyrazu nie znaczy oczywiście, że nagle nastąpił stylistyczny zwrot o 180 stopni – podstawą kompozycji nadal jest wokal i gitara akustyczna. Sprawia to jednak, że cała płyta jest spójna, mimo wykorzystania tych wszystkich smaczków, zmian dynamiki i nastroju. Są na&lt;i&gt; A Creature I Don't Know &lt;/i&gt;kawałki, które spokojnie mogłyby znaleźć się na poprzednich albumach Brytyjki, ale najciekawiej wypadają te, które raczej nie miałyby na to szans. Do nich należy najbardziej rockowy w zestawie&lt;i&gt; The Beast&lt;/i&gt;, w którym doskonale wykorzystano przybrudzone brzmienia gitary elektrycznej. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że to najlepszy utwór w solowym dorobku Laury Marling.Następująca po nim, wyciszona, akustyczna ballada &lt;i&gt;Night After Night&lt;/i&gt; jest okazją do kilku chwil odpoczynku po sporej dawce muzycznych wrażeń – wręcz ekstremalnych, jak na muzykę Angielki (na szczęście ekstremalnie dobrych). Ten utwór, razem z &lt;i&gt;Don't Ask Me Why&lt;/i&gt; i &lt;i&gt;Rest In the Bed&lt;/i&gt; stylistycznie pasowałby do wydanego w zeszłym roku albumu wokalistki. Sporo w tych piosenkach melancholii, kontrastującej z pozytywnymi momentami, pojawiającymi się na przykład w lekko rozbujanym &lt;i&gt;My Friends&lt;/i&gt; czy wspomnianym już wcześniej&lt;i&gt; The Muse&lt;/i&gt;.Na koniec warto wspomnieć o samym wokalu. Laura Marling z płyty na płytę coraz lepiej operuje swoim głosem i wypada świetnie zarówno w przyjemnie melodyjnych, całkiem przebojowych partiach, jak i w tych o nieco mrocznym zabarwieniu, gdzie śpiewa niżej, często granicząc z melorecytacją. Wciąż jest bardzo przekonująca i naturalna – tak jak i jej muzyka.Z dużym zainteresowaniem będę śledził kolejne kroki w muzycznej karierze Marling. Zdecydowanie warto zwrócić na nią uwagę, gdyż mam wrażenie, że w dzisiejszej muzyce, zdominowanej przez błyszczący, plastikowy show business coraz trudniej o takich prawdziwych artystów, piszących i komponujących z głębi serca i nie dbających o aktualne trendy. Mam też nadzieję, że na kolejnym albumie uda jej się osiągnąć poziom przynajmniej tak wysoki, jak na &lt;i&gt;A Creature I Don't Know&lt;/i&gt;.&lt;b&gt;&amp;nbsp;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&amp;nbsp;/B0UNCE&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-9066683626183184408?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/9066683626183184408/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=9066683626183184408' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/9066683626183184408'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/9066683626183184408'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/11/powiew-folk-rockowej-swiezosci-laura.html' title='Powiew folk-rockowej świeżości: Laura Marling - A Creature I Don&apos;t Know'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-nq4cN56aQDI/TsqS-Z6UoXI/AAAAAAAAHZw/939oIkhAGcY/s72-c/laura_cover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-421027164890685152</id><published>2011-11-18T08:00:00.001+01:00</published><updated>2011-11-18T08:33:36.024+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='TNT'/><title type='text'>Kultowy wąglik</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Są takie albumy, na które warto czekać. W przypadku albumu, o którym będzie dzisiaj mowa, musieliśmy być bardzo cierpliwi. Minęło 8 lat (!) od wydania ostatniej płyty &lt;b&gt;Anthrax&lt;/b&gt;. Przez ten czas pozostałe zespoły, wchodzące w skład klasycznej &lt;b style="text-align: justify;"&gt;Wielkiej Czwórki&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt; thrash metalu, zdążyły wydać kilka płyt długogrających, w tym tak &lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;udane jak &lt;/span&gt;&lt;i&gt;World Painted Blood&lt;/i&gt;&lt;b&gt; Slayera&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt; czy &lt;/span&gt;&lt;i&gt;Endgame&lt;/i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt; &lt;/span&gt;&lt;b&gt;Megadeth&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;. Oczywiście zdarzały się i słabsze momenty, jak chociażby&lt;/span&gt;&lt;i&gt; St. Anger&lt;/i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt; &lt;/span&gt;&lt;b&gt;Metalliki&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;, która, czego właśnie jesteśmy świ&lt;/span&gt;adkami, nadal eksperymentuje.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ale to nie o Metallice będzie dzisiaj, a o tych, których swego czasu &lt;b style="text-align: justify;"&gt;Dave Mustaine&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt; określił mocno wartościującym mianem "żartu". Ich obecność obok Slayera, Metalliki i Megadeth dla wielu jest dyskusyjna, ale przecież niebezpodstawna. Spójrzmy zatem wstecz, aby zrozumieć, dlaczego tak eklektyczny, jak na kapelę metalową, zespół, znalazł się obok tych, którzy bezkompromisowo (no, z  wyjątkami) łoją nam dupy od paru dekad.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Rzecz jest stosunkowo prosta. Gdy spojrzymy na mapę Stanów Zjednoczonych, największym i najbardziej prężnie działającym w latach osiemdziesiątych ośrodkiem było Zachodnie Wybrzeże. To stamtąd pochodzą &lt;b style="text-align: justify;"&gt;Metallica&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;, &lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;Slayer&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;, &lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;Megadet&lt;/b&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;h&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;, &lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;Exodus&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;, &lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;Testament&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;, &lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;Hirax&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;, &lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;Forbidden&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;,&lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt; Heathen&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;, &lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;Sadus&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;, &lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;Death Angel&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;, &lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;Vio-lence&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt; czy &lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;Dark Angel&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;. Natomiast Anthrax, jako jedyny sprośród Wielkiej Czwórki zespół, swoje korzenie ma po zupełnie przeciwnej stronie USA, na Wschodnim Wybrzeżu (wraz z &lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;Nuclear Assault&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;, &lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;Overkill &lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;czy &lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;GWAR&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;). Wiązało się to i – jak sądzę – wiąże nadal, z wpływami hardcore'u i punk rocka. Zachodnie Wybrzeże zaś, to techniczny thrash i bezlitosna, thrashowa młócka. Dlaczego więc właśnie oni zostali okrzyknięci jednymi z prekursorów thrashu? Ano dlatego, że jako jedni z pierwszych nagrali płyty, które współtworzyły korzenie tego gatunku. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Metallica zachwyciła świat &lt;/span&gt;&lt;i style="text-align: justify;"&gt;Kill 'Em All&lt;/i&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;, &lt;/span&gt;&lt;i style="text-align: justify;"&gt;Show No Mercy&lt;/i&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt; Slayera ujrzało światło dzienne, Anthrax wypuścił &lt;/span&gt;&lt;i style="text-align: justify;"&gt;Fistful of Metal&lt;/i&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;, a cyniczny MegaDejv zaczął muzyczną walkę z byłymi kolegami z zespołu Metallica od debiutanckiego krążka &lt;/span&gt;&lt;i style="text-align: justify;"&gt;Killing Is My Business ... And Business Is Good!&lt;/i&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt; swojej nowej formacji, Megadeth.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&lt;b&gt;Anthrax&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: normal;"&gt;, który, moim zdaniem, wydał właśnie jedną z najlepszych płyt tego roku,  zawsze borykał się z problemami personalnymi. Częste zmiany, przetasowania, odejścia i powroty, powodowały nie tylko problemy z systematycznym wydawaniem kolejnych albumów, ale i dzieliły fanów na kilka obozów (np. fani Belladonny vs. fani Busha). Wszystko w garści, od zarania dziejów Anthrax, trzyma &lt;/span&gt;&lt;b&gt;Scott Ian&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: normal;"&gt;, człowiek-petarda, który swoją energią i umiejętnościami mógłby obdzielić z pewnością kilka kapel próbujących obecnie swoich sił w muzyce metalowej.&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-TnX21vLjcfE/TsVKu4Z7KqI/AAAAAAAAHZQ/jpRL8RmGHvI/s1600/anthraxwmscott2.jpg" imageanchor="1" style="clear: right; float: right; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em;"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5676025074645936802" src="http://2.bp.blogspot.com/-TnX21vLjcfE/TsVKu4Z7KqI/AAAAAAAAHZQ/jpRL8RmGHvI/s320/anthraxwmscott2.jpg" style="height: 320px; margin-top: 0px; width: 320px;" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Co ważne i warte podkreślenia, Anthrax, jako jeden z niewielu zespołów spod thrashowego sztandaru, nie boi się i nie bał się nigdy, eksperymentów. Panowie od zawsze zdradzali swoje fascynacje skate-punkiem i próbowali różnych stylów. Obok Iana, ważną postacią w zespole był &lt;b style="text-align: justify;"&gt;Joey Belladonna&lt;/b&gt;, legendarny wokalista grupy (zaśpiewał na tak ważnych w dziejach muzyki albumach jak &lt;i style="text-align: justify;"&gt;Spreading The Disease&lt;/i&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt; czy &lt;/span&gt;&lt;i style="text-align: justify;"&gt;Among The Living&lt;/i&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;). Wokalistów zresztą przez Anthrax przewinęło się kilku:  &lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;John Connelly&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;, późniejszy założyciel &lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;Nuclear Assault&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;; &lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;Neil Turbin&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;; &lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;John Bush&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;, znany z heavy metalowego &lt;/span&gt;&lt;i style="text-align: justify;"&gt;Armored Saint&lt;/i&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;; &lt;/span&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;Dan Nelso&lt;/b&gt;&lt;b style="text-align: justify;"&gt;n&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;, a wreszcie, po wielu latach, znów Joey Belladonna (który to zresztą odchodził, wracał, odchodził i wracał... i tak w kółko).&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;b&gt;&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: normal;"&gt;Przejdźmy jednak do sedna. Tym, co niepokoiło mnie, jako fankę wokalu Johna Busha (możecie mnie biczować), był nowy album Anthrax z Belladonną. W pamięci miałam jego słabe wokalizy z lat 80. i absoultnie nie spodziewałam się tak dobrej płyty! No, może nieco przekonałam się do Belladonny po pamiętnym Sonisphere 2010, kiedy to zadziwił mnie wykonaniem live &lt;/span&gt;&lt;i style="font-weight: normal;"&gt;Only&lt;/i&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: normal;"&gt; (oryginalnie śpiewanego przez Busha) oraz urzekł charyzmą.&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;Bywa, że dzieła, które powstają tak wiele lat, są na tyle dopracowane, że nie wymagają w ogóle komentarza ani rekomendacji. Losy tej płyty mogły jednak potoczyć się zgoła inaczej. Zespół, znudzony przetasowaniami w składzie (w międzyczasie odbyła się trasa pod szyldem &lt;i&gt;Reunion&lt;/i&gt;, z klasycznym składem Anthrax), przeciągającym się procesem twórczym i opóźniającą się datą wydania krążka, mógł kompletnie odpuścić nagrywanie i zacząć od nowa. Na nasze szczęście, &lt;i&gt;&lt;b&gt;Worship Music&lt;/b&gt;&lt;/i&gt;, który swą premierę miał mieć dwa lata temu, trafił niedawno do sklepów. Gdy pierwszy raz usłyszałam ten materiał, nie byłam pewna, czy to na pewno Anthrax. Gdzieś w tym wszystkim pobrzmiewały mi ostatnie dwa albumy &lt;b&gt;Artillery&lt;/b&gt;, więc musiałam najpierw spróbować odciąć się od tego i zrozumieć, że to najnowszy Anthrax właśnie. A co ważne – wokal! Nie drażnił mnie, jak to zwykle bywało z głosem Belladonny, ale sprawiał, że chciałam śpiewać, drzeć się razem z Joeyem (właściwie powinnam tu użyć czasu teraźniejszego). Współczuję moim sąsiadom i ludziom mijanym na ulicy podczas słuchania &lt;i&gt;Worship Music&lt;/i&gt;, ale naprawdę czasem trudno się powstrzymać!&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-CBzqUYZsOMA/TsVKGbBo45I/AAAAAAAAHZE/DoUb-d0Cjdo/s1600/worship_music.jpg" imageanchor="1" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5676024379564680082" src="http://1.bp.blogspot.com/-CBzqUYZsOMA/TsVKGbBo45I/AAAAAAAAHZE/DoUb-d0Cjdo/s320/worship_music.jpg" style="font-weight: normal; height: 320px; margin-top: 0px; text-align: left; width: 320px;" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Sam początek jest niezwykle mocny. Otwieracz w postaci &lt;i&gt;Earth On Hell&lt;/i&gt; brzmi świetnie jako rozwinięcie intro – &lt;i&gt;Worship&lt;/i&gt;. Szybko wyrzucane przez Belladonnę słowa i lekko pompatyczny refren (tradycyjnie w przypadku Anthrax, zresztą), pełne energii gitary, riff przewodni, który wpija się w mózg niczym dobrej jakości piła łańcuchowa, to świetna próbka tego, co czeka nas w dalszej części płyty. &lt;i&gt;The Devil You Know&lt;/i&gt; -  kolejny numer ze świetnym referenem, pół śpiewanym, a pół wyrapowanym, z tradycyjnymi, dwoma wokalami. Do tego zwolnienia, zmiany tempa, ciekawa&lt;i&gt; coda&lt;/i&gt;  i przejście do kolejnego utworu, &lt;i&gt;Fight 'Em Till You Can't&lt;/i&gt;. Otwiera go złowrogi komunikat radiowy: &lt;i&gt;City authorities in your area have reported that the bodies of the dead are rising from the graves and attacking the living...&lt;/i&gt; I to jest właśnie jeden z tych numerów, który do złudzenia przypomina mi ostatnie dokonania Artillery, z melodyjnymi wokalami z nałożonym efektem. Ale brzmi  świetnie, po anthraxowemu, jak najbardziej. Wątpliwości nie pozostawiają tutaj gitary, szaleńcze tempo w zwrotkach i ciekawa solówka gitary i perkusji, którą raczą nas panowie mniej więcej w połowie utworu. No i znowu – świetny refren! Nie ma chwili wytchnienia, bo tuż po&lt;i&gt; Fight '&lt;/i&gt;&lt;i&gt;Em...&lt;/i&gt; następuje &lt;i&gt;I'm Alive&lt;/i&gt;, z narastającym, rozwijającym się obiecująco intrem. Mocno akcentowane gitary i to, co kocham w Anthrax (między innymi) – rytmiczne uderzenia w kotły, wyróżniająca się perkusja. I ponownie – dobry refren, wpadająca w ucho melodia, czego chcieć więcej? Powiecie, że to już nudne, że nad każdym utworem rozpływam się, jakby był arcydziełem. Lepiej posłuchajcie sami, bo to naprawdę bardzo dobry album! Po &lt;i&gt;I'm Alive&lt;/i&gt; utwór instrumentalny, czyli &lt;i&gt;Hymn 1&lt;/i&gt;, który instrumentami smyczkowymi wprowadza nas do &lt;i&gt;In The End&lt;/i&gt;. Na szczęście zbieżność tytułów z hitem &lt;b&gt;Linkin Park&lt;/b&gt; to tylko przypadek. Ten utwór wyróżnia się na tle pozostałych zdecydowanie wolniejszym tempem, dźwiękami mocno osadzonymi i nieco przyciężkimi. Całość ciągnie znów wokal Belladonny, choć przyznaję, że jest to chyba jeden z nudniejszych utworów na płycie. Mimo dobrego refrenu,  całość wydaje mi się nieco nużąca. Szybki rzut oka na zegar – no tak, to najdłuższa kompozycja na &lt;i&gt;Worship Music&lt;/i&gt;. Lecimy dalej – &lt;i&gt;The Giant&lt;/i&gt;. Tu już jest szybciej, przynajmniej w zwrotce. Zespół ponownie serwuje nam epicki refren ze świetną melodią wokalu. Utwór kończy się krótkim wyciszeniem, które przechodzi w solówkę perkusyjną stanowiącą &lt;i&gt;Hymn 2&lt;/i&gt;. Kogoś może znudzić czterdziestosekundowe naparzanie w bębny, ale z racji faktu, że uwielbiam ten instrument, napawam się tym krótkim czasem, jaki &lt;b&gt;Charlie Benante&lt;/b&gt; otrzymał na wyłączność. Za chwilę&lt;i&gt; Judas Priest&lt;/i&gt; – utwór, którego bronić nie trzeba, bo świetnie czyni to sama muzyka. Wystarczy posłuchać tej złożonej, rozbudowanej kompozycji, połamanych rytmów, budzącej podziw perkusji. Jeden z lepszych utworów na płycie. Ale najlepsze dopiero przed nami. &lt;i&gt;Crawl&lt;/i&gt;, bo o nim mowa, to zdecydowanie mój faworyt na &lt;i&gt;Worship Music&lt;/i&gt;. Nieco leniwie rozwijający się utwór spokojnie mógłby stanowić otwieracz dla płyty, ale jednocześnie jest doskonałym deserem dla słuchacza. Choć po nim następują jeszcze dwa (a właściwie trzy) tytuły, to jednak właśnie &lt;i&gt;Crawl&lt;/i&gt; najbardziej przypadł mi do gustu i najsilniej kojarzy się z współczesnym obliczem Anthrax. Refren, który wyję wraz z Belladonną zapewne znają już moi sąsiedzi, ale cóż, gdy trudno się powstrzymać? Ponownie w tle przewijają się smyczki, ale nie jest to bynajmniej podstawą kompozycyjną &lt;i&gt;Crawl&lt;/i&gt;. To świetnie harmonizujący z resztą dodatek, wprowadzający nastrój wyjątkowości i nadający tej płycie jeszcze wyższy status. Można nie lubić wstawek symfonicznych na albumach zespołów metalowych, ale gdy wpasowują się one tak naturalnie, jak w przypadku tego wydawnictwa, nie sposób nie pochwalić i nie zaaprobować tego pomysłu. &lt;i&gt;The Constant&lt;/i&gt; i &lt;i&gt;Revolution Screams&lt;/i&gt; to dwa utwory oficjalnie zamykające album, które jednak równie dobrze mogłyby znaleźć się w innym, dowolnym miejscu. Oczywiście każdy z nich zawiera wiele dobrej muzyki, chwytliwe melodie i zapadające w pamięć refreny. To dodaje plusów do ogólnej oceny &lt;i&gt;Worship Music&lt;/i&gt;. Trudno pogodzić się z tym, że to już koniec &lt;i&gt;Worship Music&lt;/i&gt; i jedyne, co możemy teraz uczynić, to nacisnąć "play" raz jeszcze.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: justify;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-SImwoKrBYLg/TsYIc4GHMFI/AAAAAAAAHZk/0OATv9S-jFE/s1600/anthraxwmjoey2.jpg" imageanchor="1" style="clear: right; float: right; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://2.bp.blogspot.com/-SImwoKrBYLg/TsYIc4GHMFI/AAAAAAAAHZk/0OATv9S-jFE/s320/anthraxwmjoey2.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: black;"&gt;Wśród tych wszystkich zachwytów, pojawia się u mnie, po mniej więcej piętnastym odsłuchu płyty, zasadnicze pytanie – czy nie jest ona ciut przydługa? Piętnaście kompozycji, razem z hidden trackiem? Wydaje mi się, że to sprawiedliwa ilość muzyki, jak na tak długo wyczekiwane wydawnictwo. Ale z drugiej strony, może to zmęczyć dzisiejszego słuchacza, przyzwyczajonego do krótkich kompozycji, krótkich tracklist i braku kombinacji z utworami instrumentalnymi. Być może jest to dobra wiadomość dla wielbicieli starej szkoły i (naprawdę!) długogrających płyt.  Są dwie możliwości: albo jest to zapowiedzią powrotu do tradycji dawania fanom solidnej dawki muzyki, a nie ochłapów, które jakimś cudem udało się przyzwoicie skomponować i nagrać, albo panowie mieli po prostu tak dużo czasu na nagranie&lt;i style="text-align: justify;"&gt; Worship Music&lt;/i&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="text-align: justify;"&gt;, że przez te osiem lat nazbierało im się zbyt wiele udanych utworów, by móc część z nich tak po prostu odrzucić. Osobiście skłaniam się ku tej drugiej opcji, ale, jak mawiali starożytni Rzymianie: pożyjom, uwidim.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Całość oceniam bardzo dobrze, stąd wysoka nota:&lt;b&gt; 7.&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ważna wiadomość dla polskich fanów Anthrax: potwierdziły się doniesienia o tym, że zespól pojawi się podczas XVIII Przystanku Woodstock w Kostrzynie nad Odrą! Sądzę, że jest to znakomity news. Nie wyobrażam sobie, by występ ten nie miał należeć do jednego z lepszych, jakie miałam okazję widzieć w tym miejscu, więc oczekiwania są ogromne. Jestem przekonana, że zespół im podoła. Rzecz jasna czekamy na klubowy występ Anthrax w Polsce, a póki co - słuchajcie &lt;i&gt;Worship Music&lt;/i&gt;!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdjęcia pochodzą z &lt;a href="http://www.anthrax.com/"&gt;oficjalnej strony zespołu&lt;/a&gt; oraz zespołowego &lt;a href="https://www.facebook.com/pages/Anthrax"&gt;facebooka&lt;/a&gt;.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-421027164890685152?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/421027164890685152/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=421027164890685152' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/421027164890685152'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/421027164890685152'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/11/kultowy-waglik.html' title='Kultowy wąglik'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-TnX21vLjcfE/TsVKu4Z7KqI/AAAAAAAAHZQ/jpRL8RmGHvI/s72-c/anthraxwmscott2.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-930266930357242146</id><published>2011-11-14T19:37:00.003+01:00</published><updated>2011-11-14T20:00:30.681+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bizon'/><title type='text'>Live Over Europe - porywające koncertowe oblicze rockowych weteranów</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Chyba każdy lubi sprawiać sobie przyjemność. W takiej czy &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-ucdQx3JNDzI/TsFk09wWExI/AAAAAAAADro/L6WhXtfIKRc/s1600/live%2Bover%2Beurope.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 220px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-ucdQx3JNDzI/TsFk09wWExI/AAAAAAAADro/L6WhXtfIKRc/s320/live%2Bover%2Beurope.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5674927866556846866" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;innej formie... Mnie, na przykład, przyjemność sprawia między innymi pisanie o moich ulubionych wykonawcach i płytach. No chyba, że trzeba opisać nowe „dzieło” &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Metalliki&lt;/span&gt;, wtedy to raczej smutny obowiązek. Takie przypadki, to jednak na &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Musihilation&lt;/span&gt; zdecydowana mniejszość. Wolimy pisać o tym, co dobre. Dlatego ja piszę o takich zespołach, jak &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Black Country Communion&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Grupa ta pojawiała się u nas kilka razy. Zespół powstał w 2010 roku, a w skład jego weszły same wielkie nazwiska sceny rockowej. Wokalista i basista &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Glenn Hughes&lt;/span&gt;, który najczęściej kojarzony jest z trzech płyt nagranych w latach 70-tych z &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Deep Purple&lt;/span&gt;, choć jest to zaledwie mały procent jego artystycznego dorobku, najbardziej znany obecnie blues rockowy wymiatacz młodego pokolenia – &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Joe Bonamassa&lt;/span&gt;, klawiszowy weteran &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Derek Sherinian&lt;/span&gt;, były członek &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dream Theater&lt;/span&gt;, a także współpracownik takich wykonawców, jak &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Kiss&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Alice Cooper&lt;/span&gt;, oraz perkusista &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Jason Bonham &lt;/span&gt;– nazwisko mówi wszystko. Jakiś czas temu, panowie postanowili sobie razem pograć i pokazać, że soczystego hard rocka można słuchać nie tylko ze starych płyt, ale i z całkiem nowych wydawnictw. Niecałe dwa lata, kilka nagród, dwie świetne płyty studyjne i jedną większą trasę koncertową później, Black Country Communion jest już poważną marką na hard rockowym rynku i właśnie wydaje swoją pierwszą płytę koncertową – DVD &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Live Over Europe&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydawnictwo zostało zarejestrowane latem tego roku podczas trzech koncertów w Niemczech, będących częścią pierwszej i jak do tej pory jedynej dużej trasy koncertowej grupy. Większość zespołów rockowych w pierwszych latach swojego istnienia gra mnóstwo koncertów, stopniowo zbierając materiał na pierwszą płytę. Panowie z BCC zrobili dokładnie odwrotnie. W ciągu roku wydali dwa albumy studyjne, grając jedynie kilka pojedynczych koncertów i dopiero po ukazaniu się drugiej płyty ruszyli w porządną trasę. Powód? Po pierwsze, cała czwórka to muzycy bardzo zapracowani, zaangażowani w wiele muzycznych projektów. Trudno więc zorganizować wszystko tak, żeby każdemu pasowało. Była też jednak inna przyczyna – zespół chciał po prostu, przed graniem koncertów, mieć wystarczającą ilość własnego materiału, żeby nie trzeba było zbyt mocno posiłkować się twórczością innych wykonawców, lub nawet własną, nagrają pod innymi szyldami. I za to grupie należy się na pewno szacunek, bo pewnie łatwiej byłoby wzbudzić aplauz publiki zagraniem &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Smoke On The Water&lt;/span&gt;, które przecież Hughes miał okazję wykonywać przez kilka lat jako członek Deep Purple, a także, sporo później, w ramach grupy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Hughes Turner Project&lt;/span&gt;, albo graniem co noc &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Rock and Roll&lt;/span&gt; &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Zeppelinów&lt;/span&gt;. Postawili jednak na własny, całkiem świeży materiał, robiąc jedynie dwa wyjątki – są nimi &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Ballad Of John Henry&lt;/span&gt;, utwór tytułowy z wydanej w 2009 roku solowej płyty Joe Bonamassy, oraz &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Burn&lt;/span&gt;, zamykający koncerty BCC klasyk z czasów, kiedy Hughes był basistą i wokalistą w Deep Purple. Reszta kompozycji z &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Live Over Europe&lt;/span&gt; to koncertowe interpretacje utworów, znajdujących się na dwóch studyjnych krążkach zespołu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koncert BCC to prawdziwa uczta dla fanów hard rocka. Sam miałem okazję przekonać się o tym podczas tegorocznego &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;High Voltage Festival &lt;/span&gt;w Londynie, &lt;a href="http://musihilation.blogspot.com/2011/07/high-voltage-festival-2011-czyli-jak_28.html"&gt;dość obszernie zresztą na Musihilation relacjonowanego&lt;/a&gt;. Zespół rozpoczyna od pełnego energii i rockowego pazura &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Black Country&lt;/span&gt;, a kończy na równie dynamicznym &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Burn&lt;/span&gt;. W międzyczasie dostajemy kilkanaście numerów, zahaczających zarówno o klimaty blues rockowe, jak i o najbardziej klasycznego hard rocka, choć nie brakuje też elementów folk rockowych, jak choćby w dość zeppelinowym &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Battle For Hadian’s Wall&lt;/span&gt; czy niemal heavy metalowych, jak w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Beggarman&lt;/span&gt;. To jednak nie różnorodność jest najmocniejszą stroną zespołu oraz tego wydawnictwa, a wybitna wręcz znajomość fachu. Tu nie ma słabych kompozycji, czy nudnych wykonać. Każdy utwór jest zagrany na najwyższym poziomie, a wszyscy aktorzy widowiska mają wystarczająco ilość czasu, by pokazać, skąd wzięła się ich pozycja w świecie rocka. Najwięcej uwagi skupia się niewątpliwie na Hughesie, który jest frontmanem i głównym kompozytorem w zespole. Jest też jednak przede wszystkim znakomitym basistą oraz wybitnym wokalistą. Gość, który w tym roku skończył 60 lat, a w przeszłości balował tak mocno, że nie pamięta większości lat 80-tych i całkiem sporej części lat 70-tych, udowadnia tu, że nadany mu kiedyś pseudonim The Voice Of Rock nie jest nadużyciem. Facet ze swoim głosem wyprawia prawdziwe cuda. Można lubić jego wysoką barwę, lub nie, ale to, co Glenn robi w koncertowym wykonaniu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Great Divide&lt;/span&gt; musi budzić szacunek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie jest to jednak z pewnością teatr jednego aktora. Bonamassa gra z polotem i wirtuozerią godną &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Claptona&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Becka&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Kossoffa&lt;/span&gt;, a do tego przejmuje w kilku utworach rolę głównego wokalisty i wywiązuje się z niej znakomicie. Jakby tego było mało, w trakcie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Ballad Of John Henry&lt;/span&gt;, gitarzysta zabawia się też thereminem, czyli urządzeniem, które wydaje z siebie wysoki dźwięk, modyfikowany za pomocą ruchów ręki w pobliżu anteny. Efekt, w połączeniu z klawiszowym solo jest na pewno godny uwagi. Klawiszowiec &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Derek Sherinian&lt;/span&gt; jest tu na pewno bardziej słyszalny niż na albumach studyjnych. Jego własny, nieco ‘kosmiczny’ styl gry, połączony z klasycznymi rockowymi wpływami to więcej niż solidne uzupełnienie brzmienia gitary. Czasem wychodzi też na pierwszy plan, jak podczas świetnego solo w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Burn&lt;/span&gt;, czy też fragmentu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Won’t Get Fooled Again&lt;/span&gt; z repertuaru &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;The Who&lt;/span&gt;, który grany jest na sam koniec utworu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Sista Jane&lt;/span&gt;. Bonham junior to z kolei klasyczny wręcz przykład tego, jak wiele można w życiu zyskać dzięki genom. Jego ojciec, legendarny &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;John Bonham&lt;/span&gt; z Led Zeppelin, gdyby żył, nijak by się syna wyprzeć nie mógł. A ten za geny i lekcje gry, które ojciec dawał mu, zanim przedwcześnie pożegnał się z tym światem, odwdzięcza się bardzo dobrze znanym perkusyjnym wstępem z zeppelinowego &lt;span style="font-style: italic;"&gt;When The Levee Breaks&lt;/span&gt;, zagranym na początku wspomnianej już &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ballady o Johnie Henrym&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;iframe src="http://www.youtube.com/embed/w82V4gsSW-4" allowfullscreen="" width="560" frameborder="0" height="315"&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Całe DVD mimo, że kręcone podczas trzech koncertów, ogląda się jak jeden porywający występ, przeplatany od czasu do czasu fragmentami wypowiedzi muzyków. Całkiem dobry pomysł, tym bardziej, że fragmenty te są na tyle krótkie, że nie odwracają uwagi od występu i nie psują klimatu. Większa ich ilość znajduje się na bonusowym DVD &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Forging BCC&lt;/span&gt;. To, że nie oglądamy jednego występu, zdradza jedynie zmieniający się nieco rozmiar sceny oraz detale związane z garderobą muzyków. Najbardziej pasjonującymi momentami na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Live Over Europe&lt;/span&gt; są niewątpliwie utwory bardziej rozbudowane, podczas których panowie mogli sobie pozwolić na nieco szaleństwa i scenicznej zabawy oraz nawiązania do twórczości innych klasyków rocka. Do takich chwil zaliczam choćby wspomniane tu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Ballad Of John Henry&lt;/span&gt;, rozpoczęte wplecionym fragmentem &lt;span style="font-style: italic;"&gt;When The Leevee Breaks&lt;/span&gt;, utwór &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Song Of Yesterday&lt;/span&gt; zaśpiewany wspólnie przez Hughesa i Bonamassę, ze znakomicie wpasowanym w gitarowe solo klawiszowym motywem ze &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Stairway To Heaven&lt;/span&gt;, a także &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Sista Jane&lt;/span&gt;, które ze względu na swój klimat, aż prosiło się o przedłużenie w postaci wspomnianego cytatu z &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Won’t Get Fooled Again&lt;/span&gt;. Nie da się też przejść obojętnie obok fantastycznej wersji &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Burn&lt;/span&gt;, utrzymanej w duchu oryginału, z solówką Bonamassy, który nie kopiuje nuta w nutę gry &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Blackmore’a&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tommy Bolina&lt;/span&gt;, ale jednocześnie gra tak, że jego solo nie jest ciałem obcym w tym organizmie. Ta wersja wypada na pewno dużo korzystniej, niż ten sam utwór w wykonaniu obecnego wcielenia &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Whitesnake&lt;/span&gt;. Grupa &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Davida Coverdale’a&lt;/span&gt;, który był głównym wokalistą w oryginalnej wersji tego klasyka, wykonuje go z dużą energię, a dynamika aż rozsadza scenę, jednak całość sprawia wrażenie nieco zbyt bombastycznej i metalowej. Jest porywająco, ale ginie gdzieś duch oryginału. W wersji Black Country Communion jest on idealnie zachowany. Lepszej wersji &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Burn&lt;/span&gt; obecnie na koncertach nie usłyszymy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Live Over Europe to popis rockowej wirtuozerii na najwyższym poziomie. Bez taniego efekciarstwa i bez wielkiego ego wykonawców. To po prostu czterech gości, którzy kochają muzykę i postanowili sobie razem pograć, a całkiem przypadkowo są świetnymi muzykami i kompozytorami. Kiedy w trakcie ukłonów na sam koniec, Jason Bonham zauważa kogoś z pierwszego rzędu z całkiem sporą kamerą, nie robi awantury o filmowanie koncertu, nie kasuje zawartości, ani nie roztrzaskuje sprzętu o scenę, a wszyscy moglibyśmy wymienić przynajmniej kilka znanych nazwisk muzyków, którzy ani chwilę nie zawahaliby się przed takim krokiem. Bonham bierze kamerę od fana, filmuje ze sceny całą publiczność i oddaje sprzęt właścicielowi. Bo o to właśnie chodzi w rocku. O przyjemność z grania i przyjemność z oglądania i słuchania. Panowie z Black Country Communion niewątpliwie bardzo lubią grać razem. A ja bardzo lubię ich słuchać i oglądać.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-930266930357242146?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/930266930357242146/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=930266930357242146' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/930266930357242146'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/930266930357242146'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/11/live-over-europe-porywajace-koncertowe.html' title='Live Over Europe - porywające koncertowe oblicze rockowych weteranów'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-ucdQx3JNDzI/TsFk09wWExI/AAAAAAAADro/L6WhXtfIKRc/s72-c/live%2Bover%2Beurope.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-1632994319075546327</id><published>2011-11-10T16:07:00.005+01:00</published><updated>2011-11-10T22:08:46.308+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bizon'/><title type='text'>Co mnie podkusiło? Czyli recenzja Lulu Metalliki i Lou Reeda</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jak wiadomo, użytkownicy pewnego niezwykle popularnego serwisu społecznościowego specjalizują się, pośród innych aktywności, w zakładaniu profili i grup o dziwnych i często śmiesznych nazwach, których zadaniem jest oddanie pewnych cech charakterystycznych zachowań lub odczuć tychże delikwentów. Jedną z moich ulubionych nazw tego typu profili jest „Co mnie kurwa podkusiło?” I niech będzie to myślą przewodnią tej recenzji. Bo nie da się nie zadać tu pytania – co ich kurwa podkusiło, żeby nagrać taką płytę? Po nim nastąpić musi kolejne – co mnie kurwa podkusiło, żeby ten album przesłuchać?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sama idea wspólnej płyty &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Metalliki&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Lou Reeda&lt;/span&gt; wyglądała &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-oX2HDifp-c8/TrvqPVSOU_I/AAAAAAAADrc/6EGoKNyc4CA/s1600/Lou_Reed_and_Metallica_-_Lulu.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-oX2HDifp-c8/TrvqPVSOU_I/AAAAAAAADrc/6EGoKNyc4CA/s200/Lou_Reed_and_Metallica_-_Lulu.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5673385704735790066" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;całkiem interesująco. Legenda metalu i ikona muzyki rockowej XX wieku na jednej płycie? Nawet jeśli różnice stylistyczne pomiędzy tymi artystami były dość znaczne, to jednak wyglądało na to, że może z tego wyjść coś intrygującego. Niestety, już pierwsze fragmenty, które bardziej lub mniej oficjalnie wypływały do Internetu, nie robiły raczej dobrego wrażenia. Wciąż pozostawała jednak nadzieja, że może jakoś niefortunnie trafiło na gorsze momenty płyty. Niestety, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lulu&lt;/span&gt; składa się niemal wyłącznie z gorszych momentów. Już pierwszy singiel, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The View&lt;/span&gt;, nie zwiastował niczego dobrego. Oparty na jednym motywie instrumentalnym, dość monotonny kawałek ze słabym wokalem Reeda, który ni to mówi, ni to śpiewa i generalnie brzmi jak siedemdziesięciolatek. Nie jest to samo w sobie wielkim zaskoczeniem, bo ten wiek osiągnie za kilka miesięcy. Problem polega na tym, że często słuchamy muzyki tworzonej przez dinozaurów rocka głównie z tego powodu, że brzmią oni jak na swoje lata znakomicie i nikt nigdy nie pomyślałby, że to panowie w wieku emerytalnym. Tutaj niestety każdy rok życia Reeda słychać w zasadzie za każdym razem, gdy próbuje on wydobyć z siebie jakiś dźwięk. O ile &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The View&lt;/span&gt; instrumentalnie było do zniesienia, choć, jak wspomniałem, kawałek oparty jest w zasadzie na jednym motywie, tak już wokali słuchać się za bardzo nie dało. Nic dziwnego, że singiel nie wszedł chyba na żadną listę przebojów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety są na tym albumie utwory, których nie da się znieść nie tylko ze względu na głos, ale i na samą muzykę. A szkoda, bo zaczynało się nawet przyzwoicie. Sam początek otwierającego album &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Brandenburg Gate&lt;/span&gt; to całkiem niezłe granie w starym Reedowym stylu. Potem, po kilkudziesięciu sekundach, wchodzi metallikowa moc i jakby wszystko przestaje do siebie pasować, ale wciąż jest to dość interesujące i pewnie jako pojedynczy wyskok byłoby całkiem sensowne. Niestety, nie jest to pojedynczy wyskok. Cała płyta jest metalową, hałaśliwą młócką w kiepskim wydaniu, przy której &lt;span style="font-style: italic;"&gt;St. Anger&lt;/span&gt; wydaje się szczytem wyrafinowania, a Reed ze swoim słabiutkim głosem zmęczonego życiem staruszka pasuje tu jak dupa słonia do marchewki. Idealnym tego przykładem jest trzeci na płycie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Pumping Blood&lt;/span&gt;, którym można spokojnie torturować więźniów politycznych i jeńców wojennych. Będą się przyznawać do wszystkiego. Po tych pierwszych trzech kawałkach, dramatycznie słaby i karykaturalny wręcz &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Mistress Dread&lt;/span&gt; nie jest już żadnym szokiem, powoduje jedynie uśmieszek politowania i mimowolny ruch głowy... w lewo... w prawo... w lewo... w prawo...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sytuację poprawia, choć tylko nieznacznie, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Iced Honey&lt;/span&gt;, które ma być drugim singlem. Bo, choć to znowu jest granie na jedno kopyto, oparte przez cały numer na jednym i tym samym riffie, to przynajmniej w jakikolwiek sposób wpada to w ucho i jest nawet dość przebojowe, a i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Hetfielda&lt;/span&gt; tu jakby więcej, przez co wokale są nieco bardziej znośne. Pierwszą płytę wieńczy ponad jedenastominutowy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Cheat On Me&lt;/span&gt;. I znowu monotonia, tym razem dwa razy dłuższa niż zazwyczaj. Aż wypadałoby zapytać – &lt;span style="font-style: italic;"&gt;why do you cheat on me?&lt;/span&gt; O ile podkład, przywodzący chwilami na myśl czasy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Load/ReLoad&lt;/span&gt; jest nawet dość znośny, choć naturalnie nie przez ponad jedenaście minut, o tyle wokale Reeda znowu są tu tak na miejscu, jak puszczanie utworów &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Lynyrd Skynyrd&lt;/span&gt; na pokładzie samolotu podczas awaryjnego lądowania...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po odsłuchaniu pierwszej z dwóch płyt na tym wydawnictwie, zaczynam sie zastanawiać, po co ta płyta powstała. Nikomu nie przynosi ona chluby. Produkcja, co prawda lepsza niż na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;St. Anger&lt;/span&gt;, ale na zasadzie – wszystko głośniej niż wszystko inne. Kompozycje są kiepskie, brakuje pomysłu, urozmaicenia, czegoś co by zostawało w głowie. Do tego ten asłuchalny bełkot pana Reeda. Jedyne znośne fragmenty jak do tej pory to te, kiedy śpiewać zaczyna Hetfield. A jeśli Hetfield ze swoim wokalem wypada przy kimś niczym wirtuoz przy kiepskim uczestniku konkursów karaoke, to wiedzcie wszyscy, że tam się coś bardzo złego dzieje... W zasadzie już całkiem załamany i zrezygnowany, i bez absolutnie nawet najmniejszych oczekiwań odpalam drugą część &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lulu&lt;/span&gt;...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;... która to zaczyna się utworem o tytule &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Frustration&lt;/span&gt;. Jakże adekwatnym do sytuacji. Lou śpiewa &lt;span style="font-style: italic;"&gt;I want so much to hurt you&lt;/span&gt; i to niewątpliwie mu się udało. Rani mnie to, że zespół odpowiedzialny za &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Master Of Puppets&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ride The Lightning&lt;/span&gt;, czy nawet, żeby sięgnąć po rzeczy nowsze, za&lt;span style="font-style: italic;"&gt; Death Magnetic&lt;/span&gt; i muzyczny wizjoner oraz twórca tak wielkich kawałków, jak &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Heroin&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;White Light, White Heat&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Perfect Day&lt;/span&gt;, zaserwowali nam tak niestrawne danie. A sam utwór? Oparty na jednym motywie z zupełnie nie pasującymi wokalami. Zaraz, czy ja tego już tu czasem nie pisałem? Uff, do końca płyty już tylko trzy numery. Gorzej, że razem trwają 40 minut. Nieco odmiany przynosi pierwszy z nich, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Little Dog&lt;/span&gt;. Dość oszczędny aranż, gitara akustyczna i dość ponure dźwięki elektryka w tle, wspomagane wiolonczelą, robią całkiem niezłe wrażenie. Nie jest do żadne dzieło, wręcz przeciwnie, kawałek jest nudnawy i wlecze się niemiłosiernie, posiada jednak coś, czego nie ma żaden inny utwór na tej płycie – recytacje Lou Reeda świetnie pasują klimatem do muzyki i całość, jakkolwiek mocno przeciętna, przynajmniej brzmi logicznie i nie tworzy dysonansu między muzyką, a wokalem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejny w zestawie – &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dragon&lt;/span&gt; – to znowu powtórzenie schematu znanego z niemal każdego kawałka na płycie. Zaczyna mi to przypominać stare odcinki &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Szansy Na Sukces&lt;/span&gt;, kiedy to wiekowe babcie próbowały śpiewać nowe hity i biedne w żaden sposób nie mogły trafić ani w tempo utworu, ani w odpowiednie dźwięki. Utwór swoje, Lou swoje... Tu już nawet nie chodzi o tę nieszczęsną recytację. To mogło naprawdę brzmieć dość klimatycznie i wręcz demonicznie w pewnym sensie, gdyby tylko zostało dobrze zrobione. Brzmi niestety dość żałośnie, choć przyznać trzeba, że i tak chyba nieco lepiej niż we wcześniejszych utworach. A może po prostu człowiek zaczyna się do tej nędzy przyzwyczajać... Na sam koniec dwudziestominutowy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Junior Dad&lt;/span&gt;. Oby nie na jednym motywie. Zaczyna się, o dziwo, całkiem sympatycznie i klimatycznie. Spokojne tło, które niewątpliwie o wiele bardziej pasuje do słabego głosu Lou, niż ostra gitarowa nawalanka. Nawet całkiem miło płynie, a zakończenie to niemal idealna dla tego typu muzyki coda. Śmiem twierdzić, że obok &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Iced Honey&lt;/span&gt;, jest to jedyny wart jakiejkolwiek uwagi utwór na Lulu. Problem polega na tym, że materiału jest tu na siedem, może osiem minut, nie na dwadzieścia. Czy te dwa utwory ratują płytę i uzasadniają jej kupno? Ani trochę. Może za jakiś czas, gdy trafi ona na półkę specjalnych ofert za 19,99...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ktoś pewnie pomyśli, że ta recenzja to plucie jadem jakiegoś sfrustrowanego krytyka lub zapalonego, małoletniego metala, który nie toleruje muzyki bez podwójnej stopy i miliona riffów na minutę. Nic bardziej mylnego. Doceniam eksperymenty muzyczne, jestem nawet w stanie docenić odwagę panów z Metalliki i Lou Reeda. Tego, co im wyszło, już jednak docenić nie potrafię. Nie znoszę pisać negatywnych recenzji. Wychodzę zazwyczaj z założenia, że jest tyle świetnych płyt, że szkoda mojego czasu na wydawnictwa słabe. Jest jednak pewna grupa wydawnictw, o których nie możemy nie napisać, bez względu na ich jakość, gdyż ich twórcy są po prostu zbyt popularni i ważni dla omawianych przez nas gatunków muzycznych. Więc, krytyku tej krytyki, zanim mnie obrazisz, wiedz, że napisanie tego tekstu nie sprawiło mi żadnej przyjemności, nie było też próbą odreagowania i zadośćuczynienia mojej smutnej egzystencji. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lulu&lt;/span&gt; to po prostu dramatyczna pomyłka, o której wszyscy powinniśmy chyba jak najszybciej zapomnieć. Łatwo nie będzie. Mam jednak nadzieję, że zła płyta nie boli przez całe życie.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Całości płyty posłuchać można w pełni legalnie na &lt;/span&gt;&lt;a style="font-style: italic;" href="http://www.loureedmetallica.com/listen-to-lulu.php"&gt;specjalnej stronie poświęconej projektowi&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;. Gorąco polecam odsłuch każdemu, kto wpadł na pomysł kupienia płyty w ciemno.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-1632994319075546327?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/1632994319075546327/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=1632994319075546327' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1632994319075546327'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1632994319075546327'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/11/co-mnie-podkusio-czyli-recenzja-lulu.html' title='Co mnie podkusiło? Czyli recenzja Lulu Metalliki i Lou Reeda'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-oX2HDifp-c8/TrvqPVSOU_I/AAAAAAAADrc/6EGoKNyc4CA/s72-c/Lou_Reed_and_Metallica_-_Lulu.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-5549503514256602552</id><published>2011-11-08T17:05:00.004+01:00</published><updated>2011-11-08T17:32:05.739+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bizon'/><title type='text'>40 lat płyty bez tytułu</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;ZoSo&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Runes&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Four Symbols&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Fourth Album&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Hermit&lt;/span&gt;, czy też po prostu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;IV&lt;/span&gt;. Wieloma tytułami określa się czwartą płytę &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Led Zeppelin&lt;/span&gt;, która światło dzienne ujrzała dokładnie 40 lat temu, 8. listopada 1971 roku. Płytę pod każdym względem wyjątkową, o czym świadczy nie tylko historia jej tytułu i okładki, ale także niezwykła popularność poszczególnych, zawartych na niej utworów, a także krążka jako całości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To dość zaskakujące, że jedna z najpopularniejszych &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/--fGiu4fylfA/TrlWrsonRsI/AAAAAAAADrE/RsjkJDAWGx4/s1600/zoso.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 300px; height: 198px;" src="http://1.bp.blogspot.com/--fGiu4fylfA/TrlWrsonRsI/AAAAAAAADrE/RsjkJDAWGx4/s320/zoso.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5672660514365720258" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;płyt wszech czasów, nie posiada nawet tytułu. Lub, jak kto woli, posiada ich kilka. Po dość krytycznym przyjęciu przez prasę płyty &lt;span style="font-style: italic;"&gt;III&lt;/span&gt;, zespół postanowił tym razem nie umieszczać na okładce ani tytułu kolejnego swojego dzieła, ani nawet nazwy zespołu, wychodząc z założenia, że wielu przedstawicieli prasy krytykuje ich muzykę, porównując ją ciągle do tej, znanej z poprzednich płyt. Żeby więc odciąć się w pewien sposób od wcześniejszych wydawnictw, a przy tym narobić nieco zamieszania, grupa, ku zrozumiałej rozpaczy przedstawicieli wytwórni płytowej, zdecydowała się na zabieg mocno niecodzienny. Nie dość, że na okładce próżno było szukać jakichkolwiek napisów, z numerem katalogowym włącznie, to i sami muzycy we wkładce do wydawnictwa chowali się za czterema symbolami. Symbole odpowiadające perkusiście&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; Johnowi Bonhamowi&lt;/span&gt;, basiście &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Johnowi Paulowi Jonesowi&lt;/span&gt; oraz gitarzyście &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Jimmy’emu Page’owi&lt;/span&gt;, pomysłodawcy całej akcji, zostały zaczerpnięte ze starych ksiąg. Znak przypisany wokaliście &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Robertowi Plantowi&lt;/span&gt; był jego własnym pomysłem, choć również opartym na dawnej symbolice. I z takiego obrotu sprawy wytwórnia była jednak w stanie wyciągnąć jakieś korzyści. Na tygodnie przed ukazaniem się płyty, w różnych mediach pojawiały się pojedynczo te niewiele wtedy mówiące fanom znaki. W końcu, w dniu wydania krążka, na Sunset Boulvard w Los Angeles, stanął sporawy ruchomy billboard, przedstawiający wszystkie cztery symbole i dopisek „are here”. To, co nastąpiło potem, jest już historią muzyki rockowej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na płycie znalazło się osiem kompozycji. Postawiono tym razem w zdecydowanej większości na własny materiał, choć tradycyjne nawiązanie do przeszłości pojawiło się w zamykającej album bluesowej kompozycji &lt;span style="font-style: italic;"&gt;When The Levee Breaks&lt;/span&gt;, wykonywanej oryginalnie pod koniec lat dwudziestych ówczesnego stulecia w nieco innej formie przez małżeństwo – &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Kansas Joe McCoya&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Memphis Minnie&lt;/span&gt;. Zanim jednak słuchacze mieli okazję dojść do tego utworu, byli świadkami prawdziwej rockowej uczty na absolutnie najwyższym poziomie. Pierwsze cztery kompozycje na płycie, czyli mniej więcej jej połowa, to jedno wielkie nagromadzenie radiowych hitów i utworów, które po czterdziestu latach od wydania, uznawane są za absolutną klasykę muzyki rockowej. Ciężko wyobrazić sobie na płycie z początku lat 70-tych bardziej klasyczne otwarcie, niż dublet &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Black Dog&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Rock And Roll&lt;/span&gt;. Dość powiedzieć, że ten pierwszy utwór regularnie trafia na wszelkie listy najlepszych utworów i najlepszych riffów wszech czasów, a Robert Plant wydaje tu z siebie najwyższy dźwięk kiedykolwiek zarejestrowany na płycie Led Zeppelin. Plotka głosi, że dość skomplikowane i nietypowe sygnatury rytmiczne tego utworu były celowym zabiegiem, który miał zniechęcić kiepskie cover bandy do zarzynania tej kompozycji w garażach i salach prób. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Rock And Roll&lt;/span&gt; to z kolei jeden z najlepszych na świecie przypadków dopasowania tytułu do kompozycji. Jest to bowiem nic innego jak oparty na klasycznych motywach, ale zagrany z niesamowitą energią rock and roll, w którym gościnnie wystąpił jeden z założycieli &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;The Rolling Stones&lt;/span&gt;, pianista &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ian Stewart&lt;/span&gt;. Utwór ten spotkało niemal tak wiele zaszczytów we wszelkiego rodzaju rankingach muzycznych, co poprzednika na płycie, a i jego dużo prostsza struktura sprawiła, że do dziś jest jednym z najczęściej coverowanych kawałków rockowych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po tak mocnym wejściu, musiała nastąpić zmiana klimatu. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Battle Of Evermore&lt;/span&gt; to jedna z ciekawszych i najbardziej nietypowych kompozycji w dorobku grupy. Inspirowany folkiem duet wokalny Roberta Planta i zmarłej kilka lat później &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Sandy Denny&lt;/span&gt;, został napisany przez Page’a podczas sesji nagraniowych i powstawał przy użyciu mandoliny, na której Page podobno nigdy wcześniej nie grał. Jest to też jedyny przypadek w historii zespołu, kiedy w utworze zaśpiewała gościnnie osoba spoza grupy. I także ten utwór doczekał się licznych wzmianek przy okazji tworzenia wszelakich list i rankingów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-PA5pvL09ZY8/TrlW1vlMKWI/AAAAAAAADrQ/nIEUC8Mhip8/s1600/iv.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 299px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-PA5pvL09ZY8/TrlW1vlMKWI/AAAAAAAADrQ/nIEUC8Mhip8/s320/iv.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5672660686955358562" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Żaden jednak kawałek, nie tylko na tej płycie, ale chyba w ogóle w historii rocka, nie jest przy okazji tych rankingów wymieniany tak często, jak kompozycja numer cztery – &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Stairway To Heaven&lt;/span&gt;. O tym utworze napisano już wszystko – liczba wyróżnień, tytułów i rekordów bitych przez nią jest zniewalająca. Warto wspomnieć choćby to, że w latach 70-tych, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Stairway To Heaven&lt;/span&gt; było najczęściej zamawianym utworem w stacjach radiowych w Stanach. Jego początki sięgają sesji nagraniowych do trzeciego albumu Led Zeppelin. Wtedy to, w wiejskiej chatce Bron-Yr-Aur w walijskich górach, gdzie zespół mieszkał jakiś czas, odpoczywając po wyczerpującej trasie po Stanach i zbierając materiał na nową płytę, powstały pierwsze pomysły i szkice, które przybrały bardziej konkretny kształt dopiero kilka miesięcy później, podczas prac nad &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Czwórką&lt;/span&gt;. W listopadzie 1970 roku, Jimmy Page zdradził w rozmowie z jednym z angielskich dziennikarzy muzycznych: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Mamy pomysł na naprawdę długi kawałek... wiesz, coś jak Dazed and Confused i inne kawałki rozbite na sekcje. No więc, chcemy spróbować czegoś nowego, z organami i gitarą akustyczną cały czas wzmagającymi napięcie, a potem zaczyna się część elektryczna... To może być nawet piętnastominutowy kawałek.&lt;/span&gt; Stanęło na ośmiu minutach, co zresztą i tak nie przeszkodziło wytwórni próbować wypuszczenia &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Stairway To Heaven&lt;/span&gt; jako singla. Jednak stanowczy sprzeciw zespołu i kategoryczna odmowa przycięcia utworu do długości bardziej odpowiedniej dla singla spowodowały, że mimo swojej olbrzymiej popularności, kompozycja ta nigdy nie była oficjalnym singlem na żadnym dużym rynku płytowym, choć w 1972 pojawiła się na płytce promo w Stanach. Wspomnianej popularności tego, chyba najbardziej znanego rockowego utworu wszech czasów nie umniejsza nawet fakt, że momentami dość mocno przypomina on kawałek &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Taurus&lt;/span&gt; zespołu &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Spirit&lt;/span&gt;, nagrany dwa lata wcześniej. Gdyby ktoś chciał zwalać wszystko na przypadek, dodać należy, że Zeppelini w początkach kariery grali w Stanach jako support dla Spirit, więc o przypadku mowy być raczej nie może. Nie zmienia to jednak faktu, że o &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Taurus&lt;/span&gt; słyszało stosunkowo niewiele osób, natomiast &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Schody&lt;/span&gt;  zna chyba każda osoba, która ma jakikolwiek związek z muzyką rockową. Co ciekawe, podobno podczas pierwszego wykonania tego utworu na żywo, 5. marca 1971 roku w Belfaście, publiczność była dość znudzona, czekając na znane już dobrze, starsze utwory.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciężko sobie właściwie wyobrazić, co mogłoby nastąpić po takim dziele. Najlepszym rozwiązaniem byłoby chyba uznanie płyty za kompletną. Problem w tym, że wybrzmieć zdążyły zaledwie cztery utwory, które choć genialne, nie były wystarczająco długie, by zapełnić całą płytę. Zaczyna się więc jej druga część. Część, która skazana jest na wieczne bycie w cieniu tego rewelacyjnego otwarcia. Nie ma tu bowiem ani wielkich hitów, ani utworów uznawanych po latach za dzieła wybitne. Jednak i tu znaleźć można rzeczy ciekawe, jak choćby wspólny, gitarowo klawiszowy motyw przewodni w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Misty Mountain Hop&lt;/span&gt;, które trafiło na płytę w wersji mocno niedoskonałej, z wyraźnie słyszalną wpadką na początku trzeciej minuty, kiedy to panowie Page i Jones nieco się rozjechali czasowo. Zespół uznał jednak, że cała reszta podejścia jest na tyle dobra, że szkoda je tracić. Najsłabsze na płycie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Four Sticks&lt;/span&gt; ciekawe jest natomiast głównie ze względu na genezę tytułu. A wziął się on stąd, że sfrustrowany nieudanymi podejściami do tego utworu podczas sesji nagraniowych John Bonham, zagrał tutaj używając tytułowych czterech pałeczek na raz. Co ciekawe, jest to jedyny utwór z tej płyty, który nie był w zasadzie w ogóle grany na koncertach. Jego jedyne wykonanie podczas występu Led Zeppelin miało miejsce w 1971 roku w Kopenhadze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następujący po mocno średnim &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Four Sticks&lt;/span&gt; utwór &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Going To California&lt;/span&gt;, to z kolei powrót do znanych z &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Battle Of Evermore&lt;/span&gt; klimatów folkowych. Pozbawiona całkowicie partii basu i perkusji kompozycja jest dość prosta w formie, ale stanowi udaną przeciwwagę dla nieco chaotycznego i hałaśliwego &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Four Sticks&lt;/span&gt;. Płytę wieńczy wspomniany wcześniej stary blues w nowej formie, czyli &lt;span style="font-style: italic;"&gt;When The Levee Breaks&lt;/span&gt;, którego powstanie wiąże się z wielką powodzią rzeki Mississippi z 1927 roku, największym tego typu kataklizmem w historii Stanów Zjednoczonych, kiedy to wały na rzece pękły w 145 miejscach. Ze względu na mnogość efektów studyjnych, użytych przy rejestracji i miksowaniu tego utworu (warto tu wspomnieć choćby o tym, że John Bonham grał na bębnach ustawionych na klatce schodowej, a ścieżki wszystkich instrumentów były mocno przetworzone), &lt;span style="font-style: italic;"&gt;When The Levee Breaks&lt;/span&gt; było grane na żywo jedynie kilka razy w 1975 roku. Warto odnotować, że z sesji nagraniowych do &lt;span style="font-style: italic;"&gt;IV&lt;/span&gt; pochodzą też trzy utwory, które ostatecznie znalazły się na szóstym albumie grupy, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Physical Graffiti&lt;/span&gt;. Są to &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Boogie With Stu&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Down By The Seaside&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Night Flight&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sukces, jako odniosła czwarta płyta Led Zeppelin jest ciężki do opisania słowami. Choć wielu fanów zespołu bardziej ceni wcześniejsze płyty formacji, a i część słuchaczy zdążyła się przez lata nieco zmęczyć ogromną popularnością &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Stairway To Heaven&lt;/span&gt;, to właśnie czwarta płyta jest tą, która uchodzi za najbardziej znane dzieło grupy. Potwierdza to statystyka. Album w samych tylko Stanach sprzedał się jak do tej pory około 25 milionów razy, stając się trzecim najbardziej popularnym krążkiem wszech czasów na tamtejszym rynku, ustępującym jedynie albumowi &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Thriller&lt;/span&gt; &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Michaela Jacksona&lt;/span&gt; i składance największych hitów zespołu &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Eagles&lt;/span&gt;. Na całym świecie, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Czwórka&lt;/span&gt; rozeszła się jak do tej pory w ponad 37 milionach kopii, co stawia ją na początku drugiej dziesiątki zestawienia. Nie ma przymusu rozpływania się w zachwycie nad tym wydawnictwem. Faktem niezaprzeczalnym jest jednak to, że jest to jeden z kilku najpopularniejszych albumów w historii muzyki rockowej i choćby z tego powodu, okrągła rocznica jego wydania jest ważnym wydarzeniem dla fanów rocka na całym świecie.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a style="font-style: italic;" href="http://www.facebook.com/pages/Led-Zeppelin-Official/131572223581891"&gt;zdjęcie pochodzi z oficjalnego facebookowego profilu zespołu&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a style="font-style: italic;" href="http://www.ledzeppelin.com/"&gt;zdjęcie okładki płyty pochodzi z oficjalnej strony zespołu&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-5549503514256602552?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/5549503514256602552/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=5549503514256602552' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/5549503514256602552'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/5549503514256602552'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/11/40-lat-pyty-bez-tytuu.html' title='40 lat płyty bez tytułu'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/--fGiu4fylfA/TrlWrsonRsI/AAAAAAAADrE/RsjkJDAWGx4/s72-c/zoso.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-476248403591653900</id><published>2011-11-06T19:55:00.006+01:00</published><updated>2011-11-07T12:37:02.943+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bizon'/><title type='text'>Lunatic Soul - Impressions, czyli instrukcja w ośmiu częściach o tym, jak zrobić dobre wrażenie</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Po miesiącach zapowiedzi i kilku tygodniach oczekiwania, aż nieco spóźnione egzemplarze pojawią się w końcu na sklepowych półkach w Polsce, ukazała się płyta &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Impressions&lt;/span&gt; projektu &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Lunatic Soul&lt;/span&gt;. Znawcom tematu przedstawiać zapewne nie trzeba – &lt;a href="http://musihilation.blogspot.com/2011/07/lunatic-soul-czyli-sciezka-dzwiekowa-do.html"&gt;jak już pisaliśmy jakiś czas temu&lt;/a&gt;, Lunatic Soul to projekt &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mariusza Dudy&lt;/span&gt;, na co dzień kojarzonego przede wszystkim z formacją &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Riverside&lt;/span&gt;, której jest liderem, basistą, wokalistą i głównym kompozytorem. Często bywa tak, że muzycy znanych zespołów nagrywają sobie na boku i wychodzi im z tego gorsza kopia dokonań macierzystych grup. Nic takiego nie ma jednak miejsca w przypadku Dudy i Lunatic Soul. Po pierwsze dlatego, że muzyka na płytach tego projektu jest drastycznie wręcz inna od tego, co Duda nagrywa z kolegami z Riverside, po drugie zaś, w żadnym wypadku nie jest to gorsza kopia czegokolwiek. Dwie pierwsze płyty Lunatic Soul, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Czarna&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Biała&lt;/span&gt; zwróciły uwagę muzycznego świata na tę zdecydowanie mniej rockową część osobowości muzyka, a także odsłoniły jego zamiłowanie do dźwiękowych eksperymentów, muzycznych przestrzeni i flirtów zarówno z muzyką ambientową, jak i z niecodziennym instrumentarium.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwie pierwsze płyty, które stanowiły dwie części jednej opowieści, dość nieoczekiwanie zostały uzupełnione płytą trzecią, mocno nawiązującą do poprzedniczek i będącą niejako ich uzupełnieniem. Jak zapewniał w wywiadach sam twórca, to nie jest płyta z odrzutami, ale z pomysłami, które z różnych przyczyn nie weszły na poprzednie krążki. Jest to w pewnym sensie ścieżka dźwiękowa do opowieści z poprzednich dwóch płyt. Nie są to nieskończone albo niewykorzystane dema. To pełnoprawne utwory, nagrane w tym roku na nowo, bazujące na pomysłach z poprzednich sesji, które nie znalazły w takiej formie miejsca na tamtych wydawnictwach. Początkowo miały zostać wydane jako bonusy do wznowień &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Czarnej&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Białej&lt;/span&gt; płyty, zadecydowano jednak, że materiał jest na tyle dobry i jest go na tyle dużo, że warto jednak pokusić się o osobne wydawnictwo. I przyznać muszę, że był to strzał w dziesiątkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To, co natychmiast rzuca się w oczy, a raczej w uszy, &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-XBhEccC9HF8/TrbbVSDD5nI/AAAAAAAADq4/taa4mEjragg/s1600/lsflt_300.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 300px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-XBhEccC9HF8/TrbbVSDD5nI/AAAAAAAADq4/taa4mEjragg/s320/lsflt_300.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5671961939388130930" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;to różnorodność muzycznych klimatów. Owszem, wszystkie utwory mają to „coś”, co jest bardzo charakterystyczne dla muzyki Lunatic Soul, jednak mnogość użytych motywów i instrumentów sprawia, że ani przez moment muzyka zawarta na płycie nie staje się monotonna. Mamy więc utwory dość surowe w aranżu i w pewnym sensie chłodne, jak choćby &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Impression I&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Impression V&lt;/span&gt;, które zahaczają nawet o klimaty ambientowo-elektroniczne. Mamy też kompozycje nieco bardziej „piosenkowe”, jak &lt;span style="font-style: italic;"&gt;II&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;IV&lt;/span&gt;, gdzie, zwłaszcza w tej drugiej, mimo braku słów, niemal czuć jakąś opowieść... a może to zasługa odgłosów morza i przewracanych kartek książki? Najbardziej niezwykłym brzmieniowo utworem na płycie jest chyba &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Impression VI&lt;/span&gt; – świetnie użyte dzwonki (zwane u nas często błędnie cymbałkami), bardzo w klimacie drugiej płyty. Echa Clannadowe gdzieniegdzie, wkrótce ustępują dość nieoczekiwanie klawiszom i smyczkom, które dominują w drugiej części kompozycji. Sielska atmosfera zmienia się w dość złowieszczy, niemal post-apokaliptyczny klimat. Czegoś takiego na żadnej płycie Lunatic Soul nie mieliśmy. Intensywność dźwiękowa przy wykorzystaniu bardzo niewielu instrumentów. Jest to pójście w zupełnie nowym kierunku. Musze przyznać, powiało grozą. Z kolei w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Impression VIII&lt;/span&gt;, na zakończenie zasadniczej części płyty, powraca dawno nieobecny (od utworu numer &lt;span style="font-style: italic;"&gt;II&lt;/span&gt;) fortepian z motywem, który wydaje się jakby znajomy i choć nie jestem w stanie w tej chwili rzucić konkretnym tytułem, to pewnie byłbym w stanie być może nieco nierozważnie zaryzykować poświecenie jakiejś mało istotnej części ciała, stawiając na to, że ten fortepianowy motyw już gdzieś w historii Lunatic Soul się pojawił. Refleksyjne, melancholijne i mocno jesienne zakończenie płyty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na dokładkę dwa remiksy utworów z poprzednich płyt, które, mówiąc szczerze, są najmniej przekonujące na całym albumie. Nie, żeby były słabe. Obie kompozycje to naprawdę ciekawe i dobrze zrobione wersje świetnych oryginałów. Problem w tym, że po ponad 40 minutach pięknych pejzaży i historii opowiedzianych bez użycia słów, pojawienie się wokali w tych nowych aranżacjach &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Gravestone Hill&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Summerland&lt;/span&gt; po prostu burzy nieco klimat. Jest to jednak w zasadzie jedyne zastrzeżenie odnośnie tej płyty, a i ten minus można łatwo zignorować, zwłaszcza, że wspomniane kompozycje umieszczone zostały jedynie na wersji kompaktowej &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Impressions&lt;/span&gt;. Na winylu album kończy się po &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ósmej Impresji&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Brak wokali jest tu, według mnie, olbrzymim plusem, bo, choć zaliczam się do fanów Mariusza Dudy – wokalisty niemal w takim samym stopniu, jak Mariusza Dudy – basisty i kompozytora, to jednak brak wokali pozwala wsłuchać się w każdą nutę i każdy dźwięk w tle. Tu nie ma dźwięków niepotrzebnych. Mimo, że większość utworów oparta jest na jakimś jednym konkretnym motywie, to poprzez intensyfikację doznań dźwiękowych i sprawne  aranżowanie tła, nie stają się one monotonne. Fani Riverside, którzy byli do Lunatic Soul dość sceptycznie nastawieni i nie za bardzo potrafią się odnaleźć w takiej stylistyce, powinni trzymać się od tej płyty z daleka, bo w zasadzie nic tu dla siebie nie znajdą. Jednak miłośnicy dwóch poprzednich albumów LS będą zachwyceni. Ta płyta jest dużo mniej przystępna od &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Czarnej&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Białej&lt;/span&gt; choćby przez to, że nie ma tu żadnych słów, a i konstrukcja utworów jest w większości mniej tradycyjna. Nie powinno to jednak zniechęcać do poznania &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Impressions&lt;/span&gt;. W końcu nie jest to muzyka, której targetem są fani nieskomplikowanych młócek, mordujących nasze uszy w niemal każdej stacji radiowej i telewizyjnej. To twórczość przeznaczona dla ludzi nieco bardziej otwartych na muzyczne eksperymenty i na wieczne poszukiwania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;okładka pochodzi z &lt;/span&gt;&lt;a style="font-style: italic;" href="http://lunaticsoul.com/pl/"&gt;oficjalnej strony Lunatic Soul&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-476248403591653900?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/476248403591653900/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=476248403591653900' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/476248403591653900'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/476248403591653900'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/11/lunatic-soul-impressions-czyli-opowiesc.html' title='Lunatic Soul - Impressions, czyli instrukcja w ośmiu częściach o tym, jak zrobić dobre wrażenie'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-XBhEccC9HF8/TrbbVSDD5nI/AAAAAAAADq4/taa4mEjragg/s72-c/lsflt_300.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-7555917736198494220</id><published>2011-11-02T10:41:00.004+01:00</published><updated>2011-12-04T19:34:54.464+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Coma - czerwony album</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-uvsPDjT8s-I/TrERwG9OVWI/AAAAAAAAG6M/dzCnyDcVg6c/s1600/okladka.jpeg" onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 288px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-uvsPDjT8s-I/TrERwG9OVWI/AAAAAAAAG6M/dzCnyDcVg6c/s320/okladka.jpeg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5670332924034962786" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nowe wydawnictwo łódzkiego zespołu &lt;b&gt;Coma&lt;/b&gt;, właśnie trafiło na półki sklepowe. Płyta nie posiada tytułu, lecz fani, sugerując się okładką, od razu okrzyknęli ją „czerwonym albumem”. To siódmy krążek zespołu, a zarazem czwarty, pełnoprawny album, nie licząc wydawnictw koncertowych i hybrydy &lt;i&gt;Excess&lt;/i&gt;. Aby móc obiektywnie ocenić muzykę zebraną na „czerwonym albumie” należy wyjaśnić, szczególnie osobom, dla których będzie to pierwsze spotkanie z Comą, na czym polega fenomen tego zespołu.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Początek XXI. wieku dla polskiej muzyki rockowej był dość drętwym okresem. Jedynie kilka kapel, o ugruntowanej pozycji, serwowało kolejne wydawnictwa. Był to okres szału związanego ze &lt;b&gt;Sweet Noise&lt;/b&gt; i początek gorączki zwanej&lt;b&gt; Hunter&lt;/b&gt;, oraz kontynuacje dzieła &lt;b&gt;Acid Drinkers&lt;/b&gt; czy &lt;b&gt;Kazika&lt;/b&gt;.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na koncertach wymienionych wyżej kapel, raz po raz, w roli suportu, pojawiał się młody łódzki zespół odstający stylistycznie od pozostałych. Nie wszystkim się to początkowo podobało. Nieco „ugrzeczniona” wersja Sweet Noise, z bardziej wyrafinowanymi melodiami gitarowymi, rozbudowaną warstwą tekstową zahaczającą o poezję śpiewaną, bardzo wyrazistym wokalistą, który z czasem urósł do roli lidera zespołu.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Gdybym miał ocenić skąd wziął się ogólnopolski sukces późniejszej Comy, pomijając coraz lepszą muzykę, to na pierwszym miejscu postawiłbym konsekwentne koncertowanie w całej Polsce. To jeden z niewielu zespołów, który rzeczywiście, bez wsparcia dużych wytwórni wypracował sobie markę wśród publiczności zanim jeszcze wydał pierwszą płytę. Swego czasu w 2004 roku na koncert Comy do klubu, do którego przychodziło średnio 100 osób, potrafiło stawić się 10 razy więcej.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Popularność zespołu szybko została zauważona przez wytwórnię Sony BMG Poland, która zainwestowała w zespół i wystrzeliła go na wyżyny popularności w Polsce. Jak ta szansa została wykorzystana przez zespół? Poczynając od maja 2004. roku, zespół co 2 lata wydawał kolejne albumy studyjne, rozpoczynając od płyty &lt;i&gt;Pierwsze wyjście z mroku&lt;/i&gt; poprzez najlepszy w mojej ocenie album &lt;i&gt;Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków&lt;/i&gt; a dochodząc w 2008 do potężnego, koncepcyjnego, dwupłytowego wydawnictwa &lt;i&gt;Hipertrofia&lt;/i&gt;. Pomiędzy kolejnymi albumami zespół intensywnie koncertował, zagrał na wszystkich największych festiwalach muzycznych w Polsce i osiągnął wszystko, co można osiągnąć na polskiej scenie – dalej sięga tylko muzyka pop.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Co się stało po 2008 roku trudno jest mi wyjaśnić. Co prawda zespół nadal był obecny w muzycznym półświatku, odebrał kolejnego Fryderyka itd. natomiast niejako ustała kreatywność muzyków. Dochodziły do mnie wiadomości o kolejnych zamierzeniach Comy odnośnie wydania pierwszego anglojęzycznego albumu (&lt;i&gt;Excess&lt;/i&gt;) , który miał „zawojować” świat, a w efekcie był po prostu przeróbką &lt;i&gt;Hipertrofii&lt;/i&gt;. Okazało się, że to właśnie w polskich tekstach kryła się siła Comy, a Excess zupełnie poległ za granicą, gdyż podobnej muzyki jest na świecie multum.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zamiast wyciągnąć wnioski z oczywistej porażki płyty &lt;i&gt;Excess&lt;/i&gt; i zabrać się za pisanie nowych kawałków na nową płytę, Coma skupiła się na nagrywaniu płyt koncertowych, jednej zatytułowanej po prostu &lt;i&gt;Live&lt;/i&gt;, a drugiej z orkiestrą symfoniczną. Nie ukrywam, że miło było posłuchać jeszcze raz wszystkich ulubionych utworów w nieco innym sosie, ale brak nowego albumu doskwierał przez kolejne miesiące. Udział lidera zespołu&lt;b&gt; Piotra Roguckiego&lt;/b&gt; w pobocznych projektach, rola w filmie &lt;i&gt;Skrzydlate Świnie&lt;/i&gt; oraz solowy epizod w postaci płyty &lt;i&gt;Loki – wizja dźwięku&lt;/i&gt; jeszcze bardziej opóźniały premierę nowego albumu. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Trafił on w końcu do sprzedaży 17. października i od tamtej pory słucham go kilka razy dziennie. Pierwsze wrażenie, po odsłuchaniu jeszcze w samochodzie, było raczej negatywne. Czekając na sięgnięcie dalej niż zaprowadziła nas &lt;i&gt;Hipertrofia&lt;/i&gt; trochę się zawiodłem, ale nie na tyle, by odłożyć płytę na półkę. Wszystko jest nieco uproszczone w stosunku do wcześniejszych albumów. Jakby Rogucki i spółka liczyli, że co drugi kawałek będzie radiowym hitem, nuconym przez tysiące nastoletnich fanów. Utwory są średnio o połowę krótsze, niż to bywało wcześniej, co dodatkowo potęguje uczucie prostoty w stylu zwrotka, refren, zwrotka, refren i koniec. Całość ratuje genialna produkcja, która nadaje mocy kompozycjom. Bas jest niezwykle wyraźny i dobrze pracuje z nieco progresywną perkusją, choć tą akurat na miejscu masteringowca bym trochę jeszcze podgłosił. Co pozostało niezmiennie dobre to oczywiście teksty i wokal Roguckiego, w kolejności najpierw wokal potem teksty, gdyż bywały lepsze. Na pewno materiałem na hit jest &lt;i&gt;Deszczowa piosenka&lt;/i&gt;, która przynajmniej w Łodzi będzie jednym z najbardziej popularnych kawałków, gdyż traktuje o tym właśnie mieście. Żeby nie nastrajać potencjalnego słuchacza negatywnie, aby doszukać się na płycie bardziej ambitnych utworów, do jakich przyzwyczaiła nas Coma, musimy po prostu bazować na dłuższych utworach, każdy z tych powyżej 5. minut niesie w sobie więcej energii i przekazu znanego z płyty &lt;i&gt;Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków&lt;/i&gt;.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Najwyżej kompozycyjnie, tekstowo i wokalnie oceniam utwory &lt;i&gt;0Rh+&lt;/i&gt; oraz &lt;i&gt;Rudy&lt;/i&gt;.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wokalnie genialnie wypada też wolny, na wpół akustyczny, &lt;i&gt;Los cebula i krokodyle łzy&lt;/i&gt;. Już słyszę, jak będzie on odśpiewywany przez publiczność na koncertach.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jeśli już o koncertach mowa to w tej chwili Coma jest w trakcie ogólnopolskiej trasy promującej „czerwony album”. Pierwsze relacje od znajomych którzy wybrali się na koncerty, są bardzo pozytywne. Ciekawie prezentuje się image sceniczny zespołu spójny z tym co widzimy na okładce. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dla łódzkiej publiczności Coma zagra w łódzkiej &lt;b&gt;Wytwórni&lt;/b&gt; 4 grudnia, więc będzie okazja przekonać się, jak nowe kawałki wypadają w wersji live.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;/ Sauteneron&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-7555917736198494220?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/7555917736198494220/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=7555917736198494220' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/7555917736198494220'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/7555917736198494220'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/11/coma-czerwony-album.html' title='Coma - czerwony album'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-uvsPDjT8s-I/TrERwG9OVWI/AAAAAAAAG6M/dzCnyDcVg6c/s72-c/okladka.jpeg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-1327757908607508466</id><published>2011-10-29T23:59:00.004+02:00</published><updated>2011-10-31T13:24:46.568+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Dream Theater - A Dramatic Turn of Events, runda druga.</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-AoZbwNKaVw8/Tq6S36qiJII/AAAAAAAAG6A/mwvhyYT4ptE/s1600/cover.jpg" onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-AoZbwNKaVw8/Tq6S36qiJII/AAAAAAAAG6A/mwvhyYT4ptE/s320/cover.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5669630470244148354" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;W dniu premiery nowej płyty &lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Dream Theater&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;, &lt;/span&gt;&lt;a style="font-style: italic;" href="http://musihilation.blogspot.com/2011/09/gdzies-to-juz-syszaem-czyli-nowa-pyta.html"&gt;opublikowaliśmy jej recenzję&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;, która wyszła spod palców (a raczej klawiatury) jednego z autorów &lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Musihilation&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;. Dziś runda druga, czyli spojrzenie na ten sam krążek oczami i uszami innego słuchacza. Nie da się bowiem ukryć, ze płyta ta narobiła na tyle dużo zamieszania w świecie muzyki rockowej i metalowej, że warto przedstawić różne punkty widzenia i, przede wszystkim, słyszenia.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mniej więcej co dwa lata, fani progresywnego rocka spod znaku Dream Theater mają okazję do szczególnego świętowania, gdyż w niemal równych, właśnie dwuletnich odstępach czasu, pojawia się nowe wydawnictwo Amerykanów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nigdy jednak z ukazaniem się nowej płyty Dream Theater nie wiązało się tyle niepewności, czy wręcz atmosfery skandalu jak w przypadku &lt;span style="font-style: italic;"&gt;A Dramatic Turn of Events&lt;/span&gt;, która niedawno trafiła do sklepów. Spowodowane było to niespodziewanym odejściem w 2010 roku perkusisty &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mike’a Portnoya&lt;/span&gt;, założyciela tej kapeli, którego styl gry był zawsze najbardziej charakterystycznym elementem muzyki grupy. 25 lat nieprzerwanego grania z zespołem, wywołało u Mike’a syndrom wypalenia zawodowego. Jak sam stwierdził, chciał tymczasowo zawiesić działalność zespołu i złapać drugi oddech, udzielając się w innych zespołach, z którymi również zaczął odnosić sukcesy. To właśnie grając przez ostatni rok z &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Hail&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Transatlantic&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Avenged Sevenfold&lt;/span&gt;, Portnoy zauważył, że sprawia mu to więcej przyjemności i lepiej dogaduje się z muzykami wymienionych kapel, niż z tymi ze swojej rodzimej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Reszta zespołu, do końca poświęcona Dream Theater, nie przyjęła pozytywnie pomysłu o zawieszeniu działalności, tym bardziej, że plany wydania nowej płyty były już bardzo zaawansowane.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Panowie pożegnali się więc, ku zaskoczeniu całego świata muzycznego. Na wolny wakat perkusisty, zgłosił się &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mike Mangini&lt;/span&gt;, znany chociażby z grupy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Annihilator&lt;/span&gt;. Przejęcie pałeczki (a nawet dwóch, perkusyjnych) po Portnoyu to nie zabawa dla mięczaków. Rock progresywny i to na dodatek w wykonaniu Dream Theater, to jeden z najbardziej wymagających technicznie gatunków muzyki. Łamane rytmy, niesztampowe rozwiązania, czasami czysta improwizacja i to wszystko na dodatek w dość szybkich tempach, do jakich przyzwyczaił nas Portnoy, to bardzo wysoko zawieszona poprzeczka. Mangini zna jednak swoje umiejętności, gdyż początkowo grał wszelkie odmiany jazzu, a potem w speed-thrashowym Annihilatorze doskonalił warsztat „szybkogracza”. Czy się sprawdził? O tym za chwilę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na płytę &lt;span style="font-style: italic;"&gt;A Dramatic Turn of Events&lt;/span&gt; składa się dziewięć utworów o łącznej długości prawie osiemdziesięciu minut. Jak zawsze w przypadku Dream Theater, możemy liczyć na długie, skomplikowane kompozycje nie pozbawione metalowego pazura, wychodzącego przy każdym riffie genialnego gitarzysty i głównego kompozytora &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Johna Petrucci’ego&lt;/span&gt;. To właśnie niesamowite kompozycje melodyczne połączone z agresywnym brzmieniem 7-strunowych gitar Petrucciego są jednym z kilku znaków rozpoznawczych każdej płyty Dream Theater. Drugim takim elementem są klawisze &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Jordana Rudessa&lt;/span&gt;, których na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;A Dramatic Turn of Events&lt;/span&gt; jest jakby więcej niż na wcześniejszych wydawnictwach. Każdy z utworów jest nimi przepełniony do cna. Widać, że po odejściu Portnoya nie tylko perkusja uległa zmianie. Jeśli chodzi o pracę instrumentów klawiszowych, to akurat one działają na plus całokształtu, dodając więcej klasycznej progresji w stylu lat 80-tych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak to przeważnie bywa na albumach Dream Theater, zachowany jest idealny balans miedzy szybszymi partiami i całymi utworami, a wolnymi, wręcz balladowymi kawałkami, w których na pierwszy plan wychodzi cudowny wokal &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Jamesa LaBrie&lt;/span&gt;. Co ciekawe, te wolniejsze kompozycje zawsze są nieco krótsze, gdyż stanowią raczej funkcję przerywników do zaczerpnięcia tchu i oczyszczenia umysłu przed kolejnym ponad dziesięciominutowym pojedynkiem między Petruccim, a Rudessem. Na chwilę obecną, moim faworytem jest utwór &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Outcry&lt;/span&gt;, który ma najwięcej wspólnego z takim Dream Theater, jakie uwielbiam. To właśnie w tym kawałku zawarta jest cała esencja tego, jak ewoluował rock progresywny i czym jest w chwili obecnej. Genialna praca basu &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Johna Myunga&lt;/span&gt; w połączeniu ze wspomnianymi wcześniej wirtuozami gitary i klawiszy oraz symbolicznym wokalem LaBrie robi niesamowite wrażenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobnie jak utwór &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Breaking All Illusions&lt;/span&gt; - to aż dwanaście i pół minuty praktycznie nieprzerwanej jatki gitarowo – klawiszowej, której dostarczyć może tylko duet Portnoy &amp;amp; Rudess.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając do perkusji, niestety muszę się wypowiedzieć mniej pozytywnie. Oczywiście, nie biorąc pod uwagę, tego jak grał Portnoy, można by stwierdzić, że jest dobrze. Dynamiczna, wpadająca w ucho, stanowiąca jedną całość z melodią, dobrze zrealizowana i nagrana, ale jednocześnie do cna przewidywalna, co wcześniej nie miało miejsca. Słuchając wcześniejszych dokonań Dream Theater, czasami musiałem cofać utwór i analizować sekunda po sekundzie – jak ten Portnoy to w ogóle zagrał mając tylko dwie ręce? Niekonwencjonalne, arcymistrzowskie zagrywki tego, w mojej ocenie, najlepszego perkusisty świata były przysłowiową wisienką na torcie w muzyce Dream Theater. Bez Mike’a Portnoya to nadal bardzo dobry zespół, nadal czołówka światowa i myślę, że nowemu perkusiście należy dać trochę więcej czasu, gdyż i tak zrobił wiele. Zobaczymy… za dwa lata, przy następnym albumie. Sprawność koncertową Manginiego mogliśmy ocenić już w lipcu tego roku. Będziemy mogli zrobić to ponownie już w styczniu 2012 , gdyż zespół potwierdził już pierwsze daty swojej przyszłorocznej trasy koncertowej i nie zabrakło wśród nich również koncertu w Polsce. 29 stycznia w poznańskiej hali Arena amerykanie zagrają wraz z &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Periphery&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;/Sauteneron&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-1327757908607508466?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/1327757908607508466/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=1327757908607508466' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1327757908607508466'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1327757908607508466'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/10/dream-theater-dramatic-turn-of-events.html' title='Dream Theater - A Dramatic Turn of Events, runda druga.'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-AoZbwNKaVw8/Tq6S36qiJII/AAAAAAAAG6A/mwvhyYT4ptE/s72-c/cover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-7414724611500270359</id><published>2011-10-25T09:11:00.004+02:00</published><updated>2011-10-25T09:20:39.921+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Closterkeller - Bordeaux</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-vSUH0sbzAOc/TqZiu8SACTI/AAAAAAAAG5w/Xwf7EtP31ww/s1600/bordeaux.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 320px; height: 286px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-vSUH0sbzAOc/TqZiu8SACTI/AAAAAAAAG5w/Xwf7EtP31ww/s320/bordeaux.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5667325739687479602" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Najnowszy album &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Closterkeller&lt;/span&gt;, wydany 16. września &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Bordeaux&lt;/span&gt;, to druga płyta z gitarzystą &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mariuszem Kumalą&lt;/span&gt; w składzie. O ile &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Aurum&lt;/span&gt; był w dużej mierze albumem brzmiącym jak klasyczne wydawnictwa tego zespołu, to &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Bordeaux &lt;/span&gt;jest znacznie bardziej eksperymentalnym dziełem. Szczególnie może zaskoczyć to osoby sceptycznie nastawione do grupy dowodzonej przez Anję Orthodox, jak i w ogóle do formacji kojarzonych z rockiem gotyckim.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Przede wszystkim więcej tutaj nietypowych jak na Closterkeller zagrywek gitarowych, co jest rzecz jasna zasługą gitarzysty, który już na dobre zaaklimatyzował się w kapeli. Dotyczy to zarówno riffów (kaczka i lekki przester w zwrotce &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Alarmu&lt;/span&gt; – prosty efekt i efektowne wykorzystanie; „rozmawiająca” z wokalistką gitara w refrenie tego samego utworu; melodyjny riff w utworze tytułowym), jak i solówek (z gatunku nieprzewidywalnych, nierzadko pobrzmiewających psychodelicznie). Poza tym, tradycyjnie, pomimo spójności całego materiału, stylistycznie jest dość różnorodnie.  Interesująco jest zwłaszcza wtedy, gdy gitarom ustępują instrumenty klawiszowe, wspomagane tylko sekcją rytmiczną – jak w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Pryzmacie&lt;/span&gt;, gdzie klasycyzujący klimat przerywają mocne, iście metalowe riffy i niesztampowe solo. Tak, jakby muzycy zainspirowali się twórczością szwajcarskiego duetu&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; Lacrimosa&lt;/span&gt;. Za nowość można uznać aranżację ostatniej kompozycji – &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jak łzy w deszczu&lt;/span&gt;, prowadzonej przez syntezatorowy puls i jedynie ubarwionej delikatnymi dźwiękami gitary elektrycznej. Lekko, niemalże poprockowo brzmi utwór wybrany na pierwszy singiel z płyty, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Bez odwrotu&lt;/span&gt;. Nie jest to na szczęście przesłodzona lekkość, chociaż ten kawałek z powodzeniem poradziłby sobie w mainstreamowym radiu. Bardzo pozytywny klimat, zarówno lirycznie jak i muzycznie, niesie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Abracadabra&lt;/span&gt;, ze świetnie brzmiącymi chórkami. Poza tym, słuchając &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Bordeaux&lt;/span&gt;, natknąć się możemy na klimaty inspirowane doom metalem (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Kręgi czerwone&lt;/span&gt;) czy, jak wyżej wspomniałem – psychodelią; szczególnie słychać to w najcięższym na krążku &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tyziphone&lt;/span&gt;, który jednocześnie jest według mnie jednym z najbardziej udanych numerów w zestawie. W tej kompozycji udało się zmieścić dwa kapitalne riffy, lekko psychodeliczny w zwrotce i miażdżący w refrenie – efekt, w połączeniu z „wojowniczym” tekstem, genialny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tradycją niemalże stała się długość płyt Closterkeller – i jest to jedyna rzecz, na jaką prawie zawsze narzekam w przypadku tego zespołu. Gdyby wyciąć kilka minut, byłoby – przynajmniej dla mnie – w sam raz; pozbyłbym się utworu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Serce&lt;/span&gt;, który, chociaż niezły, w porównaniu do reszty kompozycji jest trochę nużący. Mimo to, w osobistym rankingu mogę uznać &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Bordeaux&lt;/span&gt; za najlepszą płytę Clostera od &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Graphite&lt;/span&gt;. Porywa i wciąga coraz bardziej przy każdym przesłuchaniu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;/B0UNCE&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-7414724611500270359?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/7414724611500270359/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=7414724611500270359' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/7414724611500270359'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/7414724611500270359'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/10/closterkeller-bordeaux.html' title='Closterkeller - Bordeaux'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-vSUH0sbzAOc/TqZiu8SACTI/AAAAAAAAG5w/Xwf7EtP31ww/s72-c/bordeaux.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-229925270494240502</id><published>2011-10-20T08:00:00.001+02:00</published><updated>2011-10-20T08:00:02.952+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='LIVE'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='TNT'/><title type='text'>Event Horizon Festival 2011 w Atlas Arena</title><content type='html'>Wieści o &lt;a href="http://www.eventhorizon.com.pl/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Event Horizon Festival&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; dotarły do mnie już w czerwcu tego roku, ale cena i rodzaj kapel, które miały się tam zaprezentować, poza jedną, nie wzbudziły mojego entuzjazmu. Jednak im bliżej 15. października, tym częściej zastanawiałam się, co tu zrobić, żeby jednak się tam pojawić, a to ze względu na świeżą dość, w moim przypadku, fascynację Dezerterem. Tak mocno zapragnęłam szybko zobaczyć zespół na żywo, że gotowa byłam czatować pod &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Atlas Areną&lt;/span&gt; na tzw. "konika", który zechce po okazyjnej cenie odsprzedać bilet. Ale los się do mnie uśmiechnął i dane mi było, w zacnym towarzystwie, zobaczyć występy niemal wszystkich kapel tego wieczoru.&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Warto wspomnieć, że była to już druga odsłona festiwalu, organizowanego przez łódzki klub &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;D&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;ekompresja&lt;/span&gt;. Poprzednią edycję uświetniło m.in. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Myslovitz&lt;/span&gt; oraz &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dżem&lt;/span&gt;. Event Horizon Festival ma na celu odtworzenie rockowego obrazu Łodzi, miasta, gdzie ponad 25 lat temu odbywał się festiwal &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rockowisko&lt;/span&gt;. Nieśmiała próba reanimacji tego typu imprezy, odbyła się w roku 2005. W starej, wysłużonej &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Hali Sportowej&lt;/span&gt;, gdzie grali za zamierzchłych – dla niektórych – czasów chociażby tacy giganci jak &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Iron Maiden&lt;/span&gt; (tak, tak...), zagrała śmietanka polskiej sceny rockowej:&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; TSA&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dżem&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Armia&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;KSU&lt;/span&gt;. Niestety, impreza miała tylko jedną edycję, a Rockowisko nie powróciło na stałe do kalendarza łódzkich imprez muzycznych. Teraz postawiono na rozmach i to nie byle gdzie, bo na lokalizację koncertów wybrano Atlas Arenę – największą halę sportowo-widowiskową w środkowej Polsce. Tutaj zagrały już takie tuzy jak &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Slayer&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Megadeth&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Depeche Mode&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Roger Waters&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rammstein&lt;/span&gt;, a niedługo pojawią się także &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Sade&lt;/span&gt; czy bożyszcze nastolatków – &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Jared Leto&lt;/span&gt; ze swoim&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; 30 Seconds To Mars&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyznam, że z niemałym niepokojem&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-iG6QexnTpKY/Tp23Hf_lxRI/AAAAAAAAG4Q/m9bnIYflE3g/s1600/PICT%2B551.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 402px; height: 267px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-iG6QexnTpKY/Tp23Hf_lxRI/AAAAAAAAG4Q/m9bnIYflE3g/s200/PICT%2B551.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5664885245777134866" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; myślałam o rozmachu imprezy. Obiekt wydawał mi się na to zbyt wielki, a cena nieco zniechęcająca. Jak się okazało, nie doceniałam fanów &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Pidżamy Porno&lt;/span&gt;, którzy tłumnie zjechali się z najdalszych zakątków kraju zapełniając Atlas Arenę.&lt;br /&gt;Bardzo prędko, bo już przy wejściu na teren Atlasu, okazało się, że mamy do czynienia z naprawdę ważnym wydarzeniem. Ogromne kolejki, duże zainteresowanie piwem usytuowanym poza Areną, kolejki do szatni, do ubikacji, do sklepiku z gadżetami... Przez moment czułam się jak na Woodstocku, gdzie od kilku lat niekończące się ogonki do wszystkiego są na porządku dziennym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale przejdźmy do tego, co nas wszystkich najbardziej interesowało, czyli do muzyki. Jako reprezentantka starszej gwardii (jak się okazało, jest to możliwe), czułam się na EHF momentami mocno nieswojo, ze względu na przedział wiekowy. Ale był to czynnik łatwy do przewidzenia. Nie przewidziałam natomiast tego, że tak poważnie zestarzały się moje gusta i dziś trudno przychodzi słuchanie Pidżamy czy Hurtu, który nie brzmi już tak, jak dawniej. Tak czy owak, postawiłam sobie za punkt honoru dotrwać do końca. I choć nie do końca się to udało, cieszę się, że mogłam tam być i widzieć Atlas pełen młodzieży szalejącej, kochającej muzykę, bawiącej się i roześmianej. Warto było.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Hurt&lt;/span&gt; – szczerze mówiąc koncert widziałam dopiero od pewnego momentu, jednak nie poruszył mnie nijak. Według mnie niewiele ów występ różnił się od grającego jakiś czas później &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Happysad&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;Całkiem nieźle wypadło &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Akurat&lt;/span&gt;. Tekstowo było znacznie lepiej i mniej banalnie muzycznie, choć to przecież klimaty pokrewne. Mimo, iż nie pałam miłością ani nawet sympatią do tej formacji, słuchało się przyjemnie. I oglądało z pozycji godnej zgreda (czyt. sektor J) – także. Miło było usłyszeć parę utworów kojarzących się z latami największej, licealnej rozpusty i śmierdzącymi winem prywatkami. Zrobiło się więc nieco nostalgicznie. Całkiem niepotrzebnie, bo jak się okazało, za chwilę miał nastąpić najmocniejszy punkt programu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-TIAvxVKzrfU/Tp24DIUBVtI/AAAAAAAAG4c/kn6JurSfjHc/s1600/2_filtered.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 376px; height: 242px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-TIAvxVKzrfU/Tp24DIUBVtI/AAAAAAAAG4c/kn6JurSfjHc/s320/2_filtered.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5664886270212527826" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;I jednocześnie wielkie nieporozumienie – jak to!? &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dezerter&lt;/span&gt;, legenda, ikona, kult, PRZED Happysad!? Taki zabieg spowodował zwiększenie motywacji do intensywnej zabawy i zagonił całe nasze towarzystwo do podscenicznego młynu. Jak się zresztą później okazało, zabawa podnieconych fanów kapeli grającej bez mała 30 lat, skończyła się zmniejszeniem fosy odgradzającej scenę. Setlista zawierała sporo utworów z ostatniego albumu –&lt;span style="font-style: italic;"&gt; Prawo do bycia&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;idiotą&lt;/span&gt; (2010), ale także nieodzowne klasyki, takie jak &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dezerter, XXI wiek, Zmiany, Choroba, Brzydkie słowa, Spytaj milicjanta&lt;/span&gt; (a właściwie –&lt;span style="font-style: italic;"&gt; policjanta&lt;/span&gt;), &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dla zysku, Chrystus na defiladzie, Plakat&lt;/span&gt;. Niestety nie pojawiła się, wywoływana wielokrotnie, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Polska złota młodzież&lt;/span&gt;, ale setlista i tak była bogata i nie pozwalała na chwilę wytchnienia. Tak stare, jak i nowe kompozycje zabrzmiały fenomenalnie, a nogi same rwały się do tańca, a gardła nie oszczędzał chyba żaden fan Dezertera. Był to bezapelacyjnie najlepszy koncert tego wieczoru. Pozbawiony zbędnych gadek, zapełniających czas, który został wykorzystany do maksimum. Nastąpił także pierwszy tego wieczoru (chyba, że się mylę?) bis, oraz "100 lat" dla kapeli odśpiewane na sam koniec koncertu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Happysad postawił na set "debeściacki", więc pojawiły się głównie przeboje, znane i pamiętane przeze mnie z czasów starego klubu Dekompresja i płyt przegrywanych na rzadkich wówczas nagrywarkach. To nawet i dobrze, bo, przyznam to bez bicia i zażenowania, od dawna nie śledzę już poczynań tego zespołu. I, jak się okazało, niewiele straciłam. Jedno zasługiwało na moją wytężoną uwagę – perkusista Happysad. Momentami sprawiał, że krew krążyła szybciej. Brawo!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jako ostatnia wystąpiła gwiazda wieczoru, która, jak na gwiazdę przystało, kazała na siebie czekać. Siedzieliśmy więc na podłodze upstrzonej papierowymi cylindrami (bądź, jak kto woli – s z a p o k l a k a m i ) czekając, aż &lt;span style="font-style: italic;"&gt;monsieur&lt;/span&gt; &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Grabaż&lt;/span&gt; łaskawie wytoczy się na scenę. Kiedy się to stało, nie było wątpliwości – ten człowiek albo coś brał, albo wypił za dużo przed koncertem. Moje wspomnienia z "osiemnastki" Pidżamy, nie zawierały obrazu takiego wokalisty. Plotącego iście bzdetne teksty, pozbawione sensu i niepotrzebnie błazeńskie. Dorzućcie do tego zdecydowanie zbyt głośny wokal (aż trzeszczało w uszach) i niedbałe odegranie utworów, a wasza wizja tego koncertu może być mniej więcej pełna. &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-hZ4-Y9gBjuk/Tp24TApokJI/AAAAAAAAG4o/Nf3DOe4TWeM/s1600/5.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 320px; height: 214px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-hZ4-Y9gBjuk/Tp24TApokJI/AAAAAAAAG4o/Nf3DOe4TWeM/s320/5.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5664886543033602194" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Oczywiście, kiedy przestudiować listę utworów, zdecydowanie nie było banalnie, ani przesadnie wazeliniarsko z okazji "jedynego koncertu w roku". Ale cieszę się, że zespół Pidżama Porno zakończył działalność. Kiedy spojrzeć z perspektywy "nie-fana", koncert trudno opisać jako słuchalny i energiczny. Jedyne, co przychodzi mi teraz do głowy, to "przesadnie histeryczny", pełen głupawych anegdotek i prób zabawienia publiczności, która w tej sytuacji łyknęłaby wszystko. My jednak nie łyknęliśmy i – dla dotrwania do końca koncertu z bębenkami w "stanie przedeventowym" – wysłuchaliśmy części koncertu z wysokości sklepiku z gadżetami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co do samej organizacji, nie mogli na nią z pewnością narzekać ci, którzy wejściówki wygrali bądź wpisani byli na listę – stania w kilometrowej kolejce zaoszczędziły osobne wejścia. Jednak pozostałym serdecznie współczułam. Otwarcie jedynie 3 czy 4 bramek dla publiczności, to zdecydowanie za mało! Wspaniała ochrona – która absolutnie nie robiła problemu osobom chcącym dostać się z sektorów na płytę. Nie zawsze legalnie, ale udawało się to większości śmiałków. Być może to także przyczyniło się do zapełnienia płyty (sic!). Bo, co ważne i warte odnotowania, Atlas Arena była zdecydowanie bardziej zapełniona, niż podczas &lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;European Carnage Tour&lt;/span&gt;, gdy grali tam Slayer oraz Megadeth. Niestety, mam porównanie jedynie z tą imprezą, ale nagłośnienie także było godne. Oczywiście do momentu, kiedy do mikrofonu dopuszczono Grabaża. Szkoda, bo instrumenty brzmiały świetnie.&lt;span style="font-style: italic;"&gt;"Barierki pamiętające Breżniewa"&lt;/span&gt; także należałoby dopisać do minusów EHF.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-5TxJ5m1Ox1E/Tp241WEgLhI/AAAAAAAAG40/wRQQH-PW9fc/s1600/PICT%2B336.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 320px; height: 213px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-5TxJ5m1Ox1E/Tp241WEgLhI/AAAAAAAAG40/wRQQH-PW9fc/s320/PICT%2B336.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5664887132898995730" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Niemniej, czekam na kolejną edycję, ciekawi mnie, jaki skutek przyniesie ankieta zamieszczona na stronie organizatora, gdzie każdy mógł wytypować wykonawców, którzy zagrają na przyszłorocznym EHF. Czy także w Arenie? Przekonamy się, miejmy nadzieję już za rok. A póki co – należy cieszyć się, że takie inicjatywy znajdują poklask wśród słuchaczy muzyki z całego kraju, że Łódź pomału dźwiga się po latach muzycznej posuchy. Czekam na dalszy bieg wydarzeń i po raz kolejny powtarzam – chodźcie na koncerty, słuchajcie muzyki na żywo, bo jest to najlepsza forma poznania. I doznania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Zdjęcia dzięki uprzejmości &lt;/span&gt;&lt;a style="font-style: italic;" href="http://koncertywobiektywie.blogspot.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Leszka Ruska&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-229925270494240502?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/229925270494240502/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=229925270494240502' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/229925270494240502'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/229925270494240502'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/10/event-horizon-festival-2011-w-atlas.html' title='Event Horizon Festival 2011 w Atlas Arena'/><author><name>Żustin</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='28' src='http://3.bp.blogspot.com/-OzJ3o30n3iM/TqGI5d0us3I/AAAAAAAAG5A/VE56Sev8SN8/s220/urodiny%2B315.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-iG6QexnTpKY/Tp23Hf_lxRI/AAAAAAAAG4Q/m9bnIYflE3g/s72-c/PICT%2B551.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-8653678189238991536</id><published>2011-10-16T19:34:00.005+02:00</published><updated>2011-10-16T20:26:10.787+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bizon'/><title type='text'>Airbag - All Rights Removed (2011)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ledwie kilkanaście dni temu prezentowaliśmy Wam norweski zespół &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Airbag&lt;/span&gt; i jego pierwszą, wydaną w 2009 roku, płytę &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Identity&lt;/span&gt;. Pomyślałem wtedy, że skoro na dniach ma się ukazać drugi album tej formacji, to dobrze byłoby przed jego zrecenzowaniem przedstawić twórców i wspomnieć o debiucie, który był ze wszech miar udany. A potem pomyślałem, że może trochę jednak przeszarżowałem w zachwytach, bo jeśli &lt;span style="font-style: italic;"&gt;All Rights Removed&lt;/span&gt;, druga płyta zespołu, okaże się słabsza od poprzedniczki, to nie tylko będę rozczarowany, ale jeszcze w dodatku wyjdę na głupka, który piał z zachwytu nad zespołem, żeby po dwóch tygodniach zjadać własne słowa. Spieszę poinformować Szanownych Czytelników, że nic takiego jednak mieć miejsca nie będzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym miejscu muszą znaleźć się gorące &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-3xkZ9ySoz0M/TpsWuySvk6I/AAAAAAAADqs/ldZvUy4SKjw/s1600/airbag.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 300px; height: 176px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-3xkZ9ySoz0M/TpsWuySvk6I/AAAAAAAADqs/ldZvUy4SKjw/s320/airbag.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5664145949378712482" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;podziękowania dla zespołu Airbag, bo jednak zachowam twarz dzięki temu, że grupa nie tylko poszła za ciosem i nie spuściła z tonu, ale jeszcze do tego nagrała album, który przebija debiut nagromadzeniem emocji i muzyczną dojrzałością. Zaledwie sześć kompozycji i pięćdziesiąt minut muzyki. Już sam ten fakt sugeruje, że na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;All Rights Removed&lt;/span&gt; dominują formy nieco bardziej złożone, niż na debiucie. Przekonuje nas o tym już pierwszy utwór, dziewięciominutowy kawałek tytułowy. Osadzona w nieco anathemowych klimatach kompozycja, wita nas soczystym, pełnym energii i dynamiki motywem gitarowym, który napędza cały kawałek i stanowi udane otwarcie płyty. Ale, o ile debiut był pod względem natężenia dźwięku dość jednostajny, na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;All Rights Removed&lt;/span&gt; mamy do czynienia z muzyką bardziej zróżnicowaną. Wystarczy wspomnieć, że po dynamicznym powitaniu, zespół uderza w zupełnie inny klimat z kompozycją &lt;span style="font-style: italic;"&gt;White Walls&lt;/span&gt;, która, mam takie przeczucie, może spodobać się fanom późniejszej twórczości &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Marillion&lt;/span&gt;, ale zwolennicy wszelakich wcieleń &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Stevena Wilsona&lt;/span&gt; też obojętnie obok niej nie przejdą. Tak, jak utwór otwierający płytę oparty był na energii i rytmie, to &lt;span style="font-style: italic;"&gt;White Walls&lt;/span&gt; gra przede wszystkim na emocjach słuchacza, choćby za sprawą porywającego solo gitarowego &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Bjørna Riisa&lt;/span&gt;. Ledwie  budzimy się z tej hipnozy, a tu okazuje się, że mamy już kolejną kompozycję. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;White Walls &lt;/span&gt;przechodzi bowiem bardzo płynnie w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Bridge&lt;/span&gt; i znowu doświadczamy nieco intensywniejszych klimatów. Do tego, ponownie, solo gitarowe zagrane z takim smakiem i polotem, że niejeden słuchacz zajrzy zapewne do wkładki, by sprawdzić, czy na płycie nie gra czasem gościnnie &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;David Gilmour&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żebyśmy jednak nie przyzwyczaili się do tej zwiększonej intensywności dźwiękowej, kolejne płynne przejście w następny utwór, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Never Coming Home&lt;/span&gt;, zapewnia nam następną zmianę krajobrazu. Jest to chyba najmocniejsze nawiązanie do debiutu. Dużo tu przestrzeni, sporo wypełnień w tle, które pomagają stworzyć nieco hipnotyczną i lekko unoszącą się całość. Kolejne dziewięć minut płyty przelatuje wręcz błyskawicznie, tak, że nawet nieprzyzwyczajeni do dłuższych form słuchacze, nie będą w stanie zmęczyć się tą kompozycją. Zaskakuje też kolejny utwór, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Light Them All Up&lt;/span&gt;, będący niejako przedłużeniem poprzednika. Zdecydowanie najkrótsza forma na płycie, ledwie trzyminutowa, zapewniająca element pewnej melancholii, tak często obecny w muzyce zespołów skandynawskich. Cudne dźwięki skrzypiec na tle dobrze dobranych odgłosów wojenno-miejskich, na tyle jednak nieinwazyjnych, by nie wychodziły na pierwszy plan, tworzą pewnego rodzaju codę na tym albumie i są naturalnym zwieńczeniem czterech połączonych ze sobą kompozycji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym miejscu ten album mógłby się skończyć i mielibyśmy do czynienia z pięknym, acz nieco krótkim dziełem, pełnym subtelnych emocji, połączonych ze sporą dawką porywających, instrumentalnych motywów. Muzyka milknie, pierwszy raz od ponad dwudziestu minut zapada cisza. To jednak nie koniec. Niejako na bis otrzymujemy ostatnią już kompozycję – trwający ponad siedemnaście minut i podzielony na trzy części (choć nie rozdzielone na osobne ścieżki) utwór &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Homesick&lt;/span&gt;. W wywiadach przeprowadzanych z zespołem w ostatnich miesiącach, można było wyczytać, że grupa na drugim albumie zamierza pójść nieco bardziej w kierunku dłuższych form. W wypowiedziach muzyków pojawiały się wzmianki o rocku progresywnym, mimo, że jeszcze przy okazji debiutu członkowie Airbag dość stanowczo odrzucali tę etykietkę. Nie da się jednak ukryć, że elementy progresywne na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;All Rights Removed&lt;/span&gt; są, a najlepszym przykładem jest właśnie zamykająca album kompozycja. Słuchając pierwszej jej części, mam nieodparte wrażenie, że muzycy Airbag nasłuchali się ostatnio twórczości naszej eksportowej gwiazdy, zespołu &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Riverside&lt;/span&gt;. Klawiszowe pejzaże, porywająca gitara elektryczna i dopełniająca wszystkiego gitara akustyczna dość mocno kojarzą mi się z wczesną twórczością naszej grupy. Skojarzenia te stają się jeszcze bardziej oczywiste w drugiej części utworu, gdy w połowie ósmej minuty wchodzi motyw basowy, który idealnie wręcz pasowałby na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Out Of Myself&lt;/span&gt; lub &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Second Life Syndrome&lt;/span&gt; (czyli odpowiednio pierwszym i drugim albumie Riverside). Całość, choć oparta w dużej mierze właśnie na tym motywie, staje się z czasem coraz intensywniejsza, aż do pełnego uwolnienia emocji, wieńczącego część drugą i rozpoczynającego ostatni fragment tego utworu i całej płyty, który z kolei mógłby z powodzeniem uchodzić za zaginioną perełkę &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Pink Floyd&lt;/span&gt; z sesji do albumu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wish You Were Here&lt;/span&gt;. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Homesick&lt;/span&gt; to siedemnaście minut muzyki absolutnie najwyższej próby, pełnej emocji, nienachalnej wirtuozerii i kompozycyjnego kunsztu. Nie często zdarza się, by tak młody i niedoświadczony jeszcze zespół był w stanie nagrywać muzykę na takim poziomie. To cechuje tych, o których po latach mówi się, że są klasykami gatunku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tej recenzji pojawia się kilka nazw zespołów oraz tytułów płyt i utworów. Nawiązania do nich są dość łatwe do wychwycenia. W żadnym razie nie można jednak mówić o zwykłym kopiowaniu. Airbag zręcznie nawiązuje do bardziej znanych kolegów, tworząc jednak przy tym bardzo specyficzny klimat, który można już dość łatwo połączyć z nazwą zespołu. Po bardzo dobrym debiucie, zespół stanął przed bardzo trudnym zadaniem nie zawiedzenia pokładanych w nim nadziei. Poprzeczkę zawiesili sobie sami niezwykle wysoko. Przeskoczyli ją z całkiem sporym zapasem. To oczywiście sprawia, że przy okazji wydania kolejnej płyty, oczekiwania będą na kosmicznym niemal poziomie. Teraz jednak mam już pewność, że Airbag jest w stanie im sprostać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.facebook.com/home.php?sk=fl_266670986690602#%21/pages/Airbag/21137836128"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;zdjęcie pochodzi z profilu zespołu na facebooku.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-8653678189238991536?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/8653678189238991536/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=8653678189238991536' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/8653678189238991536'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/8653678189238991536'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/10/airbag-all-rights-removed-2011.html' title='Airbag - All Rights Removed (2011)'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-3xkZ9ySoz0M/TpsWuySvk6I/AAAAAAAADqs/ldZvUy4SKjw/s72-c/airbag.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-2910059117412189899</id><published>2011-10-12T16:01:00.004+02:00</published><updated>2011-12-04T19:35:11.789+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bizon'/><title type='text'>Skandynawski powrót do przeszłości, część druga</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:donotoptimizeforbrowser/&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jakiś czas temu rozpocząłem na &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Musihilation&lt;/span&gt; cykl mający w założeniu pokazać czytelnikom, że wbrew temu, co próbują nam wmówić media komercyjne, świetna, rockowa muzyka wciąż powstaje, co więcej, można ją znaleźć w niemal każdym zakątku świata, nie tylko w Stanach i Zjednoczonym Królestwie. &lt;a href="http://musihilation.blogspot.com/2011/07/skandynawski-powrot-do-przeszosci.html"&gt;W pierwszym odcinku mojej podróży&lt;/a&gt;, udałem się na północ Europy, by przybliżyć Wam kilka interesujących zespołów z Półwyspu Skandynawskiego. Już miałem wybrać się w dalszą podróż, ale bogactwo tamtejszej sceny rockowej sprawiło, że zostałem jeszcze chwilę dłużej. Przedstawiam więc kolejne kilka zespołów z zimnej północy. Posłuchajcie, a może znajdziecie wśród nich coś dla siebie.    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Pierwszą grupą, którą zajmiemy się w tej części muzycznej podróży, jest &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;White Willow&lt;/span&gt;. Ten norweski zespół zadebiutował w 1995 roku, a jego centralną postacią i jedynym stałym członkiem jest gitarzysta &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Jacob Holm-Lupo&lt;/span&gt;. Muzycy prezentują dźwięki, które określić można jako miks progresji z lat 70-tych z folkiem, jazz rockiem, rockiem symfonicznym i psychodelicznym, a nawet elementami muzyki elektronicznej. Być może dzięki temu, że skład grupy jest dość płynny, niemal każdy album, a ukazało się ich do tej pory pięć, zawiera inne muzyczne klimaty – od folk rocka z wpływami &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Jethro Tull&lt;/span&gt;, wczesnego &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Genesis&lt;/span&gt;, ale też &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Clannad&lt;/span&gt; na debiucie (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ignis Fatuus&lt;/span&gt;), przez prog/post rock na drugiej płycie, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ex Tenebris&lt;/span&gt;, symphonic rock na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Sacrament&lt;/span&gt;, oraz bardzo gitarowy, cięższy i mroczniejszy rock na chyba najlepszym jak do tej pory wydawnictwie, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Storm Season&lt;/span&gt;. W muzyce grupy dominuje damski wokal, a także elementy wychodzące poza stricte rockowe instrumentarium, czyli flet, skrzypce i melotron. Muzycy nie zamykają się jednak tylko w progrockowej szufladce, wśród ich inspiracji i ulubionych wykonawców znaleźć można choćby &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;10cc&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Joni Mitchell&lt;/span&gt;, czy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dead Can Dance&lt;/span&gt;. Grupa szykuje się właśnie do wydania swojej szóstej dużej płyty, zatytułowanej &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Terminal Twilight&lt;/span&gt;, która w sklepach powinna pojawić się już w przyszłym tygodniu.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Zostajemy jeszcze na chwilę w Norwegii, żeby &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-enduSpVQLDE/TpWjZTCXzOI/AAAAAAAADqU/koJOtOD5P9s/s1600/anglagard.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 300px; height: 198px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-enduSpVQLDE/TpWjZTCXzOI/AAAAAAAADqU/koJOtOD5P9s/s320/anglagard.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5662611761490545890" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;przyjrzeć się kolejnej interesującej grupie, &lt;strong&gt;&lt;span style="font-weight: normal;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Änglagård&lt;/span&gt;. Jest to ciekawy przykład &lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-weight: normal;"&gt;zespołu, który zdążył narobić sporego zamieszania w progresywnych kręgach, mimo, że ich pierwsza wspólna przygoda z muzyką trwała ledwie trzy lata. Zespół powstał w 1991 roku, rozpadł się w 1994, a w międzyczasie zdołał nagrać dwie płyty studyjne i koncertówkę, wydaną dwa lata po zawieszeniu działalności. Ich debiut, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Hybris&lt;/span&gt;, określany jest często wśród fanów muzyki progresywnej, jako &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Święty Grall rocka progresywnego lat 90-tych&lt;/span&gt;. Przez wiele lat niezwykle ciężki do zdobycia, obecnie dużo prostszy do namierzenia, nie tylko za sprawą rozwoju internetu, ale też dzięki niedawnym wznowieniom. Druga płyta jest wydawnictwem instrumentalnym i miała być w zamierzeniu zwieńczeniem działalności zespołu, stąd tytuł &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Epilog&lt;/span&gt;. &lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-weight: normal;"&gt;Grupa powróciła jednak na kilka koncertów po niemal dekadzie od rozpadu, choć już bez jednego z założycieli, gitarzysty i wokalisty &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Torda Lindmana&lt;/span&gt;. W 2009 roku, perkusista &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mattias Olsson&lt;/span&gt;, będący też członkiem White Willow, &lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;poinformował, że zespół nagrywa nowe utwory, choć płyta jak do tej pory się nie ukazała, nie ma też dokładnej daty jej premiery. Jednak muzycy co jakiś czas informują fanów o postępach i z tego, co wiadomo, jest już w zasadzie gotowy cały materiał na nowe wydawnictwo, którego podobno można się spodziewać pod koniec tego, lub na początku przyszłego roku. Do tego planowane są koncerty na rok 2012. Muzycy grają bardzo klasyczny prog z folkowymi naleciałościami. Jest to rock w starym stylu –&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;muzyka niełatwa w odbiorze. Warto tu odnotować stylistyczne nawiązania do King Crimson, Gentle Giant czy Genesis z dużą ilością starych brzmień klawiszowych, z dodatkiem fletu i melotronu. Nastrój w utworach &lt;strong&gt;&lt;span style="font-weight: normal;"&gt;Änglagård jest&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt; często dość posępny, co sprawia, że część słuchaczy może potrzebować większej ilości odsłuchów, by poczuć klimat tej muzyki. Tym bardziej, że grupa specjalizuje się w dłuższych formach. Na pierwszym albumie znalazło się ledwie pięć kompozycji, na drugim trzy pełne utwory, oraz prolog i epilog. Trzeba jednak przyznać, że zespół długo pracuje nad nowymi wydawnictwami i stara się, by to, co wędruje do fanów, było najwyższej jakości. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Na świecie jest wystarczająco dużo kiepskich albumów – nie musimy dokładać swoich&lt;/span&gt; – tak jeden z muzyków tłumaczył rozpad zespołu w połowie lat 90-tych, jest to też świetna odpowiedź na to, czemu na kolejną płytę grupy, fani czekają już ponad dwa lata. Wypada jedynie napisać, że niektóre nadaktywne zespoły też powinny wziąć sobie powyższy cytat do serca.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Zanim przeniesiemy się w inne rejony świata, z Norwegii zaglądamy jeszcze na chwilę do Szwecji. Obok takich zespołów, jak &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Anekdoten&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Siena Root&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Black Bonzo&lt;/span&gt;, które przedstawiałem w pierwszej części tego muzycznego przewodnika, działa też kilka innych interesujących grup. Jedną z nich jest &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Beardfish&lt;/span&gt;. Jest to zdecydowanie najmłodszy z zespołów, które znalazły się w tym artykule. Powstał w 2001 roku i po dwóch pierwszych albumach, wydanych niezależnie, został dostrzeżony przez potentata na rynku muzyki progresywnej, wytwórnię &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Inside Out&lt;/span&gt;. Pod jej skrzydłami, Beardfish nagrał kolejne cztery płyty studyjne, ostatnia z nich – &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Mammoth&lt;/span&gt; – ukazała się w marcu tego roku. Stylem nawiązuje, a jakże, do prog rocka lat 70-tych i takich wykonawców, jak &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Yes&lt;/span&gt;, wczesne Genesis, Gentle Giant, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Camel&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Frank Zappa&lt;/span&gt;, oraz nieco zapomnianych zespołów, jak &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Still Life&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Indian Summer&lt;/span&gt;. Nie brakuje odniesień choćby do &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Liquid Tension Experiment&lt;/span&gt;, ale też bardziej tradycyjnych brzmień hard i post-rockowych, zwłaszcza na ostatniej płycie. Pojawiają się też elementy wykraczające poza sferę rockową, jak choćby wykorzystanie akordeonu. Muzycy opierają się głównie na prog rocku, ale słychać też naleciałości jazzowe, metalowe, folkowe czy nawet momentami klimaty, jakich nie powstydziliby się muzycy z&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;Motown. Panowie mieszają formy rozbudowane i wielowątkowe z utworami krótszymi, niemal ‘piosenkowymi’. Przykładem tych pierwszych jest utwór &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Sleeping In Traffic Part Two&lt;/span&gt;, który trwa 37 minut i zajmuje całą płytę o takim samym tytule. Beardfish ma w swojej dyskografii zarówno krążki trudniejsze w odbiorze, wymagające od słuchacza większego skupienia, jak i porywające rozmachem i rockową energią od pierwszego odsłuchu, jak choćby w przypadku płyty &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Mammoth&lt;/span&gt;.&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;iframe src="http://www.youtube.com/embed/RVQHFHQu_r0" allowfullscreen="" width="420" frameborder="0" height="315"&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Prezentowane w tej części naszej muzycznej podróży po świecie zespoły, grają muzykę, która dość częśto kojarzy się z nastrojami melancholijnymi, bądź wręcz czasem przytłaczającymi, zarówno w warstwie tekstowej, jak i w ogólnym klimacie muzycznym. Żeby więc na sam koniec udowodnić, że skandynawskie granie to nie tylko chłód, jesień, smutek i mrok, przedstawiam zespół &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;The Flower Kings&lt;/span&gt;. Jest to szwedzka kapela założona w 1994 roku i dowodzona przez jedynego stałego jej członka, gitarzystę &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Roine Stolta&lt;/span&gt;, który jest weteranem szwedzkiej sceny muzycznej. Pierwszy skład zespołu został zebrany w celu towarzyszenia Stoltowi na trasie promującej jego solową płytę, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Flower King&lt;/span&gt;. Stolt, wraz z towarzyszącymi mu i często zmieniającymi się muzykami, narzucił szaleńcze tempo – przez pierwsze 6 lat istnienia zespołu, wydał on sześć płyt studyjnych. Dorobek grupy jest imponujący, a muzyka śmiało nawiązuje do starych grup nurtu symfonicznego i progresywnego rocka, choćby do zespołu Yes, ale nie brakuje nawiązań do jazz fusion, a nawet bluesa. W przeciwieństwie do poprzednich zespołów, omawianych w tym artykule, jedną z cech charakterystycznych twórczości The Flower Kings są harmonie wokalne, a także najczęściej radosne i optymistyczne teksty. Nie brakuje też utworów z lirykami całkowicie pozbawionymi sensu. Ponadto, zespół specjalizuje się w bardzo obszernych i złożonych formach muzycznych – utwór &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Garden Of Kings&lt;/span&gt; pochodzący z płyty &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Flower Power&lt;/span&gt;, trwa ponad 59 minut i jest jednym z najdłuższych utworów rocka progresywnego. Sam Stolt poza &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-fAX7ePmYhwA/TpWjipGPUpI/AAAAAAAADqg/d4d6No0x7b0/s1600/Roine.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 291px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-fAX7ePmYhwA/TpWjipGPUpI/AAAAAAAADqg/d4d6No0x7b0/s320/Roine.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5662611922031170194" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Szwecją dużo bardziej znany jest z innej grupy, której jest członkiem. Wraz z multiinstrumentalistą i wieloletnim liderem &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Spock’s Beard&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Nealem Morsem&lt;/span&gt;, basistą &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Marillion&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Petem Trewavasem&lt;/span&gt; i byłym perkusistą &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dream Theater&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mike’iem Portnoyem&lt;/span&gt;, od ponad dekady nagrywa zarówno studyjne, jak i koncertowe albumy pod szyldem &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Transatlantic&lt;/span&gt;. W tym składzie, wspomagani na koncertach przez &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Daniela Gildenlöwa&lt;/span&gt; z &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Pain Of Salvation&lt;/span&gt;, panowie odwiedzili Polskę, dając w 2010 roku koncert w Poznaniu. Transatlantic to już jednak materiał na inną opowieść. Stolt to artysta niezwykle płodny, choć, podobnie jak w przypadku jego kolegi z Transatlantic, Neala Morse’a, można się zastanawiać, czy ta spora muzyczna płodność nie rzutuje na jakość kolejnych wydawnictw.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;To oczywiście nie wszystkie warte uwagi zespoły skandynawskie, nawiązujące stylem do chlubnej przeszłości hard rocka i muzyki progresywnej. Północ Europy to prawdziwe zagłębie tego typu wykonawców. Wystarczy wspomnieć choćby norweski &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Airbag&lt;/span&gt;, którego &lt;a href="http://musihilation.blogspot.com/2011/10/airbag-identity-2009-w-oczekiwaniu-na.html"&gt;pierwszą płytę recenzowaliśmy ledwie kilka dni temu&lt;/a&gt;, a druga pojawi się w sklepach na początku przyszłego tygodnia. Skandynawska scena progresywna to prawdziwa studnia bez dna, a odkrywanie zawartości tej studni to prawdziwa gratka dla pasjonatów, którym wiecznie mało nowych muzycznych doznań. Być może kiedyś jeszcze w naszym cyklu zajrzymy do Skandynawii, następny odcinek będzie jednak poświęcony innemu rejonowi na muzycznej mapie świata.&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;a href="http://www.whitewillow.info/"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;oficjalna strona zespołu White Willow&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://www.anglagard.net/"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt; &lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;a href="http://www.anglagard.net/"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;strona zespołu Änglagård&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://www.beardfish.argh.se/"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt; &lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;a href="http://www.beardfish.argh.se/"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;oficjalna strona zespołu Beardfish&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://www.flowerkings.se/"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt; &lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;a href="http://www.flowerkings.se/"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;oficjalna strona zespołu The Flower Kings&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-2910059117412189899?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/2910059117412189899/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=2910059117412189899' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/2910059117412189899'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/2910059117412189899'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/10/skandynawski-powrot-do-przeszosci-czesc.html' title='Skandynawski powrót do przeszłości, część druga'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-enduSpVQLDE/TpWjZTCXzOI/AAAAAAAADqU/koJOtOD5P9s/s72-c/anglagard.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-3276777899994467864</id><published>2011-10-08T21:29:00.004+02:00</published><updated>2011-10-08T21:49:00.819+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bizon'/><title type='text'>Z cyklu 'Klasycy Nieklasycznie': Deep Purple - Come Taste The Band (1975)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Deep Purple&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt; bez &lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Blackmore’a&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;? Jaja sobie &lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-MHY6zxOivIU/TpCoyljYnwI/AAAAAAAADqE/KQU-en5ICN0/s1600/DeepPurpleComeTaste.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 300px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-MHY6zxOivIU/TpCoyljYnwI/AAAAAAAADqE/KQU-en5ICN0/s320/DeepPurpleComeTaste.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5661210318632165122" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;robicie?&lt;/span&gt; Tak zapewne musiało myśleć wielu fanów tego wielce zasłużonego dla hard rocka zespołu, gdy w październiku 1975 roku do sklepów trafił dziesiąty studyjny krążek Purpli, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Come Taste The Band&lt;/span&gt;. Brak sławnego gitarzysty, czyli to, co od mniej więcej 17 lat jest dla fanów grupy codziennością, był wtedy ciężki do zaakceptowania, bo nikt nie wyobrażał sobie, by zespół był w stanie funkcjonować bez tego, który zazwyczaj miał decydujące słowo przy okazji większości posunięć muzycznych Deep Purple. A jednak – Ritchie Blackmore, niezadowolony ze zmiany stylu muzycznego grupy, jaki nastąpił za sprawą dwóch nowych członków zespołu, wokalisty &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Davida Coverdale’a&lt;/span&gt; i śpiewającego basisty &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Glenna Hughesa&lt;/span&gt;, po raz pierwszy (choć nie ostatni) opuścił szeregi grupy, tłumacząc, że nie przepada za funk rockiem. W takim bowiem kierunku zmierzała twórczość Purpli na poprzednich dwóch albumach – &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Burn&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Stormbringer&lt;/span&gt;. Dwaj nowi dołączyli do grupy w miejsce członków najbardziej znanego składu – &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Iana Gillana&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rogera Glovera&lt;/span&gt; – i szybko przejęli inicjatywę w tworzeniu nowej purpurowej muzyki. Czarny Rysiek miał dość. Początkowo, dwaj pozostali rutyniarze w zespole – klawiszowiec &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Jon Lord&lt;/span&gt; i perkusista &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ian Paice&lt;/span&gt; – mieli zamiar rozwiązać zespół, zostali jednak namówieni przez Coverdale’a do ponownego spróbowania swych sił, tym razem z młodym, obiecującym gitarzystą ze Stanów, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tommym Bolinem&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Bolin pod wieloma względami okazał się strzałem w dziesiątkę. Już na pierwszej próbie zgrał się z zespołem na tyle dobrze, że niemal natychmiast zaproponowano mu miejsce w Deep Purple mimo, że gitarzysta nie był zaznajomiony z dotychczasową twórczością swoich nowych kolegów. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wiedziałem, że odnieśli sukces, ale znałem tylko Smoke On The Water i Hush. Nie sądziłem, że są aż tak dobrzy, ani, że czują się tak dobrze w muzyce funkowej. Żeby ich przetestować, zagrałem jeden bardzo funkowy motyw, a oni od razu się przyłączyli. Po tym pierwszym kawałku wiedziałem, że chcę być w tym zespole. &lt;/span&gt;Szybko znalazł wspólny język z resztą zespołu, zwłaszcza z Hughesem, z którym łączyła go miłość do muzyki funkowej i soulu. Sęk w tym, że oprócz muzyki, obaj panowie lubili też eksperymentować z narkotykami. Ten problem nasilił się jednak dopiero w trakcie tras koncertowych. W sali prób i studio nagraniowym wszystko przebiegało bardzo sprawnie. Z dziewięciu kompozycji, które znalazły się na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Come Taste The Band&lt;/span&gt;, przy aż siedmiu widnieje nazwisko Bolina jako współkompozytora, a kolejny został napisany dla niego przez jednego z jego dawnych muzycznych kompanów. Siłą rzeczy więc, płyta ta musiała znacznie różnić się od tego, co fani znali z poprzednich wydawnictw Deep Purple. Frakcja funkująca sprawiła, że o ile jeszcze cechy wspólne z dwiema poprzednimi płytami było dość łatwo znaleźć, to już porównując nowy album do takich klasyków jak &lt;span style="font-style: italic;"&gt;In Rock&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Machine Head&lt;/span&gt;, trudno było uwierzyć, że to wciąż ten sam zespół. Bo też, mimo tej samej nazwy, była to już zupełnie inna grupa. Oprócz oczywistej różnicy między Blackmorem i Bolinem w podejściu do brzmienia gitary, inaczej wyglądała też sprawa z wokalistami. Ian Gillan był wręcz wzorcem hard rockowego krzykacza z nieprawdopodobnie mocnym, ostrym jak brzytwa głosem. Tu, dla odmiany, wokalistów było dwóch. Jeden – Coverdale – wyraźnie osadzony w stylistyce bluesowej, obdarzony niezwykle głębokim głosem i drugi – Hughes – biały &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Stevie Wonder&lt;/span&gt;, z niesamowitą skalą głosu, potrafiący zaśpiewać wszystko, od metalu, przez bluesa, po soul.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nic dziwnego, że wielu fanów nie było w stanie zaakceptować takiej zmiany. Wraz z odejściem Blackmore’a, grupa na pewno straciła sporą grupę słuchaczy. Część z nich przeniosła swoje zainteresowanie na nowy zespół byłego gitarzysty, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rainbow&lt;/span&gt;. Płyta była wręcz skazana na to, że podzieli słuchaczy i tak też się stało. Wielu fanów uważa ten album za najsłabsze, obok &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Slaves and Masters&lt;/span&gt;, wydawnictwo Deep Purple, choć wkrótce po ukazaniu się, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Come Taste The Band&lt;/span&gt; zdobywała całkiem niezłe recenzje, a i sprzedaż była na przyzwoitym poziomie. Trzeba jednak przyznać także, że po latach prasa muzyczna i fani docenili album, a zwłaszcza grę Bolina.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na trwającej zaledwie 37 minut płycie, dominuje przede wszystkim mocno osadzony w bluesie i funky hard rock. Nie ma tu jednak, poza otwierającym album &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Comin’ Home&lt;/span&gt;, utworów szybkich, atakujących słuchacza agresywnością i dynamiką, znanymi choćby z &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Fireball&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Speed King&lt;/span&gt;. Zespół postawił raczej na kompozycje w wolnym i średnim tempie, zostawiając sporo miejsca na popisy zarówno obu wokalistom, jak i Bolinowi oraz ponownie Hughesowi (tym razem w roli basisty) na zabawę instrumentami. Słychać to choćby w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;I Need Love&lt;/span&gt;, w którym rozimprowizowane solo Bolina i pulsujący bas Hughesa tworzą klimat niczym z dyskoteki gdzieś w Harlemie. Zbliżone klimaty dominują także w porywającym &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Gettin’ Tighter&lt;/span&gt;. Podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich płyt Purpli, Coverdale i Hughes dzielą się partiami wokalnymi. Cżęść kompozycji śpiewają wspólnie, tworząc jedyny w swoim rodzaju duet w historii rocka. Obaj mają też jednak chwile solowych popisów. Coverdale dominuje we wspomnianych &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Comin’ Home&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;I Need Love&lt;/span&gt;, w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lady Luck&lt;/span&gt; – niespełna trzyminutowym, średnio udanym zapychaczu oraz  w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Love Child&lt;/span&gt;, wolnym, lecz intensywnym brzmieniowo kawałku, którego ozdobą jest klawiszowe solo Lorda. Hughes zaś błyszczy wokalnie w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Gettin’ Tighter&lt;/span&gt; oraz w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;This Time Around&lt;/span&gt;. Przy okazji, warto nadmienić, że w utworze &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dealer&lt;/span&gt; pojawia się także trzeci wokalista – Bolin, który śpiewa fragment tekstu. Gitarzysta był też zmuszony przejąć na chwilę obowiązki basisty w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Comin’ Home&lt;/span&gt;, wobec niedyspozycji Hughesa, który został odesłany do domu pod koniec sesji nagraniowych i w ogóle nie brał udziału w rejestracji tego utworu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wszystkie kawałki na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Come Taste The Band&lt;/span&gt; są najwyższych lotów. Kilka z nich to wypełniacze, co raczej nie powinno się zdarzać takiemu zespołowi, zwłaszcza na płycie, która trwa tak krótko. Jednak wszelkie niedostatki pierwszej części albumu wynagradzają dwa ostatnie utwory. Pierwszy z nich, składający się z dwóch osobnych kompozycji &lt;span style="font-style: italic;"&gt;This Time Around/Owed To „G”&lt;/span&gt;, to fortepianowy, oszczędny w aranżacji kawałek, który, według Hughesa, mógłby być równie dobrze napisany przez Stevie Wondera, przechodzący następnie w instrumentalną, porywającą i znakomicie bujającą kompozycję Bolina, w której wspaniały, gęsty klimat tworzą wspólnie gitara i klawisze. Wisienką na torcie jest zamykający płytę singiel, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;You Keep On Moving&lt;/span&gt;. Oparty na klasycznym już dziś motywie basowym i nieśmiałych z początku wtrąceniach gitary, pełen bluesowego klimatu utwór został zaśpiewany wspólnie przez obu głównych wokalistów grupy i stał się faworytem fanów na zorganizowanej po wydaniu płyty trasie koncertowej oraz utworem najlepiej kojarzonym z tym okresem w historii zespołu. Delikatne tło klawiszowe tworzy niesamowity, tajemniczy nieco klimat, a Bolin pod koniec tego coraz intensywniejszego z czasem utworu pokazuje poprzez swoje porywające solo, czemu został gitarzystą jednego z największych zespołów rockowych wszech czasów. Te dwie ostatnie kompozycje na płycie, trwające łącznie niespełna dwanaście minut, poziomem nie odbiegają od najbardziej klasycznych nagrań Deep Purple i same w sobie stanowią wystarczający powód, by po &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Come Taste The Band&lt;/span&gt; sięgnąć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-wBaJ9eyvMh0/TpCo8ipAt8I/AAAAAAAADqM/jiPJyoCg1j0/s1600/tommy.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 240px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-wBaJ9eyvMh0/TpCo8ipAt8I/AAAAAAAADqM/jiPJyoCg1j0/s320/tommy.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5661210489649149890" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Niestety, historia tej płyty naznaczona jest tragedią. Już podczas jej nagrywania wyszło na jaw uzależnienie Bolina od kokainy i heroiny, do tego doszły podobne kłopoty Hughesa. Szybko zatrudniono dla nich opiekunów, którzy mieli trzymać obu muzyków z dala od używek, jednak „niańki” poległy. Narkotyki trafiały do nich w najróżniejszy sposób, raz dotarły ze Stanów w odpowiednio spreparowanej książce. Reszta zespołu traciła cierpliwość, a koncerty coraz częściej nie były najwyższych lotów. Wreszcie w marcu 1976 roku, po kolejnym niezbyt udanym występie, tym razem w Liverpoolu, Lord i Paice zdecydowali, że mają dość. Deep Purple przestało istnieć. To jednak oczywiście nie był koniec historii tej grupy. Po ośmiu latach, zespół wrócił w swoim najbardziej znanym składzie – Gillan, Glover, Blackmore, Lord, Paice – i gra do dziś, choć już znowu w nieco innym zestawieniu osobowym. A co z pozostałymi muzykami, którzy zagrali na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Come Taste The Band&lt;/span&gt;? Coverdale założył zespół &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Whitesnake&lt;/span&gt;, do którego wkrótce dołączyli Lord i Paice. Grupa stała się jednym z czołowych przedstawicieli sceny blues/hard rockowej. Hughes spędził kolejne kilkanaście lat w silnych objęciach wszelakich używek, zaliczając w międzyczasie średnio udaną przygodę z &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Black Sabbath&lt;/span&gt;, by w końcu odrodzić się w pełni sił w ostatnich dwóch dekadach jako najbardziej aktywny muzycznie z byłych i obecnych muzyków Deep Purple. Obok wielu płyt solowych, na których grali między innymi muzycy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Europe&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Guns N’ Roses&lt;/span&gt;, czy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Red Hot Chili Peppers&lt;/span&gt; oraz niezliczonych gościnnych występów u innych wykonawców, Hughes może też pochwalić się swoim najnowszym muzycznym dzieckiem, zespołem &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Black Country Communion&lt;/span&gt;, którego obie wydane jak dotąd płyty recenzowaliśmy na &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Musihilation&lt;/span&gt;. Znacznie gorzej powiodło się jednak głównemu bohaterowi omawianej tu płyty. Po rozpadzie Deep Purple, Tommy Bolin nagrał znakomicie przyjęty album solowy, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Private Eyes&lt;/span&gt;, ale nie był w stanie poradzić sobie z nałogami. Zmarł nieco ponad rok od wydania &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Come Taste The Band&lt;/span&gt;, w grudniu 1976 roku, po koncercie, jaki zagrał w Miami w ramach wspólnej trasy z &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Jeffem Beckiem&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W zeszłym roku, wydawnictwo doczekało się reedycji z okazji 35-lecia pierwszego jego wydania. Całość poddano remasteringowi oraz dołączono drugą płytę z całkowicie nowym miksem albumu, przygotowanym przez &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Kevina Shirleya&lt;/span&gt; i Glenna Hughesa, a także z bonusowymi utworami, pochodzącymi z tej samej sesji nagraniowej. Album brzmi teraz lepiej niż kiedykolwiek, co pozwala jeszcze bardziej cieszyć się tym mało znanym dziełem wielkiego zespołu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-3276777899994467864?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/3276777899994467864/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=3276777899994467864' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/3276777899994467864'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/3276777899994467864'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/10/z-cyklu-klasycy-nieklasycznie-deep.html' title='Z cyklu &apos;Klasycy Nieklasycznie&apos;: Deep Purple - Come Taste The Band (1975)'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-MHY6zxOivIU/TpCoyljYnwI/AAAAAAAADqE/KQU-en5ICN0/s72-c/DeepPurpleComeTaste.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-1887345612060773843</id><published>2011-10-05T21:46:00.007+02:00</published><updated>2011-10-05T22:07:49.330+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bizon'/><title type='text'>Airbag - Identity (2009), w oczekiwaniu na ciąg dalszy</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Norweski zespół &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Airbag&lt;/span&gt; szykuje się do wydania swojej drugiej dużej płyty, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;All Rights Removed&lt;/span&gt;. Krążek ten trafi do sklepów już za dwa tygodnie, a jego recenzja na pewno pojawi się także u nas, zatem najwyższa pora nadrobić na &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Musihilation&lt;/span&gt; zaległości i przedstawić czytelnikom debiut tej grupy, wydany w 2009 album &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Indentity&lt;/span&gt;. Brak recenzji tej płyty jest bowiem moim sporym niedopatrzeniem, jako że jest to jeden z ciekawszych krążków roku 2009.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O tym, że na północy Europy dobre zespoły wciąż &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-RHTl7Rvivxk/Toy4iEm7dbI/AAAAAAAADp8/nq02Tm4JBEI/s1600/airbag.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 300px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-RHTl7Rvivxk/Toy4iEm7dbI/AAAAAAAADp8/nq02Tm4JBEI/s320/airbag.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5660101727189956018" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;pojawiają się częściej niż trzęsienia ziemi na Filipinach, zdążyliśmy się już nie raz przekonać, a i na Musihilation jakiś czas temu &lt;a href="http://musihilation.blogspot.com/2011/07/skandynawski-powrot-do-przeszosci.html"&gt;o paru ciekawych grupach Skandynawskich pisałem&lt;/a&gt;. Airbag jest kolejną kapelą, na którą warto zwrócić uwagę. W obecnym kształcie i z obecną nazwą, kwintet wystartował w 2005 roku i dość szybko zdobył sympatię fanów na całym świecie wydanymi i udostępnionymi na stronie zespołu EPkami. To właśnie internet w dużej mierze był szansą dla Airbag, by dotrzeć do szerszej grupy miłośników muzyki. Szansę tę, trzeba przyznać, zespół świetnie wykorzystał. Już mała płytka &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Sounds That I Hear&lt;/span&gt; cieszyła się sporym powodzeniem i została pobrana ze strony zespołu ponad 13 tysięcy razy w ciągu zaledwie kilku pierwszych miesięcy. Grupa zaczęła się też pokazywać na żywo, grając z tak znanymi firmami jak &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;The Pineapple Thief&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Gazpacho&lt;/span&gt; czy nasz &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Riverside&lt;/span&gt;. Przyszła więc pora na pierwszy duży album, na który złożyły się kompozycje dostępne wcześniej na EPkach i płytach demo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Identity&lt;/span&gt; wydano w kwietniu 2009, a fani ponownie nie zawiedli. Utwory z płyty, udostępnione ponownie w internecie przez sam zespół, zostały ściągnięte ponad 200 tysięcy razy, co jest wynikiem dość zaskakującym, biorąc pod uwagę niewielki staż zespołu. Dziwić się jednak przestajemy po usłyszeniu zawartości płyty. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Identity&lt;/span&gt; to niemal godzinna muzyczna uczta, pełna melancholii, nieco jesiennych klimatów i pięknych melodii. Grupa jako swoje inspiracje wymienia &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Pink Floyd&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Porcupine Tree&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Anathemę&lt;/span&gt;, ale też popowe zespoły, jak&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; a-ha&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Talk Talk&lt;/span&gt;. I chyba właśnie ta mieszanka artyzmu i dobrych melodii sprawia, że płyty tej słucha się tak przyjemnie. Już wstęp w postaci mocno floydowego &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Prelude&lt;/span&gt; wprowadza słuchacza w nastrój, który nie zmieni się znacząco aż do końca trwania albumu. Kolejne utwory płyną lekko, stopniowo wciągając w ten pełen kontemplacji i muzycznych pejzaży świat. Być może część słuchaczy narzekać będzie na pewną monotonię – nie da się bowiem ukryć, że nie doświadczymy tu dramatycznych zwrotów akcji w stylu &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dream Theater&lt;/span&gt;, a nastroje tworzone przez zespół nie zmieniają się jak w kalejdoskopie. W niczym to jednak nie przeszkadza. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Identity&lt;/span&gt; świetnie się słucha w całości, dając się ponieść lekkości i pewnemu smutkowi, dominującemu w kompozycjach. Co istotne, mimo wielu różnych inspiracji, do których muzycy otwarcie się przyznają, twórczość Airbag nie jest jedynie naśladownictwem. Już na pierwszej płycie jest to zespół, który podąża w konkretnym kierunku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;iframe src="http://www.youtube.com/embed/49E0bkzWmn0" allowfullscreen="" width="420" frameborder="0" height="315"&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obok wspomnianego wstępu, na uwagę zasługują na pewno &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Steal My Soul&lt;/span&gt; – fantastyczna, hipnotyzująca wręcz kompozycja, w której łatwo usłyszeć wpływy takich wykonawców, jak Anathema, czy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Archive&lt;/span&gt;, oraz &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Colours&lt;/span&gt; – utwór, który znakomicie pasowałby do jednego z projektów niejakiego &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Stevena Wilsona&lt;/span&gt;. Ten drugi kawałek zdążył zresztą zaskarbić sobie sympatię tysięcy słuchaczy w Polsce, gdyż spędził na przełomie 2010 i 2011 roku ponad 30 tygodni na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Liście Przebojów Trójki&lt;/span&gt;, osiągając na niej znakomite, trzecie miejsce. Pomógł w tym z pewnością występ zespołu we wrześniu 2010 na inowrocławskim &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ino Rock Festival&lt;/span&gt;. O kolejne wizyty w naszym kraju możemy być chyba spokojni, gdyż muzycy przyznają, że Polska i Holandia to dwa kraje, w których, jak do tej pory, odnosili największe sukcesy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Identity&lt;/span&gt; to nie radosna, łatwa w odbiorze twórczość. Owszem, mnóstwo tu zachwycających melodii, jednak melancholia dominująca na albumie sprawia, że nie jest to z pewnością muzyka na każdą okazję. Sam zespół raczej stronił od używania określenia rock progresywny, bo i tej progresji na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Identity&lt;/span&gt; zbyt dużo nie ma, a i z muzyką stricte rockową nie do końca mamy tu do czynienia. Myślę, że najprościej nazwać twórczość Airbag muzyką ambitną z elementami rocka i progresji, której, notabene, ma być znacznie więcej na drugim krążku, przynajmniej według zapowiedzi muzyków zespołu. Na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Identity&lt;/span&gt; aż tak często tych progresywnych wpływów nie słychać, mamy za to znakomite podkłady klawiszowe, spokojnie pulsujący, hipnotyczny bas, piękne solówki gitarowe bez jednoczesnego popadania w dźwiękowy onanizm, no i, przede wszystkim, fantastyczną przestrzeń, którą udaje się zespołowi stworzyć za pomocą instrumentów. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Identity&lt;/span&gt; to wręcz znakomita płyta na jesienne wieczory, które czekają nas znacznie szybciej, niż byśmy chcieli. Przy dźwiękach z tego albumu, będą o wiele przyjemniejsze i łatwiejsze do zniesienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;zdjęcie zespołu pochodzi ze strony http://www.airbagsound.art.pl/&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-1887345612060773843?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/1887345612060773843/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=1887345612060773843' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1887345612060773843'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1887345612060773843'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/10/airbag-identity-2009-w-oczekiwaniu-na.html' title='Airbag - Identity (2009), w oczekiwaniu na ciąg dalszy'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-RHTl7Rvivxk/Toy4iEm7dbI/AAAAAAAADp8/nq02Tm4JBEI/s72-c/airbag.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-4506660043395286771</id><published>2011-10-03T16:53:00.001+02:00</published><updated>2011-10-03T16:57:12.801+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Tides From Nebula - Earthshine (2011)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-ns4M-imAgjE/TonM9-a3ZvI/AAAAAAAADp0/m_vfq4yk9pI/s1600/tfn.JPG"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 179px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-ns4M-imAgjE/TonM9-a3ZvI/AAAAAAAADp0/m_vfq4yk9pI/s200/tfn.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5659279771867506418" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Recenzję ciągle jeszcze świeżej, drugiej płyty &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tides From Nebula&lt;/span&gt; zacznę od stwierdzenia, które może posłużyć za jej streszczenie: mamy w kraju kolejny zespół światowej klasy. I nie chodzi tu tylko o to, że grupa gra coraz więcej koncertów zagranicą. Już pierwszy album Tides’ów był bardzo dobrą pozycją, jednak dopiero teraz panowie wznieśli się na artystyczne wyżyny. Z pewnością niemały udział w sukcesie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Earthshine&lt;/span&gt; miał producent krążka, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Zbigniew Preisner&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nazwisko słynnego kompozytora muzyki filmowej niech jednak nie zmyli fanów, których zachwycił styl grupy, dość wyraźnie zaznaczony już na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Aurze&lt;/span&gt;. Pomimo wielu nowych elementów, drugie wydawnictwo zespołu nie jest go pozbawione. Dwa utwory - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Fall of Leviathan&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;White Gardens&lt;/span&gt; – zostały już jakiś czas przed majową premierą oficjalnie zaprezentowane w internecie. Moim zdaniem, doskonale spełniły rolę swego rodzaju teaserów.  Chociaż wydawać się może, że Tides objęli zupełnie inny kierunek, niż na debiucie, śmiem twierdzić, że to naturalny rozwój ich muzyki. Gitary, choć nadal bardzo istotne, nie zagęszczają kompozycji riffami. Więcej w nich przestrzeni, miejsca na oddech po bardziej intensywnych fragmentach. Prawie w ogóle nie ma agresywnych, ciężkich elementów, bardziej post-metalowych, niż post-rockowych. Została oczywiście mocna, wyraźnie zaznaczona sekcja rytmiczna, często jednak ustępująca na rzecz „atmosferycznych”, ambientowych partii gitary, nierzadko ubarwianej brzmieniami klawiszowymi (odpowiada za nie &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Maciej Karbowski&lt;/span&gt;). Klasycznymi – żadnych syntezatorów, które byłyby zbędne i szkodziłyby tak organicznej i „żywej” muzyce. W łagodniejszych momentach (jak np. w Cemetery of Frozen Ships) bębny są bardziej wycofane, nie wybijają się na siłę na pierwszy plan, współtworzą tło. Gitary (&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Adam Waleszyński&lt;/span&gt; i znów Maciej Karbowski) nadal urzekają swoimi pięknymi, rozwibrowanymi dźwiękami. Do tego w dalszym ciągu, wespół z basem i perkusją (odpowiednio &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Przemek Węgłowski&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tomasz Stołowski&lt;/span&gt;), budują nieziemski nastrój. Do największych zaskoczeń należą dwie miniaturki. Numery 3 i 6 na płycie (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Waiting for the World to Turn Back&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Hypothermia&lt;/span&gt;) to swego rodzaju przerywniki na albumie (nie mylić z wypełniaczami). Spokojne, wyciszone, przygotowują grunt pod dłuższe, bardziej rozbudowane utwory. Minusy? Właściwie nie ma żadnych, poza takim drobnym, który właściwie wadą nie jest. Na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Aurze&lt;/span&gt; niby nie było utworów, które można by określić mianem przebojów, ale na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Earthshine&lt;/span&gt; jest jeszcze mniej takich chwytliwych motywów, jak chociażby w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tragedy of Joseph Merrick&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Earthshine&lt;/span&gt; jest dłuższa od swojej poprzedniczki i przy tym składa się z ośmiu, a nie dziewięciu utworów. Mimo tego, a raczej dzięki temu – płyta wciąga jeszcze bardziej, niż &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Aura&lt;/span&gt;. Więcej na niej rozmarzonej atmosfery, z jednej strony sennej, z drugiej pobudzającej wyobraźnię. Więcej różnorodności w środkach ekspresji – piękna w tym albumie jest właśnie jego niejednoznaczność. Tides From Nebula należą się też wielkie brawa za poszerzenie stylu, który zaczęli budować kilka lat temu – słychać, że to świadomi artyści, którzy nie stoją w miejscu i rozwijają się, a wraz z nimi ich muzyka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;/BOUNCE&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-4506660043395286771?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/4506660043395286771/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=4506660043395286771' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/4506660043395286771'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/4506660043395286771'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/10/tides-from-nebula-earthshine-2011.html' title='Tides From Nebula - Earthshine (2011)'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-ns4M-imAgjE/TonM9-a3ZvI/AAAAAAAADp0/m_vfq4yk9pI/s72-c/tfn.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-1441025068523308248</id><published>2011-10-02T16:54:00.002+02:00</published><updated>2011-10-02T17:03:27.187+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='news'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bizon'/><title type='text'>Unisono pod Opolem - zaproszenie do muzycznych dyskusji</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:donotoptimizeforbrowser/&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;  &lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Tym razem mamy dla Was wiadomość ciekawą zwłaszcza dla tych, którzy muzyki nie tylko słuchają, ale lubią też o niej czytać, słuchać lub dyskutować. Po raz kolejny już I&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;nstytut Filologii Wschodniosłowiańskiej na Uniwersytecie Opolskim&lt;/span&gt; organizuje konferencję poświęconą w całości dyskusjom na temat muzyki. Impreza znana wcześniej pod nazwą U&lt;span style="font-style: italic;"&gt;nisono na pomieszane języki&lt;/span&gt;, a obecnie po prostu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Unisono&lt;/span&gt;, odbędzie się już w przyszły weekend, w dniach &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;7-9. października&lt;/span&gt; w &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tułowicach &lt;/span&gt;koło&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; Opola&lt;/span&gt;. W ciągu tych trzech dni, będzie można wysłuchać ponad trzydziestu wystąpień, prezentowanych przez miłośników muzyki z całej Polski. Będą one dotyczyły głównie muzyki rockowej i progresywnej, choć nie zabraknie też nawiązań do innych gatunków muzycznych. Sesje rozpoczynać się będą o 9:00 i trwać będą do późnych godzin popołudniowych (nieco krócej w niedzielę). Organizatorzy oferują noclegi w cenie 20-25pln oraz posiłki w przystępnych cenach, a także planują drobne upominki dla uczestników konferencji. Udział w dyskusjach jest bezpłatny. Konferencja będzie nagrywana, a najciekawsze jej fragmenty będą dostępne w internecie.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Program tegorocznej konferencji przedstawia się następująco:&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;" class="postbody"&gt;7 października (piątek) &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Wojciech Chlebda (Opole) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wprowadzenie &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Przemysław Piłaciński (Warszawa) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Czy potrzebujemy estetycznej refleksji nad muzyka rockową? &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Jolanta Bujak-Lechowicz (Piotrków Trybunalski) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Metaforyka czasu w piosenkach Czesława Niemena &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Joanna Skolik (Opole) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jak runął dziwny świat Niemena w pieśni Kaczmarskiego &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Witold Sułek (Opole) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Okładki płyt Czesława Niemena na tle ewolucji w światowym rocku &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Edyta Chlebowska (Lublin) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Okładki firmy Hipgnosis, czyli plastyczny świat rocka &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Piotr Chlebowski (Lublin) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Idea korespondencji sztuk w rocku progresywnym przełomu lat 60. i 70. XX wieku &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Andrzej Drzewiecki (Opole) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Konsekwencje śmierci autora w sferze autorskich praw osobistych &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Zbigniew Jakubek (Rzeszów) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wpływy jazzu na rozwój fusion w Polsce od 1990 roku &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Jacek Kurek (Katowice) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Beatlesi a duch romantyzmu &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Małgorzata Piętowska (Warszawa) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tomasz Beksiński — romantyk muzyki rockowej &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Jakub Nowak (Lublin) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Trzy Dekady Agresji — pola semantyczne w twórczości Wielkiej Czwórki thrash metalu &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Urszula Majdańska-Wachowicz (Zielona Góra) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Językowe wyznaczniki tożsamości w subkulturze gotyckiej (na materiale tekstów piosenek rocka gotyckiego) &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;" class="postbody"&gt;8 października (sobota) &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Michał Rupniewski (Łódź) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Formy i rodzaje dzieł sztuki z perspektywy filozoficznej &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Zbigniew Pyż (Opole) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Captain Beefheart — In Memoriam &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Jolanta Marcinkiewicz (Opole) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Very Best Definitive Ultimate Greatest Hits Collection? Tytuły albumów z największymi przebojami art rocka &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Radosław Marcinkiewicz (Opole) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Trzy, pięć, osiem, nieskończoność… &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Tomasz Gornat (Opole) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Nawrót obłędu i „cicha beznadzieja”: The Dark Side Of The Moon w XXI wieku &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Bartosz Suwiński (Opole) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Zerwana pieczęć smutku. Teksty Davida Gilmoura &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Mariusz Gradowski (Warszawa), Monika Konert-Panek (Warszawa) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Powaga, patos i pastisz. Związki muzyki ze słowem w twórczości grupy Queen &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Maciej Michta (Gliwice) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;O górach modrych i białych. Dežo Ursiny i Czesław Niemen — punkty styczne w twórczości &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Dariusz Gancarz (Kraków) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Rosyjski rock w kontekście społeczno-politycznym i kulturowym &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Jolanta Greń-Kulesza (Opole) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Kategoria losu w rosyjskich tekstach rockowych &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Magdalena Stelmach (Opole) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Elementy folkloru w rosyjskiej muzyce rockowej &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Rafał Kowalczyk (Wrocław) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Nazwy osób w rosyjskim i polskim słownictwie muzyki rockowej &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Ewa Tichoniuk-Wawrowicz (Zielona Góra) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;„Ta miłość to komora gazowa”. Obraz miłości w piosenkach Gianny Nannini &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;" class="postbody"&gt;9 października (niedziela) &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Paweł Nowak (Lublin) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Językowy obraz rozstania i depresji w Disintegration The Cure &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Monika Bator (Kielce) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;„Wszystko, co kocham, to tylko rock”, czyli polska muzyka rockowa na ekranie &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Mariusz Rutkowski (Olsztyn) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;„Przez miasto iście…”. Teksty Pablopavo w aspekcie lingwistycznym &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Marcin Jurzysta (Toruń) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Poise Rite gra Tkaczyszyna-Dyckiego. W stronę nowego modelu poezji śpiewanej &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Magdalena Piechota (Lublin) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Językowy obraz lat 80. w tekstach Andrzeja Mogielnickiego i Krzysztofa Jaryczewskiego &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Paweł Tański (Toruń) — &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Bończyk/Krzywański. Depresja, terapia, (bez)sen(ność)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Jak sami widzicie, zapowiada się bardzo interesująco. W imieniu organizatorów serdecznie zapraszamy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;span class="postbody"&gt;&lt;span style=";font-family:&amp;quot;;font-size:12pt;"  &gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-1441025068523308248?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/1441025068523308248/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=1441025068523308248' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1441025068523308248'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1441025068523308248'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/10/unisono-pod-opolem-zaproszenie-do.html' title='Unisono pod Opolem - zaproszenie do muzycznych dyskusji'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-1496308980030409587</id><published>2011-09-29T00:07:00.005+02:00</published><updated>2011-09-29T00:34:56.607+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bizon'/><title type='text'>Z cyklu 'Klasycy Nieklasycznie': Genesis - Calling All Stations (1997)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Kiedy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Phil Collins&lt;/span&gt; odszedł z &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Genesis&lt;/span&gt; w marcu &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-k9Xl93OqhS8/ToOfXsA2SPI/AAAAAAAADpk/-KMnZuKtsvU/s1600/calling.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 300px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-k9Xl93OqhS8/ToOfXsA2SPI/AAAAAAAADpk/-KMnZuKtsvU/s320/calling.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5657540786208000242" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;1996 roku, spora część fanów uznała, że to koniec tego zespołu. Prawdę mówiąc, nie była to pierwsza tego typu sytuacja w historii grupy. Podobnie rzecz miała się 20 lat wcześniej, kiedy z Genesis odchodził &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Peter Gabriel&lt;/span&gt;. Wiele osób nigdy nie pogodziło się z tą decyzją i nie zaakceptowało Collinsa jako głównego wokalisty grupy. Zespół natomiast dość drastycznie zmienił swoje podejście do muzyki i, choć niewątpliwie zdobył w latach 80-tych i na początku 90-tych olbrzymią sławę za sprawą wielu radiowych hitów, stracił sporą część szacunku swoich dotychczasowych słuchaczy, którzy pokochali Genesis za dużo ambitniejszą muzykę, nagrywaną przez zespół na pierwszych płytach. Tym razem jednak zmiana miała być jeszcze bardziej drastyczna. Collins, zanim został frontmanem Genesis, był już przecież od kilku lat perkusistą tego zespołu. Tym razem trzeba było znaleźć zupełnie nowego człowieka.  &lt;/div&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;Problemy personalne zespołu nie kończyły się zresztą na wakacie wokalisty. Jako, że Collins był też cały czas głównym bębniarzem w grupie, należało znaleźć też kogoś na tę pozycję. Naturalnym kandydatem zdawał się być &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Chester Thompson&lt;/span&gt;, który od wielu lat występował z grupą podczas koncertów, a także współpracował z Genesis przy płytach studyjnych. Pozostali dwaj muzycy, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mike Rutherford&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tony Banks&lt;/span&gt;, nie zamierzali jednak mianować go oficjalnym członkiem zespołu, więc Thompson zrezygnował z dalszej współpracy. Podobnie uczynił zresztą także inny z sidemanów grupy, gitarzysta i basista &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Daryl Stuermer&lt;/span&gt;, który szybko znalazł się w solowym zespole Collinsa. Pozostawieni we dwójkę na placu boju Rutherford i Banks, skorzystali więc ze studyjnej pomocy dwóch nowych perkusistów – &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Nira Zidkyahu&lt;/span&gt; i znanego ze &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Spock’s Beard&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Nicka D’Virgilio&lt;/span&gt;. Nowym wokalistą został zaś szkocki muzyk, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ray Wilson&lt;/span&gt;. Dla wielu postać ta była kompletną niewiadomą, choć Wilson zasmakował już popularności, gdy utwór &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Inside&lt;/span&gt; zespołu &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Stiltskin&lt;/span&gt;, w którym śpiewał, stał się sporym hitem w Wielkiej Brytanii w 1994 roku i został wykorzystany w reklamie jeansów &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Levi’s&lt;/span&gt;.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;W składzie Wilson, Banks, Rutherford, Zidkyahu i D’Virgilio, zespół zameldował się na początku 1997 roku w swoim studio, The Farm, pod Londynem. Obaj perkusiści dzielili się pracą. Zidkyahu zagrał w siedmiu utworach, D’Virgilio w trzech, a w jednej kompozycji słychać obu panów. Wilson na dzień dobry dostał kilka utworów, nad którymi miał popracować. W efekcie, na albumie znalazły się trzy kompozycje z jego wkładem autorskim, a dwie kolejne były dołączone do singli. Wilson jako wokalista, był bliższy Gabrielowi, niż Collinsowi, stąd też i w muzyce pojawiło się trochę nawiązań do odległej przeszłości zespołu, nie zabrakło też jednak klimatów collinsowskich, choć raczej późniejszych, z czasów &lt;span style="font-style: italic;"&gt;We Can't Dance&lt;/span&gt;, niż tych z lat 80-tych. Ta płyta to przede wszystkim popis Wilsona. Jego głęboki, nieco chropowaty głos nadaje całości sporo ciemnych barw. A muzyka? Z tym jest różnie. Pierwsza część płyty, poza ujmującą balladą &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Not About Us&lt;/span&gt;, niczym specjalnym nie zachwyca. Owszem, jest chwilami całkiem przyjemnie i nawet przebojowo, jak w singlowym &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Congo&lt;/span&gt;, ale mam wrażenie, że kompozycjom brakuje błysku i charakteru. Zupełnie jakby panowie Banks i Rutherford nie mogli się do końca zdecydować, czy grać ambitnie, jak z Gabrielem, czy przebojowo, jak z Collinsem. Z drugiej strony, ciężko nazwać utwór tytułowy złym kawałkiem. Na pewno nie jest nim także kolejny wolniejszy moment płyty – &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Shipwrecked&lt;/span&gt;. Jako całość, ta część &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Calling All Stations&lt;/span&gt; prezentuje się więcej niż przyzwoicie, brakuje chyba po prostu czegoś ‘ekstra’ w poszczególnych utworach.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;Sytuacja ulega poprawie w drugiej części krążka. Już klimatyczne &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Dividing Line&lt;/span&gt; z ciekawymi klawiszami i interesującym brzmieniem bębnów zachęca do dalszego słuchania. Może nieco zbyt collinsowsko robi się w kolejnych dwóch utworach – &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Uncertain Weather&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Small Talk&lt;/span&gt;, choć zwłaszcza w tym pierwszym nie brakuje całkiem udanych partii klawiszy. To w ogóle jedna z głównych zalet tej płyty, obok głosu Wilsona – świetne wykorzystanie klawiszy. Brzmienie jest bardzo przestrzenne, Banks znakomicie buduje klimat kompozycji, podkreślając dźwięki gitary lub też samodzielnie prowadząc utwór. To jest główna przewaga tego materiału nad niektórymi wydawnictwami Genesis z lat 80-tych. Ówczesne instrumenty klawiszowe niestety cudami techniki z perspektywy czasu nie były, a ich brzmienie po latach często drażni nadmiarem plastiku i płycizną dźwiękową. Na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Calling All Stations&lt;/span&gt; jest całkowicie odwrotnie, klawisze nie tylko nie przeszkadzają, ale wręcz ratują parę mniej udanych kompozycji. Ratować nie musiały nic w przypadku dwóch ostatnich utworów na płycie. Zarówno &lt;span style="font-style: italic;"&gt;There Must Be Some Other Way&lt;/span&gt;, jak i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;One Man’s Fool&lt;/span&gt;, to kompozycje bardzo udane, wybijające się na tej solidnej płycie, które śmiało wymieniać można jednym tchem obok największych dzieł Genesis. Tę pierwszą wyróżnia niewątpliwie znakomita, pełna chłodnych dźwięków, tworzących klimat, część instrumentalna, która świetnie współgra z chwytliwym refrenem. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;One Man's Fool&lt;/span&gt; to z kolei to dość oszczędny w aranżacji utwór, który jednak posiada znakomity, przestrzenny klimat, wciągający słuchacza stopniowo, aż do momentu, gdy ciężko już się uwolnić od coraz szybszego rytmu. Znakomite zakończenie płyty.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Calling All Stations&lt;/span&gt; miała niema wszystko, co potrzebne było do odniesienia sukcesu. Niemal, bo zabrakło jednego czynnika – Phila Collinsa. I nie jest to absolutnie zarzut pod adresem Raya Wilsona. Wykonał on na tym albumie kawał świetnej roboty, a znakomita barwa jego głosu jest ozdobą każdego utworu na płycie. Niestety, wielu fanów nie było w stanie zaakceptować nowego wokalisty i nie dało szansy ani jemu, ani temu albumowi. O ile jeszcze w Europie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Calling All Stations&lt;/span&gt; sprzedawała się przyzwoicie, a singiel &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Congo&lt;/span&gt; radził sobie całkiem nieźle i nawet dość często pojawiał się w brytyjskim MTV, to w Stanach płyta przeszła właściwie niezauważona. Nic dziwnego zatem, że cała amerykańska część trasy koncertowej została odwołana. Zespół zagrał jednak kilkadziesiąt koncertów w Europie, a jeden z pierwszych występów miał miejsce w katowickim Spodku. Co ciekawe – a młodsi czytelnicy mogą tego nie pamiętać – koncert ten został zarejestrowany i pokazany w TVP. Dziś byłoby to nie do pomyślenia. Niestety, wobec braku sukcesu komercyjnego, dwójka liderów zespołu zarządziła przerwę w działalności, a następnie rozwiązanie Genesis, co uczyniło &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Calling All Stations&lt;/span&gt; ostatnią studyjną płytą grupy. Historia Genesis oczywiście na tym albumie się nie kończy – niemal dekadę później zespół powrócił w trzyosobowym składzie z Collinsem i zagrał udaną trasę koncertową, która i tym razem nie ominęła Polski. Utworów z &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Calling All Stations&lt;/span&gt; jednak w setliście, co zrozumiałe, zabrakło.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-a6s-rt1e2u8/ToOfjhUREFI/AAAAAAAADps/3DC3O1dJtIY/s1600/ray%2Bi%2Bbizon.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 300px; height: 253px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-a6s-rt1e2u8/ToOfjhUREFI/AAAAAAAADps/3DC3O1dJtIY/s320/ray%2Bi%2Bbizon.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5657540989495087186" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Nie znaczy to jednak, że nie można ich już usłyszeć na żywo. Ray Wilson dość często sięga podczas swoich występów zarówno po utwory ze wszystkich okresów działalności Genesis, jak i nawet po utwory solowe różnych muzyków grupy. Dzięki temu, zwolennicy płyty &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Calling All Stations&lt;/span&gt; mają okazje wysłuchać takich utworów, jak &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Not About Us&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Shipwrecked&lt;/span&gt;, czy tytułowy. Co więcej, by tego doświadczyć, nie trzeba ruszać się za granicę, gdyż Ray od trzech lat jest mieszkańcem Poznania, a co za tym idzie, gra w naszym kraju sporo koncertów. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Calling All Stations&lt;/span&gt; to płyta udana. To, że nie cieszy się zbyt dużą popularnością wśród fanów rocka, jest faktem mocno rozczarowującym, wynikającym jednak głównie z uprzedzenia wielu osób do nowości w składzie grupy. Na tej płycie, zespół nagrał materiał, którego nie powinien się wstydzić, a kilka utworów to jedne z najlepszych post-gabrielowskich kompozycji w historii Genesis. Nie zawinił też w niczym Ray Wilson, którego główną wadą w oczach i uszach fanów było chyba to, że nie nazywa się Phil Collins, ani nie jest jego wierną kopią. Wilson ma dość charakterystyczną, a na pewno intrygującą barwę głosu i w zasadzie ciężko się do czegokolwiek z nim związanego na tej płycie przyczepić. Jeśli miałbym szukać jakiejś poważniejszej wady tego wydawnictwa, to byłaby to zapewne jego długość. Płyta dość znacznie przekracza godzinę, a spokojnie mogłaby obyć się bez jednego czy dwóch utworów – na myśl przychodzą mi tu głównie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;If That’s What You Need&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Small Talk&lt;/span&gt;, dość mocno trącące solowymi dokonaniami Collinsa. Innym minusem jest praktyka wyciszania utworów. O ile nie przeszkadza to w przypadku występowania od czasu do czasu, lub w ostatnim kawałku na danej płycie, to jednak stosowanie tego zabiegu w każdym utworze jest dość irytujące. Te małe niedociągnięcia nie powinny jednak rzutować negatywnie na całokształt – &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Calling All Stations&lt;/span&gt; to płyta niesłusznie zapomniana. A jeśli barierą nie do przeskoczenia jest dla kogoś nazwa Genesis na okładce tego wydawnictwa i jednoczesny brak pewnego niewielkiego wzrostem wokalisty, wystarczy spróbować wyobrazić sobie, że to całkiem nowy twór. Choćby dla samego Wilsona – warto.&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;zdjęcie przedstawiające Raya Wilsona i autora recenzji pochodzi z prywatnych zbiorów tego drugiego.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-1496308980030409587?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/1496308980030409587/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=1496308980030409587' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1496308980030409587'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1496308980030409587'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/09/ray-wilson-zapomniany-gos-genesis.html' title='Z cyklu &apos;Klasycy Nieklasycznie&apos;: Genesis - Calling All Stations (1997)'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-k9Xl93OqhS8/ToOfXsA2SPI/AAAAAAAADpk/-KMnZuKtsvU/s72-c/calling.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-6245527531978675296</id><published>2011-09-25T16:54:00.002+02:00</published><updated>2011-09-25T17:02:12.232+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='scena'/><title type='text'>Miks poezji z alternatywą: Towary Zastępcze</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:donotoptimizeforbrowser/&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;Kilka słów o zespole, który, gdy powstał... manifestacyjnie unikał tworzenia muzyki. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Towary Zastępcze&lt;/span&gt; utworzyli w 2003 roku dwaj trójmiejscy poeci: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Piotr Czerski&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Michał Piotrowski&lt;/span&gt;. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że część Czytelników będzie kojarzyć tych panów z innego przedsięwzięcia – &lt;a style="font-style: italic;" href="http://gadugadu.blog.pl/"&gt;bloga gadugadu&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;, będącego ówczesnym „projektem pobocznym” wobec ich działalności literackiej. Nie wspominam o tym bez powodu, gdyż twórczość literacka była fundamentem Towarów, które zespołem muzycznym stały się dopiero w kwietniu 2006 r. Wtedy do Czerskiego i Piotrowskiego dołączył &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Borys Kossakowski&lt;/span&gt;, który został autorem całego debiutanckiego materiału grupy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-MvulltKZfpA/Tn9CX6zO6zI/AAAAAAAADpc/d8q4D5sRbDo/s1600/towary.JPG"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 300px; height: 201px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-MvulltKZfpA/Tn9CX6zO6zI/AAAAAAAADpc/d8q4D5sRbDo/s320/towary.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5656312635689200434" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;Płyta &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ciche dni&lt;/span&gt; ukazała się jesienią tego samego roku. Za warstwę liryczną byli odpowiedzialni wszyscy trzej oficjalni członkowie grupy, a każdy z tekstów jest wierszem, recytowanym (bądź śpiewanym) przez swego autora. Wyjątkiem jest &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Piosenka potencjalna&lt;/span&gt;, podpisana przez całą trójkę. Dominuje deklamacja, podkreślająca melancholijny, nieraz trochę przesadnie depresyjny klimat muzyki i samych wierszy. Czerski i Piotrowski nie dysponują wprawdzie głosami podobnymi do &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Marcina Świetlickiego&lt;/span&gt;, jednak przyjęta przez nich konwencja często bliska jest patentom wykorzystywanym w &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Świetlikach&lt;/span&gt;. Nie brak zresztą porównań &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Cichych dni&lt;/span&gt; do ostatniej płyty zespołu krakowskiego poety, powstałej we współpracy z aktorem &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Bogusławem Lindą&lt;/span&gt; - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Las Putas Melancolicas&lt;/span&gt;. Jedynym śpiewającym wokalistą jest w Towarach Kossakowski. Ciężko jednoznacznie zaszufladkować napisaną przez niego muzykę – płynnie przechodzi od elektronicznych podkładów (którym najbliżej do trip hopu) do oszczędnych partii gitarowych. Ciekawie wypada chociażby &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Piosenka potencjalna&lt;/span&gt; z hipnotycznym, powtarzanym motywem. Przesterowaną gitarę i, przy okazji, konkretniejszy riff można usłyszeć w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Con tramortem&lt;/span&gt; z gościnnym (wokalnym) udziałem rysowniczki &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Magdaleny Danaj&lt;/span&gt;. Bardziej elektronicznie i chyba najbardziej trip hopowo wypada utwór tytułowy, z urzekającym motywem klawiszowym. Świetnym połączeniem elektroniki, brzmień gitarowych i jazzujących smaczków w postaci trąbki &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Louisa Brazofuerte&lt;/span&gt; jest &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Luna&lt;/span&gt;. Saksofonistę i trębacza można usłyszeć jeszcze w kilku innych utworach na tej płycie, chociażby w pierwszym &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Żółknięciu&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ziemi obiecanej&lt;/span&gt;. Ponadto, podczas sesji nagraniowej gościnnie użyczyły swoich głosów dwie inne panie, córki &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Roberta Brylewskiego&lt;/span&gt; – &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ewa&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Sara&lt;/span&gt;. Warto wspomnieć jeszcze o dwóch drobnych, ale ciekawych niuansach – w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dirty Danzig&lt;/span&gt; wykorzystano... syntezator mowy Ivona. W tym samym utworze zacytowano też główny motyw &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Oxygene IV&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; J. M. Jarre'a&lt;/span&gt; – to zapewne nawiązanie do koncertu mistrza muzyki elektronicznej, zorganizowanego rok przed nagraniem &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Cichych dni&lt;/span&gt; w Stoczni Gdańskiej, której nazwa pojawia się w tekście.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;Płytę, wydaną przez Korporację Ha!art, można bezpłatnie pobrać ze &lt;a href="http://towary.art.pl/ciche-dni/?id=5"&gt;strony zespołu&lt;/a&gt;.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;Na początku 2007 roku skład zespołu uzupełnili trzej instrumentaliści - &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Sławomir Draczyński&lt;/span&gt; (bas), &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Jarosław Marciszewski&lt;/span&gt; (gitara),&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; Jakub Świątek&lt;/span&gt; (perkusja) i odpowiedzialny za wizualizacje podczas koncertów, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Szymon Machnik&lt;/span&gt;. Tym samym możliwe stało się organizowanie występów Towarów Zastępczych, podczas których wykonywane były (i są) między innymi nieco przearanżowane wersje utworów z debiutu.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;13 maja 2009 r. ukazała się druga płyta formacji, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dolne Miasto OST&lt;/span&gt;. Jeśli w przypadku pierwszego wydawnictwa można było mówić o wspólnej, lirycznej osi, łączącej wszystkie zawarte na nim utwory, to drugie jest już prawdziwym albumem koncepcyjnym, określanym przez zespół jako soundtrack do nieistniejącego filmu. Jest to też pierwsza płyta, na której zagrał zespół rockowy z prawdziwego zdarzenia – we wspomnianym wyżej składzie. Samej muzyce również zdecydowanie bliżej do rocka, chociażby ze względu na świetną sekcję rytmiczną. Znów jednak, pomimo spójności, panuje dość duże rozstrzelenie stylistyczne utworów – od gitarowej psychodelii i transu, nieraz (ponownie) kojarzącego się ze Świetlikami (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dziwny wypadek&lt;/span&gt;), przez klimaty nieco taneczne (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dziewczyna z Hotelu Grand&lt;/span&gt;), po fragmenty, które mogłyby znaleźć się na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Cichych dniach&lt;/span&gt; (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Mężczyzna w pustym mieszkaniu&lt;/span&gt;). Czerski i Piotrowski tradycyjnie już recytują, tym razem jednak odeszli od „dekadenckiej” maniery, zaś śpiewane przez Kossakowskiego &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Brudna robota&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dolne miasto&lt;/span&gt; to niemalże klasycznie rockowe piosenki. Zaskoczeniem (bardzo przyjemnym dla rockowego ucha) jest też świetny, mocno brzmiący &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Skorpion&lt;/span&gt;, z przesterowaną, poszarpaną gitarą. Pojawiają się kolejne smaczki w postaci literackich i filmowych cytatów – sampli z serialu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;07 zgłoś się&lt;/span&gt; czy fragmentów bądź parafraz wierszy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Broniewskiego&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Szymborskiej&lt;/span&gt;.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;Grupa zadbała zarówno o kryminalną fabułę albumu, jak i rozbudowaną, multimedialną otoczkę wokół niego. Wprowadzeniem do historii opowiedzianej w tekstach jest podzielony na części film z „przesłuchań” świadków w sprawie morderstwa tajemniczej Laury. Wystąpili w nim m.in. aktor &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mirosław Baka&lt;/span&gt; czy basista &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Pink Freud&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Wojciech Mazolewski&lt;/span&gt;. Po udzieleniu prawidłowych odpowiedzi na trzy pytania dotyczące filmu, zamieszczone na &lt;a href="http://towary.art.pl/"&gt;specjalnej stronie poświęconej projektowi&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://towary.art.pl/"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;, można pobrać paczkę z plikami mp3, zawierającymi wszystkie utwory. Dla kolekcjonerów przygotowano fizyczną (limitowaną do 997 egzemplarzy) wersję albumu, wydaną przez Nasiono Records; przypomina teczkę z akt policyjnych. Oprócz płyty kompaktowej, umieszczone zostały w niej „materiały dowodowe” - sztuczny paznokieć i fotografie, wyglądające jak wykonane na miejscu zbrodni. Poza nimi, zamiast tradycyjnej książeczki, znajdują się informacje o wydawnictwie, wydrukowane na specjalnym papierze (podobno oryginalnym, z archiwum gdańskiej policji).&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;O tym zespole można by pisać jeszcze długo, jednak najlepiej samemu przekonać się, o co w tym wszystkim chodzi i zatopić się na jakiś czas w stworzonym przez Towary Zastępcze świecie (czy raczej światach). Muzyka tego zespołu skierowana jest do słuchaczy otwartych – zarówno tych, którym poezja (czy to w rocku, czy w tomikach) jest nieobca, jak i tych, których samo słowo „poezja” odrzuca i kojarzy się z obowiązkowymi w szkołach, szczegółowymi analizami. Tutaj wystarczy pozwolić nieść się przez klimat, kreowany przez poetów i muzykę – tym bardziej, że nie trzeba wydać na nią ani grosza. Niestety nie było mi dane uczestniczyć jeszcze w koncercie Towarów, jednak gdyby ktoś z Was miał taką możliwość, to z pewnością warto się na nich wybrać. Trasy koncertowe organizują stosunkowo rzadko, prędzej można się spotkać z pojedynczymi występami formacji. Pod koniec września odbędzie się pierwsza po dość długiej przerwie, polsko-słowacka minitrasa, zatytułowana &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Kugórom Tour&lt;/span&gt;:&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;24.09 – Elbląg – Mjazzga,&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;25.09 – Kraków – Kawiarnia Naukowa,&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;27.09 – Pre&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;šow – Christiania,&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;28.09 – Koszyce – Kasárne Kulturpark,&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;29.09 – Bratysława – a4-nultý priestor.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;Koncerty na Słowacji, jak dowiadujemy się z profilu facebookowego grupy, odbędą się w ramach festiwalu &lt;a href="http://www.arspoetica.sk/"&gt;Poézia Cassovia&lt;/a&gt;.&lt;/span&gt;&lt;a href="http://www.arspoetica.sk/"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;Na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak jeszcze raz zachęcić do poszerzenia muzycznych horyzontów i posmakowania poetycko-alternatywnej mieszanki w wykonaniu Towarów Zastępczych.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify; font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;/B0UNCE&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;Zdjęcie autorstwa Marcina Krajki pochodzi z &lt;a href="http://towary.art.pl/ciche-dni/?id=7"&gt;oficjalnej strony zespołu&lt;/a&gt;.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-6245527531978675296?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/6245527531978675296/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=6245527531978675296' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/6245527531978675296'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/6245527531978675296'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/09/miks-poezji-z-alternatywa-towary.html' title='Miks poezji z alternatywą: Towary Zastępcze'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-MvulltKZfpA/Tn9CX6zO6zI/AAAAAAAADpc/d8q4D5sRbDo/s72-c/towary.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-1887538171439388476</id><published>2011-09-21T17:03:00.007+02:00</published><updated>2011-09-21T19:45:53.823+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bizon'/><title type='text'>Pearl Jam Twenty - pełna emocji opowieść o zespole</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:donotoptimizeforbrowser/&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dokumenty muzyczne były od dawna dość &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-NJVJHlpVDdg/Tnn-gDzp1lI/AAAAAAAADpU/APZSvJEaVhg/s1600/PJTwenty.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 300px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-NJVJHlpVDdg/Tnn-gDzp1lI/AAAAAAAADpU/APZSvJEaVhg/s320/PJTwenty.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5654830633871595090" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;popularną formą przedstawienia znanych i lubianych wykonawców od innej, niekoniecznie muzycznej, strony. Dla fanów była to świetna okazja do dowiedzenia się czegoś o swoich ulubionych zespołach z najlepszego możliwego źródła, a nie z tabloidów czy też nie zawsze rzetelnych pism muzycznych. Dla samych wykonawców zaś, to dobry moment na prezentację nagrań, które z różnych względów nie miały do tej pory okazji ujrzeć światła dziennego. Jednym z najnowszych tego typu dokumentów, jest film &lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Pearl Jam Twenty&lt;/span&gt;, stworzony, jak nie trudno się domyśleć, z okazji 20. urodzin gigantów sceny Seattle. Obraz ten miał swoją premierę we wrześniu na Toronto Film Festival, natomiast w kinach można go było zobaczyć jedynie wczoraj, 20. września, na pojedynczych seansach w wybranych miastach na całym świecie. Kto zaspał, lub zwyczajnie nie wiedział, musi więc liczyć na wydawnictwo dvd, które za czas jakiś  (podobno w październiku) ukaże się w sklepach. A jest na co czekać.    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Za obraz odpowiada &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Cameron Crowe&lt;/span&gt;, co niewątpliwie w znacznym stopniu wpłynęło na to, że dokument ten znakomicie oddaje klimat sceny Seattle. Crowe to człowiek, który z zespołem związany jest niemal od początku jego istnienia. To on bowiem był reżyserem filmu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Singles &lt;/span&gt;(polski tytuł – &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Samotnicy&lt;/span&gt;), którego akcja rozgrywała się właśnie w środowisku młodych muzyków z Seattle, na początku lat 90-tych. Crowe nie tylko wykorzystał w filmie wiele utworów grup, takich jak &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Pearl Jam&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Alice In Chains&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Soundgarden&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mother Love Bone&lt;/span&gt;, ale też zaprosił muzyków pierwszych dwóch zespołów do zagrania epizodów w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Singles&lt;/span&gt;. Nie był zresztą do końca człowiekiem z zewnątrz, gdyż od lat 80-tych aż do zeszłego roku, był mężem &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Nancy Wilson&lt;/span&gt;, gitarzystki zespołu &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Heart&lt;/span&gt;, mocno związanego z Seattle i zaprzyjaźnionego z muzykami nurtu grunge. Nie mogło być więc mowy o amatorszczyźnie. Crowe nie jest laikiem w świecie muzycznym, a zespół zna go dobrze i w pełni mu ufa, dzięki czemu na ekranie nie ma ani chwili ściemy czy sztuczności.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Reżyser podobno przekopał ponad 1200 godzin materiału, by ostatecznie wybrać 20 godzin, z których wykroił to, co zostało użyte w filmie. Liczby robią wrażenie, podobnie jak sam film. To nie jest po prostu dokument zbity z kilku wywiadów i paru rzuconych w tle teledysków czy fragmentów koncertów, dostępnych od dawna w sprzedaży. Zarówno Crowe, jak i zespół odwalili kawał świetnej roboty, odnajdując taśmy z wywiadami i fragmentami koncertów, oraz nagrań prywatnych z czasów &lt;a href="http://musihilation.blogspot.com/2011/08/czowiek-zotych-sow-historia-andyego.html"&gt;Mother Love Bone&lt;/a&gt;, czyli grupy, której Pearl Jam jest w pewnym sensie spadkobiercą. Dokopano się także do materiałów z sesji nagraniowej &lt;a href="http://musihilation.blogspot.com/2011/08/temple-of-dog-tak-sie-grao-20-lat-temu.html"&gt;Temple Of The Dog&lt;/a&gt;, a także do nagrań z pierwszych dni istnienia zespołu Pearl Jam, wtedy jeszcze pod nazwą Mookie Blaylock. Dzięki temu, widzowie zobaczyć mogą fragmenty drugiego w historii koncertu PJ, jedynego w tamtym czasie występu &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Temple Of The Dog&lt;/span&gt;, czy też jednego z niewielu zarejestrowanych na taśmie koncertów Mother Love Bone.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Dalsza część filmu nie ustępuje początkowi. Były chwile, gdy cała sala kinowa wybuchała śmiechem, oglądając &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Eddiego Veddera&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Kurta Cobaina&lt;/span&gt; tańczących ze sobą na rozdaniu nagród MTV oraz tego samego Veddera, niezbyt pewnie trzymającego się na nogach podczas występu na koncercie z okazji premiery &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Singles&lt;/span&gt; i wspominającego po latach ile z tego wieczoru pamięta. Ciężko też było zachować powagę przy okazji zwiedzania domu &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Stone’a Gossarda&lt;/span&gt;, który starał się bardzo znaleźć u siebie cokolwiek związanego z zespołem, co skończyło się namierzeniem w szafce brudnego kubka po kawie z koncertów w Meksyku oraz odnalezieniem statuetki Grammy w... piwnicy. Jak przyznał gitarzysta, płyty Pearl Jam, które stały na jego półce, ktoś mu przyniósł jakiś czas wcześniej, żeby mógł sobie przypomnieć kilka utworów przed trasą. Były też jednak w filmie momenty przygnębiające, przy których łzy same napływały do oczu. Jednym z nich było z pewnością wspomnienie festiwalu w Roskilde, gdzie podczas koncertu Pearl Jam zginęło dziewięcioro fanów, stratowanych przez tłum. Mina przerażonego Veddera, spoglądającego ze sceny, jest czymś, co zostaje w pamięci na długo po wyjściu z kina. Sentymentalnie zrobiło się także podczas wspomnień muzyków o &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Andym Woodzie&lt;/span&gt; z Mother Love Bone, czy też w czasie materiału video, prezentującego pierwsze w historii wykonanie utworu Mother Love Bone na koncercie Pearl Jam, w 10. rocznicę powstania tego drugiego zespołu. &lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="" lang="EN-US"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Pearl Jam Twenty&lt;/span&gt; to film pełen emocji. &lt;/span&gt;Nastrój zmienia się w zależności od omawianego rozdziału z historii grupy, ale nad całym filmem unosi się specyficzny duch sceny Seattle. Pearl Jam to zespół już dwudziestoletni, ale to wciąż grupa bardzo świadoma swoich korzeni i pielęgnująca pamięć o tym, co działo się na północnym zachodzie Stanów Zjednoczonych na przełomie lat 80-tych i 90-tych. To także wspomnienie zmarłych przyjaciół oraz przedstawienie, w jaki sposób młodzi muzycy ze stanowczo zbyt dużymi pokładami energii, stali się jednym z najbardziej szanowanych zespołów ostatnich dziesięcioleci. To w końcu historia o tym, że nie wszystko w międzyczasie było piękne i kolorowe. Nie ma tu słodzenia i wzajemnego głaskania się po głowach. Muzycy otwarcie wspominają swoje pierwsze wrażenia, związane z poznawaniem się, a także czasy, kiedy zespół niemal się rozpadł. Z tego wszystkiego wyłania się jednak obraz grupy, w której wszyscy muzycy darzą się ogromnym szacunkiem, a więzy ich łączące wykraczają daleko poza powierzchnie sceny koncertowej.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Ten dokument w dużej mierze przypomniał mi, jak bardzo uwielbiam nie tylko Pearl Jam, ale całą scenę muzyczną Seattle. Bo to właściwie nie jest jedynie dokument o jednym zespole. Owszem, Pearl Jam naturalnie zajmuje tu centralne miejsce, ale jest też czas na wspomnienie innych, związanych z nimi kapel, jak Mother Love Bone i Temple Of The Dog. Jest też &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Chris Cornell&lt;/span&gt;, wokalista Temple Of The Dog i Soundgarden, a przede wszystkim bliski przyjaciel zespołu, opowiadający o początkach swojej znajomości z muzykami Pearl Jam. Mamy także archiwalne wypowiedzi Kurta Cobaina, które dobitnie udowadniają, że konflikt między &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Nirvaną&lt;/span&gt;, a Pearl Jam był w dużej mierze wymysłem mediów. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Pearl Jam Twenty&lt;/span&gt; to także, a może przede wszystkim, muzyka. Od wzruszających wykonań &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Crown Of Thorns&lt;/span&gt; i odśpiewanego przez publiczność utworu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Better Man&lt;/span&gt;, przez szalony występ na festiwalu Pinkpop i pełne niecodziennych, akrobatycznych popisów młodego Veddera, koncerty z początków działalności zespołu, po prywatne nagrania, przedstawiające proces tworzenia utworu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Daughter&lt;/span&gt;. Nic dziwnego, że nikt nie chciał wychodzić z sali kinowej, nawet podczas napisów końcowych. To jeden z tych dokumentów, który mógłby trwać bez końca.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Film to jednak nie wszystko. W sklepach ukazało się właśnie wydawnictwo płytowe, będące uzupełnieniem dokumentu. Na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;PJ20&lt;/span&gt; znajduje się 29 kompozycji, których fragmenty usłyszeć można w filmie. Podwójny album zaopatrzony jest też w kilkudziesięciostronicową książeczkę z opisami poszczególnych utworów.&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;Wśród nich liczne dema i nagrania zarówno z koncertów, jak i prób przed nimi. Pozostaje czekać jeszcze na oficjalne wydanie filmu. Dla tych, którzy nie byli w stanie dotrzeć wczoraj do kina, będą to na pewno znakomicie spędzone dwie godziny, a i ci, którzy obraz już widzieli, na pewno chętnie zobaczą go ponownie. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-1887538171439388476?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/1887538171439388476/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=1887538171439388476' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1887538171439388476'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1887538171439388476'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/09/pearl-jam-twenty-pena-emocji-opowiesc-o.html' title='Pearl Jam Twenty - pełna emocji opowieść o zespole'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-NJVJHlpVDdg/Tnn-gDzp1lI/AAAAAAAADpU/APZSvJEaVhg/s72-c/PJTwenty.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-3095047748454182752</id><published>2011-09-19T23:54:00.004+02:00</published><updated>2011-09-20T00:05:53.732+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Primordial - Redemption At The Puritans Hand (2011)</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:donotoptimizeforbrowser/&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;Wydana w kwietniu br., po czterech latach od ostatniego albumu, płyta irlandzkiego kwintetu zatytułowana &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Redemption At The Puritans Hand&lt;/span&gt;, nie jest artystyczną rewolucją w karierze &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Primordial&lt;/span&gt;, ale nie ma też mowy o porażce. Wokalista &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;A.A. Nemtheanga&lt;/span&gt;, basista &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Pól MacAmlaigh&lt;/span&gt;, perkusista &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Simon O'Laoghaire&lt;/span&gt; oraz gitarzyści &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ci&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;font-family:Sans;" &gt;á&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;ran MacUiliam&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Miche&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;font-family:Sans;" &gt;á&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;l O'Floinn&lt;/span&gt; ponownie przygotowali muzykę pełną specyficznej, celtyckiej atmosfery. W moim odczuciu, poprzedni album, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;To The Nameless Dead&lt;/span&gt;, to płyta granicząca z geniuszem, prawdziwe arcydzieło. Przekonajmy się, czy Irlandczycy przeskoczyli wysoko postawioną samym sobie poprzeczkę.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;Tradycją stały się w tym zespole długie, rozbudowane utwory ze stopniowo &lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-xh6nASmn-ZQ/Tne7irLb1RI/AAAAAAAADpM/4inonLBIgsU/s1600/primordial.JPG"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-xh6nASmn-ZQ/Tne7irLb1RI/AAAAAAAADpM/4inonLBIgsU/s200/primordial.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5654194061567579410" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;narastającym, emocjonalnym napięciem i pełnymi patosu refrenami - o ile można tu mówić o refrenach, gdyż kompozycje Primordial bardziej przypominają staroceltyckie pieśni, tyle że śpiewane po angielsku i w black metalowej oprawie. Nie inaczej jest w przypadku &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Redemption...&lt;/span&gt; - nadal muzycy nie spieszą się, powoli przygotowując słuchacza na wybuch nierzadko prawdziwie wojowniczych fragmentów, żarliwie śpiewanych przez Alana Averilla vel A.A. Nemtheanga. Intro często trwa ponad minutę, co nie dziwi w przypadku płyty, na której najkrótszy utwór ma prawie 6,5 minuty. Najnowsza propozycja grupy to, najprościej rzecz ujmując, kontynuacja kierunku przyjętego na poprzednich wydawnictwach, ze wskazaniem na wspomniane &lt;span style="font-style: italic;"&gt;To The Nameless Dead&lt;/span&gt;. Nie obyło się bez drobnych zmian, raczej kosmetycznych: brzmienie jest nieco cięższe, a klimat mroczniejszy. Więcej jest też stricte blackowych partii wokalnych czy podwójnej stopy. Wciąż jednak nie brakuje „jaśniejszych”, mniej złowieszczych, a bardziej przestrzennych fragmentów, jak na przykład w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Bloodied Yet Unbowed&lt;/span&gt;.  Utwór ten jest przykładem ciekawego połączenia pięknych, melodyjnych partii z agresywnie metalowymi. Nowością jest nakładanie efektów na wokal czy zwyczajne przesterowanie głosu wokalisty tu i ówdzie, co jednak z reguły daje mało ciekawy efekt – takie techniczne przerysowanie nie było potrzebne. Bardziej przekonuje za to wykorzystanie nakładek wokalnych, szczególnie w utworach bardzo black metalowych, jak &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Gods Old Snake&lt;/span&gt; - dają bardzo przyjemny kontrast, a „chórki” zdają się nawiązywać do viking metalu. W tym utworze pochwalić należy jednego z gitarzystów za znakomitą solówkę. Piękne solo należy też odnotować w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Mouth Of Judas&lt;/span&gt; - pełnym czystych partii gitar, niemalże balladowym kawałku, prawie zupełnie pozbawionym blackowych naleciałości – choć i w nim znalazło się miejsce na ekspresyjny finał. Do prawdziwych perełek zaliczyć należy również ostatni na albumie – &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Death Of The Gods&lt;/span&gt; – rozpoczęty gitarą akustyczną, która później współbrzmi ze znakomitym riffem prowadzonym przez gitarę elektryczną.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;Ogromnym plusem &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Redemption At The Puritans Hand&lt;/span&gt; jest dojrzałość kompozycji.&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;Pomimo tego, że nie ma na tym albumie tylu chwytliwych na swój sposób fragmentów, co na poprzednim wydawnictwie, nadal znajdziemy tu charakterystyczny smutek, podniosłe partie wokalne i całkiem sporo pięknych melodii – ukrytych głównie w gitarowych riffach i solówkach. Mniej doświadczona kapela rozbiła by pewnie te utwory na krótsze, żeby nie zanudzić słuchacza. Zespołowi Primordial jednak udało się stworzyć kompozycje wolno rozwijające się, rozbudowane i jednocześnie nie nużące, co jest dużym osiągnięciem jak na płytę, która trwa prawie 64 minuty, a przy tym zawiera jedynie osiem utworów. Dlatego mogę stwierdzić, że ta płyta dorównała poziomowi poprzedniego wydawnictwa. Można ten album polecić każdemu wielbicielowi dobrej, klimatycznej metalowej muzyki, w której bardziej od ilości liczy się jakość.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Sans;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;/BOUNCE&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-3095047748454182752?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/3095047748454182752/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=3095047748454182752' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/3095047748454182752'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/3095047748454182752'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/09/primordial-redemption-at-puritans-hand.html' title='Primordial - Redemption At The Puritans Hand (2011)'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-xh6nASmn-ZQ/Tne7irLb1RI/AAAAAAAADpM/4inonLBIgsU/s72-c/primordial.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-7961693126761517479</id><published>2011-09-17T17:37:00.006+02:00</published><updated>2011-09-18T14:07:18.111+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bizon'/><title type='text'>20 lat w świecie Iluzji</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Równo 20 lat temu, 17. września 1991 roku, nieprzebrane tłumy fanów rocka koczowały pod sklepami muzycznymi w Stanach i na całym świecie, czekając na otwarcie drzwi i możliwość nabycia płyt, o których od wielu miesięcy mówił cały świat. Nie ma w tym cienia przesady – dziś taki obrazek może się wydawać dość dziwny, wtedy jednak szał spowodowany pojawieniem się w końcu po wielu zmianach terminów dwóch płyt zespołu &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Guns N’ Roses&lt;/span&gt;, zatytułowanych &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Use Your Illusion&lt;/span&gt;, był tak wielki, że aby dostać się do sklepu, należało swoje odstać. Z perspektywy czasu, nie powinno to jednak dziwić. Grupa posiadająca przydomek Najniebezpieczniejszego Zespołu Świata wypuściła na rynek tego samego dnia dwa osobne wydawnictwa, które stały się jednymi z najważniejszych płyt lat 90-tych, sprzedały się w łącznym nakładzie ponad 35 milionów sztuk i dały zespołowi aż 9 hitów na listach przebojów oraz trwałe miejsce wśród największych grup rockowych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Można by pomyśleć, że skoro płyty odniosły tak wielki sukces, to &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-5UBjqQ7Xzg8/TnTCae0o90I/AAAAAAAADo0/8bklBcZABR4/s1600/GnR--UseYourIllusion1.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-5UBjqQ7Xzg8/TnTCae0o90I/AAAAAAAADo0/8bklBcZABR4/s200/GnR--UseYourIllusion1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5653357192463054658" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;wszystko od samego początku szło jak po maśle. Było jednak całkowicie odwrotnie. Prace nad płytami zaczęły się jeszcze w latach 80-tych. Gunsi, będący na fali po niesamowitym sukcesie debiutanckiej płyty, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Appetite For Destruction&lt;/span&gt;, zyskiwali rzesze fanów i grali coraz więcej koncertów, brakowało jednak czasu na to, o czym marzyła wytwórnia płytowa – album, który na fali świetnie sprzedającego się debiutu, wspiąłby się natychmiast na szczyty list przebojów. Zespół wydał co prawda EPkę &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lies&lt;/span&gt;, ale była to tylko przystawka sprezentowana zniecierpliwionym fanom, by choć na chwilę zaspokoić ich apetyt. Sesje nagraniowe rozpoczęły się dopiero w 1990 roku, choć zespół nie startował od zera. Kilka z kompozycji, które znalazły się na obu albumach, to utwory, które powstawały podczas sesji &lt;span style="font-style: italic;"&gt;AFD&lt;/span&gt;. Późniejsze wielkie hity, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Don’t Cry&lt;/span&gt; i cover utworu &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Boba Dylana&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Knockin’ On Heaven’s Door&lt;/span&gt;, grane były już podczas pierwszych koncertów zespołu, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Back Off Bitch&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;You Could Be Mine&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Civil War&lt;/span&gt; też powstały jeszcze w latach 80-tych, a &lt;span style="font-style: italic;"&gt;November Rain&lt;/span&gt; to z kolei kompozycja, której początki sięgają 1982 roku. Zespół wchodził więc do pierwszego z wielu studiów nagraniowych z całkiem niezłą ilością materiału, jak na początek sesji. Trzeba jednak było dopisać jeszcze kilka rzeczy. Kilka w krótkim czasie przerodziło się w kilkanaście i tak z płyty pojedynczej, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;UYI&lt;/span&gt; stało się wydawnictwem podwójnym, a przez pewien czas mówiło się nawet o albumie poczwórnym. O ile w kwestii kompozycji, zespół odczuwał niewątpliwy nadmiar bogactwa, o tyle niemal od początku sesji nagraniowych, grupa cierpiała na deficyt muzyków. Perkusista &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Steven Adler&lt;/span&gt; zdołał w bólach nagrać jeden nowy utwór, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Civil War&lt;/span&gt;, po czym z hukiem wyleciał z kapeli, jako pierwszy członek oryginalnego składu, z powodu zbytniego uwielbienia dla używek wszelakich, głównie narkotyków. Jak pokazał czas, wiele się pod tym względem w jego życiu nie zmieniło. Zastąpił go znany z &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;The Cult&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Matt Sorum&lt;/span&gt;. Zespół zasilił także klawiszowiec &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dizzy Reed&lt;/span&gt;, który był już w orbicie zainteresowań grupy kilka lat wcześniej, jednak paskudny wypadek i w konsekwencji złamanie ręki, nieco opóźniły jego wstąpienie w szeregi Guns N’ Roses.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy w końcu udało się skompletować nową ekipę, na zespół co jakiś czas spadały kolejne problemy. A to &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Izzy Stradlin&lt;/span&gt; pomylił popielniczkę w samolocie z ubikacją, za co został aresztowany, innym razem z kolei zespół wywołał burdy i olbrzymie straty w St. Louis po tym, jak &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Axl&lt;/span&gt; rzucił się na jednego z fanów, który filmował koncert, a następnie zszedł ze sceny i już na nią nie wrócił. Skandale nie pomagały na pewno w procesie nagrywania płyty, ale podtrzymywały cały czas zainteresowanie zespołem. Kiedy w końcu krążki znalazły się w sklepach, okazały się niemal całkowitym przeciwieństwem debiutu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-qtCojFnJhZ8/TnTCvzzZYhI/AAAAAAAADpE/k9LI01Fullg/s1600/gnr.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 298px; height: 300px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-qtCojFnJhZ8/TnTCvzzZYhI/AAAAAAAADpE/k9LI01Fullg/s320/gnr.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5653357558872236562" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Na obu albumach pojawiła się masa gości, od gwiazdy rocka, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Alice’a Coopera&lt;/span&gt;, który zaśpiewał z Axlem utwór &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Garden&lt;/span&gt;, przez wokalistę &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Blind Melon&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Shannona Hoona&lt;/span&gt;, pojawiającego się w paru kompozycjach, w tym w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Don’t Cry&lt;/span&gt;, po sekcje dętą i licznych znajomych zespołu, udzielających się w chórkach. Zmianie uległa też muzyka zespołu. Owszem, wciąż było tam dużo agresywnego rocka, znanego z &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Appetite For Destruction&lt;/span&gt;, ale tym razem zespół postawił też na spora różnorodność stylistyczną. Największą zmianą było wprowadzenie fortepianu, który od tej pory stał się nieodłączną częścią muzyki GN’R. Zespół zaczął też eksperymentować z bardziej złożonymi kompozycjami, czego efektem było kilka utworów o czasie trwania powyżej siedmiu minut. Grupa niewątpliwie dojrzała muzycznie, stała się bardziej wszechstronna w prezentowanym materiale i zapędzała się w odległe rejony brzmieniowe. Fani usłyszeć więc mogli zarówno ostre, bezkompromisowe kawałki, które świetnie pasowałyby do debiutu, jak &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Back Off Bitch&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Perfect Crime&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Right Next Door To Hell&lt;/span&gt;, formy bardziej rozbudowane, wielowątkowe, których zespół wcześniej nie prezentował, w postaci &lt;span style="font-style: italic;"&gt;November Rain&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Coma&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Locomotive&lt;/span&gt; oraz &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Estranged&lt;/span&gt;, czy stonesowskie rock n’ rolle, jak &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dust N’ Bones&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;14 Years&lt;/span&gt;. Nowością były także ballady, których na pierwszej płycie zespół unikał. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Don’t Cry&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;So Fine&lt;/span&gt; prezentowały właśnie to nowe, łagodniejsze oblicze Gunsów. Nie brakowało jednak innych smaczków – mieliśmy więc elementy country (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;You Ain’t The First&lt;/span&gt;), dęciaki (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Live And Let Die&lt;/span&gt;), nieco flamenco (zakończenie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Double Talkin’ Jive&lt;/span&gt;) oraz przedziwny i ciężkostrawny, elektroniczny eksperyment Axla (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;My World&lt;/span&gt;). Kolejnym novum były covery – po jednym na płycie: dwójka zawierała wspomniane nagranie Dylana, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Knockin’ On Heaven’s Door&lt;/span&gt;, które w wersji Gunsów stało się jedną z najbardziej znanych przeróbek wszech czasów, na jedynce zaś znalazł się utwór &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Live And Let Die&lt;/span&gt;, w oryginale wykonywany przez &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Paula McCartneya&lt;/span&gt; i napisany na potrzeby bondowskiego filmu o tym samym tytule. Następną niespodzianką były kwestie rozdzielenia zadań wokalnych – Axl nie śpiewał już wszystkich kompozycji. Swoje 5 minut dostali zarówno basista &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Duff McKagan&lt;/span&gt; (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;So Fine&lt;/span&gt;), jak i przede wszystkim, główny, obok Axla, kompozytor grupy, Izzy Stradlin (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;14 Years&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dust N’ Bones&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;You Ain’t The First&lt;/span&gt;).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obie płyty &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Use Your Illusion&lt;/span&gt; osiągnęły niesamowity sukces komercyjny, a co za tym idzie, także finansowy. Idąc za ciosem, zespół przez ponad 3 lata grał koncerty na całym świecie, wykonując przynajmniej raz niemal wszystkie kompozycje z tych płyt. Czy był to jednak także sukces twórczy? Gunsi wykazali się sporą odwagą, lub jak kto woli, głupotą. Rzadko się zdarza, by zespół z tak niewielkim stażem i posiadający w dorobku ledwie jedną pełną płytę studyjną decydował się na podwójne wydawnictwo. Materiału było oczywiście sporo, jednak, nie da się ukryć, nie wszystkie utwory prezentują taki sam poziom. O ile ciężko nie dostrzec geniuszu w kompozycjach pokroju &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Estranged&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Coma&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;You Could Be Mine&lt;/span&gt;, to jednak część kawałków (choćby &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Don’t Damn Me&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Bad Apples&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Garden Of Eden&lt;/span&gt;, czy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Perfect Crime&lt;/span&gt;) to zwykłe wypełniacze, które znacznie lepiej sprawdziłyby się na stronach B singli. I to jest chyba największa wada tych płyt – znalazło się na nich 150 minut muzyki, i w efekcie zamiast jednej genialnej płyty i sporej ilości niezłego materiału do upchnięcia na singlach, otrzymaliśmy dwie płyty więcej niż dobre, ale z pewnością bardzo nierówne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nieodłącznym elementem promocji &lt;span style="font-style: italic;"&gt;UYI&lt;/span&gt; były naturalnie teledyski, &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-sfDbDD9QgSY/TnTChc_jISI/AAAAAAAADo8/eyzB4L_zc2Q/s1600/GunsnRosesUseYourIllusionII.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 200px; height: 199px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-sfDbDD9QgSY/TnTChc_jISI/AAAAAAAADo8/eyzB4L_zc2Q/s200/GunsnRosesUseYourIllusionII.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5653357312231022882" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;które pamięta chyba każdy, kto 20 lat temu choćby odrobinę interesował się już muzyką. Nakręcono ich aż osiem (w tym do wydanego tylko na singlu vhs &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Garden Of Eden&lt;/span&gt;), a także koncertowy teledysk do &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Knockin’ On Heaven’s Door&lt;/span&gt;, pochodzący z koncertu pamięci &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Freddiego Mercury’ego&lt;/span&gt; i również koncertowy klip do &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Civil War&lt;/span&gt;. Część filmików powstawała nawet w kilku wersjach (jak choćby wspomniane &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Garden Of Eden&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Don’t Cry&lt;/span&gt;). Rozmach, jaki za sprawą Axla towarzyszył kręceniu kolejnych obrazów, wymykał się powoli spod kontroli, czego kulminacją było wynajęcie olbrzymiego tankowca do kręcenia scen na oceanie, które wykorzystane zostały w klipie do &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Estranged&lt;/span&gt;. Proces tworzenia teledysków do tzw. trylogii, w skład której wchodziły &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Don’t Cry&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;November Rain&lt;/span&gt; i właśnie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Estranged&lt;/span&gt;, można było obejrzeć na trzech kasetach vhs, zatytułowanych &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Making Of Fuckin’ Videos&lt;/span&gt;. Niestety dokumenty te do dzisiaj nie zostały wydane na DVD i wobec niechęci Axla do reszty muzyków Guns N’ Roses, raczej się tego nie doczekamy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Use Your Illusion&lt;/span&gt; było pierwszym wydawnictwem Gunsów, na które w pełni świadomie czekał niemal cały świat rocka. Miało ich ono wprowadzić do muzycznej ekstraklasy. I tak też się stało, tyle, że jednocześnie, były to ostatnie studyjne krążki GN’R z autorskim materiałem. Już podczas trasy koncertowej doszło do kluczowej zmiany w szeregach zespołu – zmęczony trudami podróży i próbujący rzucić używki Izzy Stradlin pożegnał się z kolegami pod koniec 1991 roku (choć później wrócił na kilka koncertów, grając zamiast swojego następcy, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Gilby Clarke’a&lt;/span&gt;, który złamał rękę podczas charytatywnego wyścigu Harleyów). Trzy lata spędzone razem w trasie dość mocno zaszkodziły też relacjom między Axlem, a resztą zespołu. Coraz bardziej apodyktyczny i notorycznie spóźniający się po kilka godzin na koncerty Axl, niezbyt dobrze radził sobie ze sławą oraz kolejnymi nieudanymi związkami. Mimo tego, występy Guns N’ Roses w tamtym czasie były prawdziwym świętem muzyki, bo gdy już zespół w końcu pojawiał się na scenie, fani mogli liczyć czasem nawet na trzy godziny muzyki, niemal codziennie z innym zestawem utworów i dodatkowymi atrakcjami w postaci gości specjalnych, czy też akustycznego setu, podczas którego muzycy rozsiadali się wygodnie na wielkiej sofie, umieszczonej na środku sceny i zajadali się pizzą, dostarczaną na scenę w trakcie koncertu. Ostatni koncert trasy promującej płyty &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Use Your Illusion&lt;/span&gt;, który odbył się 17. lipca 1993 roku w Buenos Aires, był jednak także ostatnim występem na scenie zespołu Guns N’ Roses, choć jak pokazał czas, nie ostatnim w wykonaniu muzyków, posługujących się tą nazwą. To już jednak zupełnie inna historia.&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:donotoptimizeforbrowser/&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:donotoptimizeforbrowser/&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-7961693126761517479?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/7961693126761517479/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=7961693126761517479' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/7961693126761517479'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/7961693126761517479'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/09/20-lat-w-swiecie-iluzji.html' title='20 lat w świecie Iluzji'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-5UBjqQ7Xzg8/TnTCae0o90I/AAAAAAAADo0/8bklBcZABR4/s72-c/GnR--UseYourIllusion1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-7360288817140210541</id><published>2011-09-14T11:38:00.003+02:00</published><updated>2011-09-14T11:53:39.511+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bizon'/><title type='text'>Heritage – Opeth, jakiego nie znaliście</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:donotoptimizeforbrowser/&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Żeby nie marnować czasu metalowych ortodoksów, którzy nie tolerują niczego, co nie ma podwójnej stopy, odpowiedniej liczby decybeli i nie jest wywrzeszczane tak, że od samego słuchania gardło boli, od razu na samym wstępie napiszę, że zespół &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Opeth&lt;/span&gt; właśnie wydał płytę wielką, choć wciąż waham się, czy nazwać ją płytą wybitną. Wszyscy zbulwersowani mogą już w ramach odtrutki włączyć któryś z pierwszych albumów zespołu, tych nieco bardziej tolerancyjnych i otwartych na nowe doznania muzyczne zapraszam do kolejnej części tej recenzji, gdzie postaram się przedstawić uzasadnienie takiego wyroku.    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-cVv-Lw2uags/TnB2hxulmSI/AAAAAAAADok/NOb2Y1DuENs/s1600/heritage.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-cVv-Lw2uags/TnB2hxulmSI/AAAAAAAADok/NOb2Y1DuENs/s200/heritage.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5652147855006472482" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Opeth to na pewno jeden z ciekawszych zespołów ostatnich dwudziestu lat. Dowodzona przez &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mikael Åkerfeldta&lt;/span&gt; grupa, była jednym z pionierów stylu, określanego jako extreme progressive metal, lub po prostu progressive death metal, w którym obok mocy i ciężaru muzycznego oraz growlingu, znanych z ekstremalnych odmian metalu, usłyszeć można było skomplikowane przejścia i połamańce rytmiczne, typowe dla muzyki progresywnej. Styl wykonywanej przez nich muzyki ewoluował jednak na przestrzeni lat, na ostatnich płytach wyraźnie zmierzając bardziej w kierunku progresji. Ewoluował też śpiew lidera, który coraz częściej decydował się na czyste wokale w swoich kompozycjach. To oczywiście musiało nieco podzielić fanów. Obóz „progresywny” był wniebowzięty, frakcja „ekstremalna” wręcz przeciwnie. Zespół wciąż jednak starał się prezentować coś, co zadowoliłoby w jakimś stopniu obie strony. Tym razem jednak, mam nieodparte przeczucie, że część żądnych mocnego „mięcha” fanów postawi na zespole krzyżyk, może nawet odwrócony...&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Powód? Dość oczywisty – Opeth nagrał płytę, którą można spokojnie określić mianem rocka progresywnego z elementami jazzu. Żeby jednak szok nie był zbyt wielki, zespół przygotowywał swoich fanów na ten moment. Od dawna w wywiadach przeczytać i usłyszeć mogliśmy, że nowy album będzie zawierał wiele odniesień do muzyki przełomu lat 60-tych i 70-tych, że będą na nim jedynie czyste wokale, a zamiast blastów, będą wyeksponowane klawisze. Tak też się stało. Album spięty jest instrumentalną klamrą. Intro to fortepianowa miniaturka, w czasie której słuchacz może się przez chwile zastanawiać, czy aby panowie Szwedzi nie wygrzebali jakiegoś starego nagrania niejakiego &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Chopina&lt;/span&gt;. Niezwykle piękna rzecz, która cudnie wprowadza nas w odpowiedni nastrój. Równie piękne jest zakończenie, tym razem oparte głównie na delikatnych dźwiękach gitar. Znakomity pomysł, świetnie zrealizowany, pozwalający najpierw na poczucie atmosfery tej płyty, a potem na chwilę zadumy nad tym, co usłyszeliśmy w międzyczasie.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;A międzyczas ten, to jeszcze osiem kolejnych utworów, trwających ponad pięćdziesiąt minut. Zespół zrezygnował tym razem z bardzo złożonych, kilkunastominutowych form, skupiając się przy tym bardziej na klimacie. Część zasadniczą płyty rozpoczyna kompozycja &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Devil’s Orchard&lt;/span&gt;, którą można było od kilku tygodni usłyszeć w internecie, dzięki samemu zespołowi. I już od pierwszych sekund tego utworu, w zasadzie wiemy z czym będziemy mieli do czynienia na sporej części płyty. Znakomite, klimatyczne brzmienie gitar, które niemal natychmiast przywołują skojarzenia z wielkimi wykonawcami sceny progresywnej, takimi jak &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;King Crimson&lt;/span&gt;, czy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Caravan&lt;/span&gt;. Co innego jednak zwraca szczególną uwagę, gdyż jest w muzyce tego zespołu pewnym novum. Po pierwsze, świetne, archaiczne w dobrym tego słowa znaczeniu brzmienie klawiszy i znakomita, momentami niemal jazzowa perkusja. Wyciszenie pod koniec piątej minuty i następująca po nim część utworu, to tak wielki ukłon w stronę choćby wczesnego &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Deep Purple&lt;/span&gt;, że aż ciężko uwierzyć, że mamy rok 2011 i słuchamy zupełnie świeżej płyty.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Wspomniany utwór ustawia poprzeczkę niezwykle wysoko dla całej płyty, ale przyznać trzeba, że pozostałe utwory nie odstępują poziomem. Jedynym kawałkiem, który lekko odstaje od całości, jest &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Slither&lt;/span&gt;. Nie odstaje jednak poziomem, a raczej stylem, przez co niezbyt dobrze pasuje do ogólnego klimatu płyty. Utwór ten to bowiem hołd dla &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ronniego Dio&lt;/span&gt; i to słychać w zasadzie w każdej nucie. Gdyby pod instrumentalną wersję &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Slither&lt;/span&gt; podłożyć jakimś cudem wokal Dio, ten utwór bez problemu można by umieścić na którejś z wczesnych płyt &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rainbow&lt;/span&gt; i nikt chyba nie zorientowałby się, że gra tu inny zespół. Jest to udana kompozycja, ale zwyczajnie nie do końca dobrze brzmi na tej płycie, w takim muzycznym otoczeniu. Pewnie dużo lepiej sprawdziłby się ten utwór jako b-side lub japoński bonus.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Pozostała część wydawnictwa to jednak, pod każdym względem, &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-toj0p_a54UI/TnB2sYsOXLI/AAAAAAAADos/iwIueqVZG_Y/s1600/opeth.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 222px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-toj0p_a54UI/TnB2sYsOXLI/AAAAAAAADos/iwIueqVZG_Y/s320/opeth.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5652148037264235698" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;uczta dla uszu. Gdybym miał opisać tę płytę jednym słowem, wybrałbym określenie „subtelna”. Oczywiście, są tu nieco mocniejsze partie, przypominające, że jednak mamy do czynienia z zespołem, grającym głośno i z mocą, ale jednak główną zaletą tej płyty są subtelne, pełne klimatu, niemal jazzujące fragmenty. Nie brakuje takich choćby w utworze &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Nepenthe&lt;/span&gt;, którego nie powstydziłby się ani zespół &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Gentle Giant&lt;/span&gt;, ani niejaki &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Robert Fripp&lt;/span&gt;. Z kolei szósta minuta kolejnego utworu, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Häxprocess&lt;/span&gt;, kiedy wchodzi iście knopflerowska gitara, a bas wygrywa w tle cudownie ciepłe dźwięki, to niemal muzyka relaksacyjna i to w dobrym tego słowa znaczeniu. To jednak nie koniec dość niespodziewanych motywów muzycznych na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Heritage&lt;/span&gt;. Utwór &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Famine&lt;/span&gt; to świetna kompozycja prowadzona chwytliwym, crimsonowym motywem gitarowym, zanim jednak taką się staje, otwiera ją ponownie piękny motyw fortepianowy, następujący zaraz po wstępie, zaskakującym brzmieniem plemiennych bębnów. Jakby tego było mało, środek utworu to mały ukłon w stronę &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Jethro Tull&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Deadsoul Tribe&lt;/span&gt;, słyszymy bowiem znakomicie wkomponowany w całość flet. Tak, to wciąż recenzja płyty Opeth.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Z transu, w który mógł niejednego słuchacza wprowadzić &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Famine&lt;/span&gt;, wybudza nas chyba najbardziej żywiołowa i najkrótsza (nie licząc fortepianowego intro otwierającego album) kompozycja na płycie – &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Lines In My Hand&lt;/span&gt;. Zawiedzie się jednak każdy, kto spodziewał się tu powrotu do mocy z wczesnych albumów Opeth. Jest intensywnie i szybko, ale na pewno nie ciężko i nie głośno. Utwór ten to przede wszystkim popis perkusisty &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Martina Axenrota&lt;/span&gt;. Pokazuje się on na tej płycie z jak najlepszej strony, zazwyczaj jednak odsłaniając swoje bardziej subtelne, rozimprowizowane oblicze. Tym razem mamy mały pokaz wzorcowego wręcz, hard rockowego łojenia. Prawdziwą wisienką na torcie jest jednak ostatni utwór przed wspomnianym wcześniej, instrumentalnym zamknięciem płyty – kompozycja &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Folklore&lt;/span&gt;. Wkręcający się w głowę, dobry motyw przewodni gitary i nasycony efektami wokal Åkerfeldta ponownie wprowadzają słuchacza w pewnego rodzaju trans, a następnie, po chwilowym wyciszeniu, stery w utworze przejmuje niemal przebojowa partia gitary, która ozdabia coraz bardziej rozpędzającą się kompozycję. I tu kolejny ukłon w stronę dawnych muzycznych czasów – &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Folklore&lt;/span&gt; kończy się wyciszeniem. Zabieg kiedyś dość nagminnie stosowany, dziś niemal niespotykany, a wręcz uznawany za dowód na brak pomysłów na zakończenie utworu. Śmiem twierdzić, że w tym przypadku świadczy to właśnie o czymś wręcz przeciwnym. Wyciszone zakończenie znakomicie wpasowuje się w brzmienie całej płyty – celowo nieco „staroświeckie”, zdecydowanie nawiązujące do wzorców sprzed ponad czterdziestu lat. Część słuchaczy będzie zapewne na produkcję tej płyty właśnie z tego powodu narzekać. Sam muszę przyznać, że lubię, kiedy płyta brzmi soczyście, a wszystkie instrumenty aż kopią w głośniki, żeby wydostać się na zewnątrz. Tym razem jednak, lekkie przytłumienie, miękkość i łagodność dźwięku pasują do &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Heritage&lt;/span&gt; wręcz idealnie.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Równie ciekawie jak sama płyta, przedstawia się też jej szata graficzna. Okładka, zaprojektowana jak zwykle przez &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Travisa Smitha&lt;/span&gt;, który zdobi też swoimi pracami wydawnictwa &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Riverside&lt;/span&gt;, przedstawia drzewo, na którym znajdują się głowy muzyków Opeth. Ma ono symbolizować rozkwitanie zespołu, jednocześnie przypominając, poprzez biegnące do piekła korzenie, o metalowej przeszłości zespołu. Zauważyć też można, że głowa klawiszowca &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Pera Wiberga&lt;/span&gt; zmierza ku ułożonym pod drzewem czaszkom, symbolizującym podobno byłych członków grupy. Wiberg rozstał się z zespołem pod koniec sesji nagraniowych do &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Heritage&lt;/span&gt;. Zastąpił go, przynajmniej tymczasowo, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Joakim Svalberg&lt;/span&gt;, który zdążył jeszcze nagrać fortepianowy wstęp do płyty.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Czy jest to płyta wybitna, jeszcze nie wiem. Takie określenia pojawiają się jednak zazwyczaj po znacznie większej ilości odsłuchów. Jest to jednak na pewno wydawnictwo, obok którego ciężko będzie przejść obojętnie. Spora część fanów zapewne z miejsca je odrzuci, znajdą się jednak fani nowi, którzy być może wcześniej na ten zespół nie zwracali uwagi. Opeth zapędził się jednak w pułapkę i za jakiś czas stanie przed dylematem, czy wrócić do cięższego grania, czy kontynuować obraną na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Heritage&lt;/span&gt; ścieżkę, a może po raz kolejny zaskoczyć wszystkich i obrać po raz kolejny zupełnie nowy kierunek. Wybór na pewno niełatwy, tym bardziej, że oczekiwania wobec kolejnej płyty będą teraz zapewne ogromne. Åkerfeldt udowodnił jednak wraz z kolegami, że jest muzykiem i kompozytorem z najwyższej muzycznej półki i nowe wyzwania mu nie straszne. Następną płytą, póki co, martwić się nie musi, na razie może skupić się na zbieraniu gratulacji za &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Heritage&lt;/span&gt; – album, który z pewnością będzie bardzo mocnym kandydatem do miana płyty roku.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-7360288817140210541?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/7360288817140210541/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=7360288817140210541' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/7360288817140210541'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/7360288817140210541'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/09/heritage-opeth-jakiego-nie-znaliscie.html' title='Heritage – Opeth, jakiego nie znaliście'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-cVv-Lw2uags/TnB2hxulmSI/AAAAAAAADok/NOb2Y1DuENs/s72-c/heritage.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-3939005050428565829</id><published>2011-09-12T13:21:00.005+02:00</published><updated>2011-09-12T13:38:46.217+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bizon'/><title type='text'>Gdzieś to już słyszałem, czyli nowa płyta Dream Theater</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Właśnie do sklepów trafia jeden z najbardziej oczekiwanych &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-hlwC99RgFVQ/Tm3uwhSQTHI/AAAAAAAADoU/-LQ2hc4dv0g/s1600/dt%2Bcover.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-hlwC99RgFVQ/Tm3uwhSQTHI/AAAAAAAADoU/-LQ2hc4dv0g/s200/dt%2Bcover.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5651435624755907698" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;krążków tego roku, nowy studyjny album gigantów muzyki progresywnej, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dream Theater&lt;/span&gt;. Dlaczego najbardziej oczekiwany, to oczywiście każdy siedzący choć odrobinę w temacie doskonale wie – jest to pierwsza płyta w historii zespołu, na której nie gra jego dotychczasowy lider i „pan od wszystkiego”, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mike Portnoy&lt;/span&gt;. Liczba Mike’ów w zespole jednak zachowana, w jego miejsce mamy innego perkusyjnego wymiatacza, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mike’a Mangini&lt;/span&gt;, który z niejednego muzycznego pieca chleb jadał. O jakość bębnów na płycie martwić się więc nie należało, co innego jeśli chodzi o jakość samych kompozycji. Niestety, w ostatnich latach zespół nieco obniżył loty, coraz bardziej oddalając się od tabliczki z napisem ‘progresja’, nagrywając w zamian mocno średnie płyty, wypełnione oklepanymi patentami i opowieściami o mrocznych siłach, które może i dobrze by brzmiały na płycie jakiegoś groźnego zespołu dla nastolatków, ale jakoś średnio pasują do takiego zespołu, jak DT. Ile w takim graniu było winy Portnoya, a ile reszty zespołu, zwłaszcza drugiego z głównych kompozytorów – &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Johna Petrucci&lt;/span&gt;, tego do końca nie wiadomo. Wiadomo natomiast, co udało się panom bez swojego dawnego kompana stworzyć.  &lt;/div&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;Już ładnych parę tygodni temu do sieci trafił, w całkowicie kontrolowany i zgodny z prawem sposób, pierwszy zwiastun nowej płyty – singlowe nagranie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;On The Backs Of Angels&lt;/span&gt;. Fani zdążyli się już z nim doskonale zaznajomić, bo grupa grała go na każdym koncercie swojej letniej trasy koncertowej, w tym także w katowickim Spodku. Kompozycja nie należy może do wybitnie odkrywczych, ani nie sięga wyżyn możliwości zespołu, ale większość słuchaczy oceniła ją pozytywnie, bo przyznać trzeba, że jak na nagranie singlowe, prezentuje się więcej niż przyzwoicie, zapewniając solidną dawkę gitarowo klawiszowych wygibasów, a także sporo łatwo zapamiętywalnych motywów, jednocześnie nie popadając w banał i zbyt dużą piosenkowość, co było udziałem choćby nieszczęsnego &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Forsaken&lt;/span&gt; z płyty &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Systematic Chaos&lt;/span&gt;. Nagranie, choć nie rzuciło może na kolana, narobiło „smaka” na całą płytę i dało nadzieję na to, że tym razem nie będzie rozczarowania w dniu premiery, jak to miało miejsce w przypadku wspomnianej już płyty &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Systematic Chaos&lt;/span&gt;, a także, choć w dużo mniejszym stopniu, ostatniego krążka zespołu – B&lt;span style="font-style: italic;"&gt;lack Clouds and Silver Linings&lt;/span&gt;. Bo i podstawy do optymizmu były. On The Backs Of Angels to bardzo przyjemny numer, z ciekawymi partiami klawiszy i udaną wstawką fortepianową – może szkoda nawet, że tak krótką, bo gdyby utwór poszedł w tym kierunku, mogłoby być jeszcze ciekawiej.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;Tygodnie mijały, zespół publikował w internecie fragmenty kolejnych utworów z płyty, aż w końcu na dziesięć dni przed jej premierą, całość tradycyjnie wyciekła do sieci. Dzięki temu w dniu premiery, kiedy to w normalnych okolicznościach ściągam płytę ze sklepowej półki, mam za sobą już ładne kilkanaście odsłuchów całości, stąd i zwłoka w umieszczeniu recenzji tego wydawnictwa nie jest konieczna. Co zatem znajduje się na krążku? Dziewięć utworów, trwających łącznie niemal 80 minut. To już tradycja w Dream Theater, że w ostatnich latach czas na płycie CD jest wykorzystywany przez zespół do maksimum. Z jednej strony to cieszy, bo to zawsze więcej muzyki od tego świetnego przecież zespołu. Z drugiej zaś, przyznać trzeba, że ostatnimi czasy te 80 minut było prawdziwym przekleństwem dla fanów, bo naprawdę dobrych pomysłów muzykom starczało na połowę tego czasu, a reszta była pokazem samopowielania się i przeciągania pewnych motywów do granic wytrzymałości słuchaczy. No ale oczywiście głupotą byłoby nastawiać się do albumu przed jego przesłuchaniem tylko w oparciu o czas trwania płyty.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-SGogWBi-uZs/Tm3u_qFwOfI/AAAAAAAADoc/dDQWgOT9JJc/s1600/dt.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 320px; height: 221px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-SGogWBi-uZs/Tm3u_qFwOfI/AAAAAAAADoc/dDQWgOT9JJc/s320/dt.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5651435884817431026" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Trzeba przyznać, że zespół starał się wprowadzić do swojej muzyki coś nowego. Świadczą o tym choćby bardzo nietypowe jak na DT wejścia do takich utworów, jak przyprawiony odrobiną kosmicznych klawiszy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Build Me Up, Break Me Down&lt;/span&gt;, czy gardłowe zaśpiewy we wstępie do &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Bridges In The Sky&lt;/span&gt;, które stały się już internetowym obiektem żartów fanów zespołu. Pomysłów jednak nie zawsze starcza na całe utwory. Nierówna jest zwłaszcza pierwsza część płyty. O ile zachwycić można się rozpoczynającym się od pięknego fortepianowego intra, nieco zakręconym utworem &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lost But Not Forgotten&lt;/span&gt;, który swoją drogą, chwilę później zaczyna mocno przypominać kawałek &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Under A Glass Moon&lt;/span&gt;, nagrany przez DT niemal 20 lat temu, tak już niestety ciężko znaleźć coś nowego, lub po prostu ciekawego w do bólu średnim &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Build Me Up, Break Me Down&lt;/span&gt;. Kolejny z utwór z pierwszej części płyty, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;This Is The Life&lt;/span&gt;, to z kolei całkiem nieźle bujający kawałek z więcej niż przyjemną solówką Petrucciego, choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zespół chciał stworzyć kolejne &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Spirit Carries On&lt;/span&gt;, a poziom to jednak chyba jeszcze nie ten. To zresztą jeden z moich głównych zarzutów odnośnie tej płyty – muzycy co rusz przypominają nam o swojej chlubnej przeszłości, przemycając w niemal każdym utworze jakiś smaczek, który ewidentnie przywodzi na myśl jedną z kompozycji z bliższej lub dalszej przeszłości zespołu. Dotyczy to także kolejnego na płycie, swoją drogą bardzo udanego i wzmocnionego solidną dawką ciężkich riffów, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Bridges In The Sky&lt;/span&gt;, który momentami dość mocno nawiązuje w warstwie muzycznej do zakończenia suity &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Six Degrees Of Inner Turbulence&lt;/span&gt;. Ten utwór to jednak w pewnym sensie przełom tej płyty, gdyż dalej jest już tylko lepiej.&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;Druga połowa wydawnictwa, to dwa dłuższe utwory przeplatane dwoma zdecydowanie najkrótszymi kompozycjami na płycie. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Outcry&lt;/span&gt; to potężne wejście dość prostego motywu, podbarwionego symfonicznymi klawiszami, zanim całość, przechodząc przez chwytliwą i podniosłą część śpiewaną, zmienia się w kilkuminutowy instrumentalny kosmos. O tym, że panowie muzycy z Dream Theater to światowa czołówka w grze na swoich instrumentach, przekonywać chyba nikogo nie trzeba. I &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Outcry&lt;/span&gt; jest właśnie tym momentem na płycie, kiedy z całą stanowczością nam to udowadniają. Prym wiedzie zwłaszcza &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Jordan Rudess&lt;/span&gt;, wyczarowując kosmiczne dźwięki ze swoich klawiszy, szybko dołącza do niego Petrucci i mamy klasyczny wręcz dreamtheaterowy pojedynek na instrumenty. Panowie bawią się jak za najlepszych lat w &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Liquid Tension Experiment&lt;/span&gt;, zanim wszystko nagle wraca do tej bardziej ‘piosenkowej” części, znanej z początku.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;Najlepsze jednak wciąż przed nami, gdyż tym razem, celowo lub nie, zespół swoje najmocniejsze kompozycje zachował na sam koniec płyty. Zaczynamy więc od fortepianowej ballady &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Far From Heaven&lt;/span&gt;, stanowiącej niejako wstęp do ponad dwunastominutowego utworu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Breaking All Illusions&lt;/span&gt;. Nie sposób nie dostrzec analogii z zakończeniem płyty &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Images &amp;amp; Words&lt;/span&gt;, czyli utworami &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wait For Sleep&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Learning To Live&lt;/span&gt;. Tym bardziej, że podobnie, jak w przypadku ostatniego utworu na tamtej płycie, autorem tekstu do &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Breaking All Illusions&lt;/span&gt; jest basista grupy, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;John Myung&lt;/span&gt;, który ostatni raz swój utwór na płycie Dream Theater miał jakieś 12 lat temu. Oprócz tego, kawałek ten momentami, zwłaszcza w początkowej i końcowej fazie, po prostu brzmi dość podobnie do swojego wielkiego i uwielbianego przez fanów poprzednika. Nic więc dziwnego, że w pierwszych recenzjach często wymieniany jest jako najmocniejszy punkt nowej płyty. I z tą opinią muszę się chyba zgodzić, bo faktycznie, przyznać trzeba, że tak dobrze przemyślanego i napisanego utworu, Dream Theater nie nagrali już dawno. Atutem kompozycji jest zwłaszcza zupełnie zwariowana środkowa część instrumentalna, w której panowie łoją chwilami dość mocno, ale jednocześnie nie stronią od nawiązań do klasyków rocka progresywnego, a na dokładkę maestro Petrucci serwuje tak soczystą solówkę, że aż nie wypada nie rozpłynąć się w zachwycie.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;Po tak smakowitym daniu, można by w zasadzie wyjść z restauracji w poczuciu nasycenia. Szefowie kuchni niosą nam już jednak równie udany deser. Rzadko się zdarza, by album Dream Theater zamykał utwór spokojny, niemal akustyczny, wyciszający emocje wzbudzone przez wcześniejsze kompozycje. Tym bardziej brawa dla zespołu, za to, że zdecydował się na takie właśnie rozwiązanie. I choć mógłbym się przyczepić, że znowu momentami słyszę echa &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Through Her Eyes &lt;/span&gt;lub&lt;span style="font-style: italic;"&gt; The Silent Man&lt;/span&gt;, to jednak &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Beneath The Surface&lt;/span&gt;, bo taki tytuł nosi ostatni utwór na płycie, doskonale broni się sam. Nastrój wręcz melancholijny, podsycony podkładem Rudessa w tle, a do tego naprawdę świetna część środkowa z kosmicznym brzmieniem klawiszy, które pozornie kompletnie nie pasuje do reszty, a jednak znakomicie się sprawdza i wprowadza w pewnym sensie element zaskoczenia. Takich rzeczy zespół nie grał chyba od czasów F&lt;span style="font-style: italic;"&gt;alling Into Infinity&lt;/span&gt;. I jaka to miła odmiana od powtarzanego przez nich ostatnio schematu, kiedy nowej płyty nie wieńczy kilkunastominutowe łojenie, z niemal niekończącym się outrem, a prosta w konstrukcji i zwyczajnie niezwykle miła dla ucha kompozycja oparta na akustycznych brzmieniach gitary.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;Ciężko jednoznacznie ocenić tę płytę. Oczekiwania, jak zawsze w przypadku tego zespołu, były spore, choć nauczony bolesnymi doświadczeniami poprzednich lat, cudów jednak się nie spodziewałem. Cudów też nie dostałem, ale muszę przyznać, że album po tych kilkunastu odsłuchach robi dobre wrażenie. Rudess w jednym z wywiadów mówił, że odejście chcącego kontrolować wszystko Portnoya w pewnym sensie dało reszcie muzyków więcej wolności i sprawiło, że zagrali na tej płycie partie, których być może nie odważyliby się zaproponować wcześniej. To niewątpliwie słychać, zwłaszcza w grze klawiszowca, który w wielu momentach wysuwa się na pierwszy plan. Innym, niezbyt zresztą cichym, bohaterem tej płyty jest wokalista &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;James LaBrie&lt;/span&gt;. Uważany często za najsłabsze ogniwo w zespole, wspiął się na wyżyny swoich możliwości i zaprezentował się najlepiej od wielu lat, co zresztą potwierdzał też podczas letniej trasy koncertowej. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;A Dramatic Turn Of Events&lt;/span&gt; to nie płyta wielka, czy przełomowa, ale to krok w dobrym kierunku i dalszy postęp w dźwiganiu się z dołka, jaki był udziałem zespołu w ostatnich latach.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;Tradycyjnie już płyta wyszła także w edycji rozszerzonej, w której to znaleźć można drugi krążek z instrumentalnymi wersjami wszystkich utworów z płyty. Idealne rozwiązanie dla każdego, kto mimo wszystko do wokalisty nie może się przekonać, choć tenże na tej płycie nie daje ku temu żadnych podstaw. Grupa oczywiście ruszy w kolejną część trasy koncertowej, tym razem grając zapewne dużo więcej utworów z nowej płyty. Po jesiennych występach w Stanach, Dream Theater przeniosą się na zimę do Europy, a jednym z pierwszych koncertów tego odcinka trasy będzie występ w poznańskiej Arenie, 29. stycznia 2012 roku. Supportem na całej trasie ma być amerykański zespół &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Periphery&lt;/span&gt;, w którym gra siostrzeniec Petrucciego.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-3939005050428565829?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/3939005050428565829/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=3939005050428565829' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/3939005050428565829'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/3939005050428565829'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/09/gdzies-to-juz-syszaem-czyli-nowa-pyta.html' title='Gdzieś to już słyszałem, czyli nowa płyta Dream Theater'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-hlwC99RgFVQ/Tm3uwhSQTHI/AAAAAAAADoU/-LQ2hc4dv0g/s72-c/dt%2Bcover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-6720393466166504482</id><published>2011-09-10T16:00:00.000+02:00</published><updated>2011-09-10T16:00:03.611+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='scena'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bizon'/><title type='text'>Menace - gitarowy ogień z północy kraju</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Musihilation&lt;/span&gt; to nie tylko artykuły o zjawiskach muzycznych, recenzje nowych wydawnictw, rzut oka na klasykę, czy wyciąganie na światło dzienne dawno zapomnianych artystów i płyt. To także próba, w miarę naszych na razie jeszcze skromnych możliwości, przedstawiania czytelnikom zespołów młodych, które z racji wykonywanej muzyki, ale też niezbyt dużego stażu, nie mogą liczyć na zbyt częstą obecność na większych portalach muzycznych. Dlatego z dużą przyjemnością od czasu do czasu sięgamy po dobrze rokujące kapele z naszego krajowego podwórka. Jedną z nich jest &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Menace.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;Zespół pochodzi z niedużego podtoruńskiego &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-pBXYDf1fPvk/TmlcqJP2OnI/AAAAAAAADoM/LGUyKuDzsTA/s1600/menacetapeta.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 300px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-pBXYDf1fPvk/TmlcqJP2OnI/AAAAAAAADoM/LGUyKuDzsTA/s320/menacetapeta.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5650149086619646578" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;miasteczka - Gniewkowa, a jego historia sięga roku 2005. Grupę założyli basista &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Boras&lt;/span&gt; oraz gitarzysta &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Kowal&lt;/span&gt;, a wkrótce dołączył do nich drugi wiosłowy, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Matys&lt;/span&gt;. Przez kolejne dwa lata kształtował się skład zespołu, który dopełnili w końcu perkusista &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Aloh&lt;/span&gt; i wokalista &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Żwiras&lt;/span&gt;. W tym zestawieniu osobowym, Menace nagrał swoje pierwsze demo, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Demo Is Amid Us&lt;/span&gt;. Grupa, mimo młodego wieku muzyków i zaledwie kilkuletniej działalności, zdążyła zagrać już ponad sto koncertów, dzieląc scenę z tak znanymi wykonawcami, jak &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Oddział Zamknięty&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Acid Drinkers&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Vintage&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Kat &amp;amp; Roman Kostrzewski&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Chainsaw&lt;/span&gt;. Zespół miał też okazję uczestniczyć w trasie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Strażnik Światła Tour&lt;/span&gt;, rozgrzewając publiczność przed występem legendy polskiej muzyki, zespołu &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Turbo&lt;/span&gt;. Muzycy mogą także zapisać sobie na plus udział w paru sporych festiwalach rockowych i metalowych – na kilku z nich zespół odnosił zresztą sukcesy. Wspomnieć należy choćby pierwsze miejsce na &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Festiwalu Mocnych Brzmień w Świeciu&lt;/span&gt; oraz Nagrodę Publiczności i wyróżnienie dla Matysa, jako najlepszego gitarzysty w konkursie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Battle Of The Bands&lt;/span&gt; podczas dwunastej edycji &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Fama Rock Festiwal&lt;/span&gt; w Iławie, gdzie zespół wystąpił przebijając się przez eliminacje, w których udział wzięło około 150 wykonawców.&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;Rok 2010, oprócz wspomnianych sukcesów koncertowych, to także wydanie pierwszego pełnego albumu Menace. Debiutancki krążek, nie posiadający tytułu (bądź, jak kto woli, zatytułowany po prostu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Menace&lt;/span&gt;), to ponad 35 minut pełnego energii grania, zdominowanego przez gitary. Panowie zapewniają sporo okazji do machania owłosieniem głowy, nie stroniąc jednak od motywów wolniejszych, wprowadzających potrzebne urozmaicenie. Na płycie znajduje się 10 utworów, większość z nich nie przekracza czterech minut, co może sugerować w pewnym sensie punkową prostotę. Jednak, o ile w niektórych kompozycjach faktycznie bardzo niewielkie punkowe naleciałości można usłyszeć, to utwory te cechuje spora różnorodność zastosowanych w nich rozwiązań. Na pewno zespół nie gra w myśl zasady – trzy akordy, darcie mordy. Jest czad, jest mnóstwo energii i sporo szybkiego łojenia, ale jest też w tym wszystkim pomysł i równowaga. Kiedy ma być ciężko, gęsto i z kopem, tak właśnie jest. Kiedy ma być więcej klimatu i przestrzeni, to Menace radzi sobie z tym bardzo dobrze.&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;W zasadzie już od pierwszych sekund utworu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;System&lt;/span&gt;, który otwiera album, możemy domyślać się, z czym będziemy mieli do czynienia na całej płycie. Menace to sprawnie działająca machina napędzana przez sekcję rytmiczną, jednak na pierwszy plan niewątpliwie wysuwają się obaj gitarzyści. To właśnie przede wszystkim ich zasługą jest to, że tej płyty po prostu dobrze się słucha. Młode zespoły niestety często wychodzą z założenia, że im głośniej i mocniej, tym lepiej. Menace jest wyjątkiem. Owszem, jest mocno, jest głośno, ale przede wszystkim, jest w tym wszystkim melodia. Gitarzyści nie prześcigają się w tym, kto zrobi większy hałas, lecz grają naprawdę przyjemnie dla ucha, można by rzec, że jak na muzykę metalową, to wręcz przebojowo. Na szczególną uwagę zasługują trochę grunge’owy chwilami &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ogień&lt;/span&gt;, bezkompromisowy i nieco motörheadowy kop w postaci utworu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Giń&lt;/span&gt; oraz niemal przebojowa, doprawiona dobrym basowym przerywnikiem, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Bezsenność&lt;/span&gt; i równie chwytliwy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Playboy&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;iframe src="http://www.youtube.com/embed/yUjdEr2Q3hE" allowfullscreen="" width="420" frameborder="0" height="345"&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;Dziewięć z dziesięciu utworów na płycie posiada teksty w języku polskim. I choć nie jestem zwolennikiem takich rozwiązań, bo zawsze twierdziłem, że nawet największa wyśpiewana bzdura po prostu lepiej brzmi po angielsku, kiedy większość osób jej nie rozumie, a ja mogę poudawać, że nie jestem z wykształcenia anglistą, to jednak zespołowi udało się nie polec na tym polu. Może niektóre fragmenty trącą nieco banałem, ale biorąc pod uwagę, ze członkowie Menace ledwo poprzekraczali dwudziestkę, można im te małe braki wybaczyć. Tym bardziej, że Żwiras, który te teksty wyśpiewuje, posiada mocny, rockowy głos i choć nie ma na tej płycie zbyt wielu okazji do popisywania się skalą, to pokazuje się z bardzo dobrej strony, prezentując chwilami rasową rockową chrypę.&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;Debiut Menace to więcej niż solidna rockowo-metalowa płyta sama w sobie, a jeśli weźmiemy pod uwagę wiek muzyków i ich jeszcze stosunkowo niewielkie doświadczenie, to jest to na pewno propozycja, na którą warto zwrócić uwagę. Jak tak dalej pójdzie, za kilka lat może być o nich głośno na polskiej scenie rockowej. A na razie wypada zaprosić na ich koncerty. Grupa gra głównie w północnej części kraju, ale zapewne nie pogardzi wycieczką w inne rejony Polski, jeśli tylko dostanie zaproszenie od jakiegoś klubu, więc jeśli macie znajomości wśród właścicieli takich przybytków, szepnijcie im słowo o zespole. Płytę natomiast można nabyć za niewielkie pieniądze bezpośrednio od zespołu, kontaktując się z jego członkami przez &lt;a href="http://www.facebook.com/#%21/pages/Menace/150124071674936"&gt;ich profil facebookowy&lt;/a&gt;, oraz na koncertach, na których Menace prezentuje się od kilku miesięcy w lekko zmienionym składzie – za bębnami od lutego zasiada &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Buczas&lt;/span&gt;. Wypada zatem jedynie czekać na kolejne studyjne nowości od Menace i życzyć im, by z każdym następnym wydawnictwem rozwijali się tak szybko, jak do tej pory.&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;a style="font-style: italic;" href="http://www.menace.pl/"&gt;oficjalna strona zespołu&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-6720393466166504482?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/6720393466166504482/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=6720393466166504482' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/6720393466166504482'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/6720393466166504482'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/09/menace-gitarowy-ogien-z-ponocy-kraju.html' title='Menace - gitarowy ogień z północy kraju'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-pBXYDf1fPvk/TmlcqJP2OnI/AAAAAAAADoM/LGUyKuDzsTA/s72-c/menacetapeta.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-1935855484211114749</id><published>2011-09-08T20:00:00.008+02:00</published><updated>2011-09-08T22:49:46.256+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='LIVE'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='scena'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bizon'/><title type='text'>Zapowiedź weekendowej trasy zespołu GARS</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:donotoptimizeforbrowser/&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style=""&gt;Tym razem mamy informację, która najbardziej powinna zainteresować naszych czytelników z północy kraju. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Musihilation&lt;/span&gt;, jako jeden z patronów medialnych, ma przyjemność zaprosić fanów ciężkiego grania na mini trasę przedstawianego przez nas niedawno zespołu &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Gars&lt;/span&gt;.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;Trójmiejski post-hardcorowy zespół Gars, po entuzjastycznych&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-gDwDi2t2-uA/TmkIAn0jODI/AAAAAAAADns/L4mTYAqwjcU/s1600/gars%2Btrasa.JPG"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 212px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-gDwDi2t2-uA/TmkIAn0jODI/AAAAAAAADns/L4mTYAqwjcU/s320/gars%2Btrasa.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5650056014295414834" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style=""&gt; recenzjach wydanej w czerwcu 2011 debiutanckiej płyty &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Gdzie akcja rozwija się&lt;/span&gt;, którą mieliśmy przyjemność &lt;a href="http://musihilation.blogspot.com/2011/08/gdzie-zespo-rozwija-sie.html"&gt;przedstawiać Wam również na Musihilation&lt;/a&gt;, rusza w weekendową trasę. Przez 3 dni odwiedzą Słupsk, Malbork i Gdynię, grając razem z zaprzyjaźnionymi zespołami. Pierwszego dnia scenę dzielić będą z gwiazdą &lt;/span&gt;&lt;span style=""&gt;awangardowego metalu z Nowej Zelandii – &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;El Schlong&lt;/span&gt;, drugiego z bezkompromisowym, zimno falowym &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Diphergan&lt;/span&gt; z Gniewu oraz ostatniego ze stonerowym, gdyńskim &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Octopussy&lt;/span&gt;.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Weekendowy Tour Garsów!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;30.09 Motor Pub Słupsk + EL SCHLONG (avant metal - Nowa Zelandia), wstęp 8zł&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1.10 Nemrod Malbork + Diphergan (zimna fala Gniew), wstęp 8zł&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=""&gt;2.10 Blues Club Gdynia + Octopussy (stoner Gdynia), wstęp 7zł&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:donotoptimizeforbrowser/&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;  &lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Przypomnijmy, że Gars to zespół tworzący muzykę łączącą ciemne, melancholijne melodie z ciężarem niskich, gitarowych dźwięków i niebanalnych, polskich tekstów. Nagrali muzykę do filmu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Moondreamer&lt;/span&gt; i EPkę &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Numer Zero&lt;/span&gt;, a w czerwcu 2011 wydali debiutancką płytę &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Gdzie akcja rozwija się&lt;/span&gt;,&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;która zbiera masę pozytywnych recenzji. Tak o płycie pisał na Musihilation nasz człowiek, Bounce: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Polityczno-społeczne rozważania pojawiają się mniej więcej w połowie kompozycji zawartych na płycie. Druga połowa to teksty bardziej osobiste. (...)Wokalista doskonale sprawdza się zarówno w czystych partiach wokalnych, jak i w tych agresywnie wykrzyczanych, hardcore'owych. (...)W kwestii instrumentalnej, ogromne pochwały należą się właściwie wszystkim członkom zespołu – za kompozycje, które pomimo słyszalnych wpływów różnych znamienitych kapel, mają swój własny, odrębny styl. Samo wykonanie tychże również nie pozostawia złudzeń co do klasy muzyków.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Singlem z płyty został numer &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Świt Odysei&lt;/span&gt;, będący mocnym głosem w sprawie inwazji na Libię. Do utworu nakręcony został teledysk, który obejrzeć można poniżej:&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:donotoptimizeforbrowser/&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;span style=";font-family:&amp;quot;;font-size:12pt;"  lang="EN-US" &gt;&lt;iframe src="http://www.youtube.com/embed/1yu25-tPSEU" allowfullscreen="" width="560" frameborder="0" height="345"&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:donotoptimizeforbrowser/&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Słów kilka także o pozostałych kapelach, które będą dzielić scenę z Garsami:&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;EL SCHLONG&lt;/span&gt;&lt;span style=""&gt; - Po raz drugi w Polsce, El Schlong czyli nowozelandzki zespół o odjechanej nazwie i mocnym metalowym brzmieniu z kobietą na wokalu i gitarze. To mieszanka thrashu, hardcoru i progresywnego, epickiego metalu wykraczająca poza ramy standardowego brzmienia. Pierwsza płyta, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Baddies Are Coming&lt;/span&gt;, zebrała entuzjastyczne recenzje na całym świecie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-mT4zgSPBcNg/TmkIpDIMJMI/AAAAAAAADn0/md5pP5ZajUU/s1600/elschlong.JPG"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 300px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-mT4zgSPBcNg/TmkIpDIMJMI/AAAAAAAADn0/md5pP5ZajUU/s320/elschlong.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5650056708820313282" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt; &lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;Jak sami o sobie piszą: Tak, nasza nazwa jest głupia, i nie, nie przejmujemy się tym. Nazwa zespołu jest po prostu nazwą firmową jak Cadburys albo McDonalds. Nazwa nie wpływa ani odzwierciedla muzyki, którą gramy. To jest dla nas mało ważne. Tako rzecze gitarzystka/wokalistka &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Leah Hinton&lt;/span&gt;. To właśnie ona założyła El Schlong w Dunedin (Nowa Zelandia) w 2003 razem z muzykiem &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Nickiem Baldwinem&lt;/span&gt;, grającym &lt;/span&gt;&lt;span style=""&gt;na basie. Swój charakterystyczny styl i umiejętności szlifowali na studenckiej punkowo/metalowej scenie przed przeprowadzką do stolicy w 2005 roku. Wellington zobaczyło zmianę w stylu, który transformował z „dziwacznego i optymistycznego” do cięższego i bardziej złożonego. Skutkiem tego było również przybycie ich obecnego perkusisty &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Jordana Tredraya&lt;/span&gt; oraz rozstanie z pierwszym wokalistą. Podczas pracy nad ich debiutanckim albumem, połączonej z przeprowadzką na drugą stronę świata - do Londynu, trzech członków El Schlong rozdzieliło pomiędzy siebie wokalne obowiązki. Debiutancki album - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Baddies Are Coming&lt;/span&gt; - został nagrany w kwietniu 2008 i otrzymał bardzo dobre recenzje na całym świecie. Album zawiera szerokie muzyczne spektrum, przechodząc od metalu do dziwnych, niepokojących dźwięków oraz wszystkiego co możliwe pomiędzy nimi. Tak jak szatan w wannie zaskoczony przez włos łonowy na imbirowym mydle… &lt;a href="http://youtu.be/ZDUjNorJgQE"&gt;Animowany wideoklip stworzony dla tytułowej piosenki&lt;/a&gt; zajął drugie miejsce w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Handle the Jandle Music Video Awards&lt;/span&gt; w 2010. W sierpniu 2010 zapakowa&lt;/span&gt;&lt;span style=""&gt;li swoje torby i wyruszyli z powrotem na południową półkulę na wyjątkowo owocną wycieczkę z powrotem do domu. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Time/Place&lt;/span&gt; został nagrany w sierpniu 2010 w Nowej Zelandii. Jest to wielki krok naprzód w porównaniu do ich poprzedniego albumu i pokazuje rozwój muzyczny zespołu. Jest jednocześnie epicki i minimalny, gwałtowny i delikatny, przejmujący i ciężki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jaki właściwie gatunek muzyki grają ? Może awangardowy metal opisuje to najlepiej, ale by ich naprawdę usłyszeć, musisz wsłuchać się w siebie. A nazwa? Możesz ich kochać albo nienawidzić ale na pewno nigdy nie zapomnisz El Schlong…  &lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 14pt 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;DIPHERGAN&lt;/span&gt;&lt;span style=""&gt; - autentyczni i konsekwentni w swojej własnej &lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-BXqITxcn5Y8/TmkI_K4870I/AAAAAAAADn8/RSnrU6I5y04/s1600/diphergan.JPG"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 200px; height: 133px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-BXqITxcn5Y8/TmkI_K4870I/AAAAAAAADn8/RSnrU6I5y04/s200/diphergan.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5650057088861007682" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style=""&gt;post-punkowej, zimnofalowej muzycznej drodze, którą określają mianem "trochę inaczej". Stąd też wziął się tytuł debiutanckiej płyty wydanej przez zespół własnym sumptem w 2009r. Zespół pochodzący z Gniewa istniał już w latach 1997-98, ale za nowy początek uznają rok 2006, kiedy to ustabilizował się jego skład, dzięki rezygnacji z życia na emigracji jednego z jego członków. Mocne bezkompromisowe, transowe brzmienie, przywodzące na myśl zarówno klasykę hardcore-punk jak i np. zespół &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tool&lt;/span&gt;, a także polskie teksty o podporządkowywaniu się zastanemu narzuconemu porządkowi, wierze w szklany ekran i czerpaniu radości ze spędzania wolnego czasu w supermarketach wyróżniają ten zespół na pomorskiej scenie. Sami o sobie mówią, że jako zwyczajni ludzie grają prostą muzykę, która odzwierciedla emocje, które w nich tkwią.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;OCTOPUSSY &lt;/span&gt;- Trójmiejski zespół rockowy łączący brzmienia rock’n’roll, stoner, blues. Pięciu chłopaków zainspirowanych tytułem filmu o Jamesie Bondzie, stworzyło grupę, w której odbijają się echa klimatu południa USA oraz rozległych terenów pustynnych. W ich muzyce nie ma jednoznacznego przekazu, dla nich natomiast liczy się melodia i rock’n’roll.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;więcej o zespołach można dowiedzieć się z ich stron oficjalnych, oraz profili na portalach społecznościowych, do odwiedzenia których zapraszamy:&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a href="http://www.facebook.pl/thegarsi"&gt;profil zespołu Gars na Facebooku&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/elschlong"&gt;profil zespołu El Schlong na Myspace&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:Calibri;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/diphergan"&gt;profil zespołu Diphergan na Myspace&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span class="Cytat1"&gt;&lt;span style="font-style: normal;"&gt;&lt;a href="http://www.facebook.com/octopl"&gt;profil zespołu Octopussy na Facebooku&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Informacje zawarte w artykule pochodzą ze źródeł własnych oraz z materiałów prasowych dostarczonych przez zespoły, za przysłanie których dziękujemy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-1935855484211114749?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/1935855484211114749/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=1935855484211114749' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1935855484211114749'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/1935855484211114749'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/09/zapowiedz-weekendowej-trasy-zespou-gars.html' title='Zapowiedź weekendowej trasy zespołu GARS'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-gDwDi2t2-uA/TmkIAn0jODI/AAAAAAAADns/L4mTYAqwjcU/s72-c/gars%2Btrasa.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-2759288473509393592</id><published>2011-09-07T22:18:00.004+02:00</published><updated>2011-09-07T22:32:54.114+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bizon'/><title type='text'>Iris - pejzaże malowane instrumentami</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Tak to już czasem&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;jest – człowiekowi wydaje się, że zna &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-nx1MHclj31g/TmfU3EMiQVI/AAAAAAAADnk/yvPOsgnevMM/s1600/session.band.JPG"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 270px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-nx1MHclj31g/TmfU3EMiQVI/AAAAAAAADnk/yvPOsgnevMM/s320/session.band.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5649718300043788626" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;mnóstwo muzyki, zarówno tej starszej, jak i tej nowszej, słyszał sporo płyt, zaznajomiony jest z nazwami i twórczością wielu zespołów, a tu nagle trafia mu się coś, co światło dzienne ujrzało już dawno temu, idealnie wręcz wpasowuje się w gust, a jednak nazwa ani tytuł płyty niewiele mówią. Takie właśnie uczucia towarzyszyły mi przy odsłuchu płyty &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Crossing the Desert&lt;/span&gt;, zespołu &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Iris&lt;/span&gt;.  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Iris to zespół, a raczej projekt, który narodził się w 1995 roku. Kluczowym dla powstania Iris był jednak rok 1990, kiedy francuski multiinstrumentalista &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Sylvain Gouvernaire&lt;/span&gt;, wraz ze swoim ówczesnym zespołem o nazwie &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Arrakeen&lt;/span&gt;, miał okazję pełnić rolę rozgrzewacza publiczności przed koncertami grupy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Marillion&lt;/span&gt;, która właśnie była w trasie promującej album &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Seasons End&lt;/span&gt;. Wkrótce po zakończeniu trasy, Arrakeen rozpadł się, a sam Gouvernaire przeniósł się do Anglii. Tam też zaczął tworzyć muzykę na potrzeby jednoosobowego jeszcze wtedy projektu. W międzyczasie wyrabiał też sobie nazwisko w brytyjskim światku muzycznym, grywając z takimi muzykami, jak &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Cozy Powell&lt;/span&gt;, czy klawiszowiec Marillion, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mark Kelly&lt;/span&gt;. W połowie lat dziewięćdziesiątych miał już niemal cały materiał na ewentualną płytę, wtedy też do gry weszli dwa pozostali muzycy, którzy stworzyli &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Crossing The Desert&lt;/span&gt; – basista Marillion, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Pete Trewavas&lt;/span&gt; oraz &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ian Mosley&lt;/span&gt;, perkusista tego samego zespołu.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Nagrana w latach 95-96 płyta, to 50 minut instrumentalnej muzyki na najwyższym poziomie, zahaczającej dość znacznie o rock progresywny, choć nie stroniącej od innych naleciałości i eksponującej talenty wszystkich trzech muzyków. Nawiązań do Marillion oczywiście nie trudno uniknąć, w końcu na płycie zagrała sekcja rytmiczna brytyjskiego zespołu, jednak fakt, że płyta jest całkowicie pozbawiona wokali sprawia, że Gouvernaire mógł nieco zaszaleć, jeśli chodzi o brzmienie klawiszy i gitar. Brak konieczności zostawienia miejsca dla głosu dał mu olbrzymią swobodę rozbudowywania swoich partii oraz okazję do zademonstrowania często pasjonujących pejzaży gitarowo-klawiszowych.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Crossing The Desert&lt;/span&gt; to jednak nie jest po prostu kolejny popis gry na instrumentach. To przede wszystkim niesamowity klimat tworzony przez gęste podkłady klawiszowe i zagrywki gitarowe, których nie powstydziliby się &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Steve Rothery&lt;/span&gt; z Marillion, czy nasz &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Piotr Grudziński&lt;/span&gt; z &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Riverside&lt;/span&gt;. Momentami gitara niemal śpiewa, jak choćby w otwierającym płytę utworze &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Indian Dream&lt;/span&gt;. Na krążku dominują złożone, 8-10 minutowe kompozycje, zachwycające pięknie malowanymi obrazami. Są jednak i utwory krótsze oraz dość nietypowe rozwiązania, jak choćby w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Train De Vie&lt;/span&gt;, który, zgodnie z tytułem, zaczyna się od zagranego na instrumentach podkładu, przypominającego... powolne ruszanie lokomotywy. Następujące po sobie kolejno utwory tworzą niezwykle spójną całość, utrzymaną w stylistyce soczystego, bogato zaaranżowanego i pełnego klimatu rocka z domieszkami progresji. Muzycy potrafią jednak umiejętnie żonglować nastrojami, serwując nam na przykład fortepianowe otwarcie utworu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Memory Of Eagle&lt;/span&gt;, który jest dostojną i pełną klimatu odmianą po dwóch pierwszych, znacznie bardziej energicznych utworach. Warto też niewątpliwie zwrócić uwagę na rozpoczynający się, zgodnie z nazwą, dźwiękiem wojennych bębnów utwór &lt;span style="font-style: italic;"&gt;War&lt;/span&gt;, a także na ponad dziesięciominutową kompozycję tytułową, której początek jest, co ciekawe, bardzo podobny do jednego z utworów z wydanej kilka tygodni temu płyty &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Yes&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Fly from Here&lt;/span&gt;, którą &lt;a href="http://musihilation.blogspot.com/2011/07/yes-ponownie-wzbija-sie-do-lotu.html"&gt;recenzowaliśmy jakiś czas temu&lt;/a&gt;.&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;iframe src="http://www.youtube.com/embed/SIusMgA6CSw" allowfullscreen="" width="420" frameborder="0" height="345"&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Nie zawodzą też utwory krótsze, jak choćby lekki i pełen luzu, a do tego doprawiony iście plemiennymi bębnami &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tap On Top&lt;/span&gt;, czy też zamykający płytę, naznaczony nawet pewnymi wpływami ambientowymi i partiami klawiszy, przywodzącymi na myśl raczej zespół &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Enigma&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ocean Song&lt;/span&gt;.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Crossing The Desert&lt;/span&gt; to pełna klimatu podróż, w którą udać powinni się nie tylko fani Marillion, ale także ci, którzy cenią solowe dokonania &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dereka Sheriniana&lt;/span&gt; oraz płyty &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Liquid Tension Experiment&lt;/span&gt;. Mam też wrażenie, że płyty tej musiało słuchać sporo muzyków polskiej sceny progresywnej, bo parę motywów można usłyszeć choćby w utworach jednej z ciekawszych grup młodego pokolenia – &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Disperse&lt;/span&gt;. Nagranie płyty instrumentalnej nie jest może zadaniem trudnym, jednak stworzenie takiej płyty, która będzie, mimo braku wokali i tekstu, przyciągała słuchacza i nie pozwalała mu się nią znudzić, to już zadanie znacznie bardziej skomplikowane. Zwłaszcza, jeśli wydawnictwo to nie jest jedynie zbiorem sztuczek i zagrywek, mających pokazać szybkość palców muzyków. Gouvernaire (bo to on jest kompozytorem niemal całości materiału; współautorem dwóch kompozycji jest Mosley) poradził sobie więcej niż przyzwoicie, pokazując jednocześnie wirtuozom gitary pokroju &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Vaia&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Malmsteena&lt;/span&gt;, że nie trzeba grać bez przerwy miliona dźwięków i pasaży na sekundę, żeby instrumentalny album był interesujący dla słuchacza.&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:donotoptimizeforbrowser/&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;Zespół Iris ruszył po wydaniu płyty w trasę, choć już w zupełnie innym składzie. Gouvernaire był zmuszony, wobec zobowiązań Trewavasa i Mosleya w ich macierzystej kapeli, zwerbować mniej znanych muzyków na ich miejsce. Studyjna historia Iris nie miała, jak do tej pory, swojego dalszego ciągu w tym składzie osobowym, a &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Crossing The Desert&lt;/span&gt; zostało płytą nieco zapomnianą, którą w dodatku dość ciężko znaleźć, gdyż cały nakład został wyczerpany. Jedynym miejscem, gdzie wydawnictwo można jeszcze dostać na tradycyjnym nośniku są serwisy aukcyjne, choć istnieje też możliwość nabycia jej w formie mp3 przez &lt;a href="http://www.marillion.com/music/solo/iris-crossing.htm"&gt;oficjalną stronę Marillion&lt;/a&gt;.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-2759288473509393592?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/2759288473509393592/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=2759288473509393592' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/2759288473509393592'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/2759288473509393592'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/09/iris-pejzaze-malowane-instrumentami.html' title='Iris - pejzaże malowane instrumentami'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-nx1MHclj31g/TmfU3EMiQVI/AAAAAAAADnk/yvPOsgnevMM/s72-c/session.band.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7452071157170352639.post-8093189532866978535</id><published>2011-09-03T00:18:00.009+02:00</published><updated>2011-09-05T21:40:11.814+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bizon'/><title type='text'>Z cyklu 'Klasycy Nieklasycznie': Queen - The Game (1980)</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:donotoptimizeforbrowser/&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;div  style="text-align: justify;font-family:times new roman;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Queen&lt;/span&gt;, jako zespół nie tylko czerpiący z wielu muzycznych gatunków, ale też współodpowiedzialny za wytyczanie nowych muzycznych szlaków, ma fanów zarówno wśród zwolenników mocnego, gitarowego grania, jak i wśród tych, którzy niezbyt często wychodzą w swoich zainteresowaniach poza &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;muzykę pop. Przez lata jakoś tak się złożyło, że fani tego zespołu podzielili się w pewnym sensie na dwa obozy – tych, którzy uwielbiają wczesne oblicze zespołu, oraz tych, którym bliższe są jego późniejsze dokonania. Linią graniczną obu tych epok jest przełom lat 70-tych i 80-tych oraz płyta &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Game&lt;/span&gt;.&lt;/span&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p  style="text-align: justify;font-family:times new roman;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Ciężko w zasadzie jednoznacznie stwierdzić do której &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-ESBL1VYdDJ8/TmFafnsPuxI/AAAAAAAADnU/1sy6O32SUwU/s1600/the-game-queen.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 300px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-ESBL1VYdDJ8/TmFafnsPuxI/AAAAAAAADnU/1sy6O32SUwU/s320/the-game-queen.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5647894906976320274" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;grupy należałoby ten album przypisać – czy do okresu rockowego, czy też tego, kiedy zespół był nieco bardziej nastawiony na masowego odbiorcę. Największą zaletą lub też wadą, zależy jak na to spojrzeć, jest w przypadku tej płyty właśnie to połączenie rockowego ducha i popowej przebojowości, która dominuje na The Game. Wydany w 1980 roku album był prawdziwym przełomem w karierze zespołu, choć na pewno nie pierwszym. W znacznym jednak stopniu ukształtował nowe oblicze grupy. Anglicy znani byli w pierwszych latach działalności między innymi z tego, że stanowczo podkreślali brak wykorzystywania syntezatorów na swoich płytach. Dźwięki, które byli w stanie wyczarować przy użyciu swoich podstawowych instrumentów były często tak niezwykłe, że niektórym dziennikarzom wydawało się wręcz niemożliwe, żeby powstawały jedynie przy użyciu gitar czy też różnych studyjnych sztuczek. Hasła, które często pojawiały się we wkładkach do kolejnych płyt Queen – &lt;span style="font-style: italic;"&gt;No Synths!&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;and nobody played synthesiser&lt;/span&gt; – miały to potwierdzać. Wraz z wydaniem The Game, stały się jednak nieaktualne.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify; font-family: verdana;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p  style="text-align: justify;font-family:times new roman;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Syntezatory na tej płycie nie są siła dominującą, na to przyszła pora dwa lata później, są jednak na tyle słyszalne, by po latach irytować swoim archaicznym brzmieniem. Niewątpliwie były one przekleństwem muzyki rockowej w latach 80-tych i po latach na wielu albumach z tego okresu brzmią po prostu kiczowato. Cała tamta dekada nie była, co tu dużo mówić, zbyt udana dla weteranów rockowych. Wiele zespołów nie przetrwało zmian w muzycznych trendach, inne doświadczyły ogromnych zmian w składach, kolejne jakoś tę dekadę przetrwały w jednym kawałku, ale często odbijało się to na ich muzyce. Queen jest tego doskonałym przykładem. Jakby na potwierdzenie tego, że zespół wchodzi w nową erę, płytę otwiera syntezatorowy, ciężki do zniesienia wstęp do &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Play The Game&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify; font-family: verdana;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p  style="text-align: justify;font-family:times new roman;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Cała płyta mogłaby zostać określona przedrostkiem „naj-„. Najkrótsza w historii zespołu, bo trwająca jedynie 35 minut. Najbardziej przełomowa, jeśli chodzi o zmianę stylistyki. Ale jednocześnie jest to najlepiej sprzedający się album Queen, zwłaszcza w Stanach. Bo mimo, że bardzo suche brzmienie perkusji i dość płaska produkcja &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Macka&lt;/span&gt; mogą drażnić, a cały album, mimo swojej mizernej długości, jest bardzo nierówny, to jednak właśnie na tej płycie znajdują się utwory, które po drugiej stronie Atlantyku stały się największymi hitami zespołu. Mowa tu choćby o bardzo elvisowskim &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Crazy Little Thing Called Love&lt;/span&gt;, napisanym przez &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mercury’ego&lt;/span&gt; w... wannie, czy też o napędzanym świetnym motywem basowym (i cóż z tego, że pożyczonym od grupy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Chic&lt;/span&gt;) utworze &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Another One Bites The Dust&lt;/span&gt;, który po dziś dzień jest jednym z ulubionych muzycznych przerywników podczas spotkań sportowych lig zawodowych w USA. Skoro już przy motywach basowych jesteśmy, niewątpliwie jedną z cech charakterystycznych tej płyty jest spore wyeksponowanie gry &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Johna Deacona&lt;/span&gt;. Chyba nigdy wcześniej basista Queen nie miał takiego wpływu na muzykę grupy. Co prawda na pierwszych albumach znajdują się utwory, w których Deacon wyczynia prawdziwe cuda, tam jednak są one dość mocno schowane pod wirtuozerskimi popisami &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Briana Maya&lt;/span&gt;. Tutaj to bas często odgrywa pierwszoplanową rolę – nie tylko we wspomnianym &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Another One Bites The Dust&lt;/span&gt;, dzięki któremu zespół trafił do czołówki list przebojów... r&amp;amp;b, ale też w jednym z ciekawszych i najbardziej nietypowych dla tego zespołu kawałków – &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dragon Attack&lt;/span&gt;. &lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify; font-family: verdana;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p  style="text-align: justify;font-family:times new roman;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Tym, co pozwala słuchaczom uwierzyć, że to jednak wciąż ten sam zespół, który kilka lat wcześniej nagrywał takie płyty jak &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Sheer Heart Attack&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;A Night At The Opera&lt;/span&gt;, są wokale. Nie tylko główny wokal Freddiego Mercury’ego, lecz przede wszystkim chórki. To od zawsze&lt;span style=""&gt; &lt;/span&gt;był jeden ze znaków rozpoznawczych tej grupy. Skomplikowane, wielogłosowe linie wokalne nie zostały całkowicie wyeliminowane z twórczości zespołu wraz z nastaniem nowej dekady, przynajmniej jeszcze nie na tej płycie. Słychać to wyraźnie choćby w singlowym &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Save Me&lt;/span&gt;, czy śpiewanym głównie przez Maya, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Sail Away Sweet Sister&lt;/span&gt;. Właśnie te dwa utwory są łącznikiem ze ‘starym Queen’ i bez trudu wkomponowałyby się idealnie w którąś z poprzednich płyt grupy. Pierwszy z tych utworów to także jedna z niewielu na tej płycie okazji dla Briana Maya do pokazania, że jest jednym z najwybitniejszych gitarzystów w historii rocka. Niestety zbyt często jego gitara jest na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Game&lt;/span&gt; schowana bądź zastępowana sztucznymi dźwiękami z syntezatorów. Ten sam zarzut można by zresztą postawić &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rogerowi Taylorowi&lt;/span&gt;. Jego bębny brzmią płasko, sucho, a partiom przez niego granym brakuje polotu. I to jest chyba właśnie główna wada tej płyty – mając w zespole tak genialnych muzyków jak May i Taylor, postawiono na sztuczność i bezduszność maszyn.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p  style="text-align: justify;font-family:times new roman;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;iframe src="http://www.youtube.com/embed/N8h1Wj70kzk" allowfullscreen="" width="560" frameborder="0" height="345"&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify; font-family: verdana;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p  style="text-align: justify;font-family:times new roman;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Drugą dużą wadą są też po prostu kiepskie kompozycje. O ile wspomniane wcześniej utwory należą do najlepszych, jakie zespół nagrał w latach 80-tych, to część płyty jest zwyczajnie słaba. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Rock It&lt;/span&gt; rozpoczyna się całkiem niezłym i bujającym wstępem, śpiewanym przez Mercury'ego, ale potem przechodzi w przyzwoity, ale jednak mocno wtórny i w dodatku zabity produkcją rock n’ roll z Taylorem jako głównym wokalistą. To samo można napisać o &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Don’t Try Suicide&lt;/span&gt;. Niby słucha się tego bez bólu zębów i uszu, ale oryginalności w tym niewiele, a tekst należy do najbanalniejszych w historii Queen. Nic natomiast nie ratuje napisanego przez Taylora utworu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Coming Soon&lt;/span&gt;, który jest zwyczajnie nudny, zmierza absolutnie donikąd i jest mocnym kandydatem do miana najgorszego kawałka, wydanego pod szyldem Queen.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify; font-family: verdana;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p  style="text-align: justify;font-family:times new roman;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Tak duże zróżnicowanie jakościowe poszczególnych kompozycji na płycie jest dość zaskakujące, nie tylko przez wzgląd na te mizerne 35 minut muzyki, które trafiło na płytę, ale też przez fakt, że w czasie dwóch sesji nagraniowych, zarejestrowano podobno dużo więcej materiału. Część z tych utworów trafiła na solową płytę Taylora, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Fun In Space&lt;/span&gt;, inne z kolei do dzisiaj leżą pod tonami kurzu w archiwum zespołu i czekają, aż panowie May i Taylor przestaną w końcu raczyć nas kolejnymi składankami i wersjami &lt;span style="font-style: italic;"&gt;We Will Rock You &lt;/span&gt;i wydadzą box set z demami i niedokończonymi utworami, który obiecywany jest fanom od mniej więcej dekady.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify; font-family: verdana;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p  style="text-align: justify;font-family:times new roman;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Game&lt;/span&gt; to płyta wielu początków, ale i końców. Początek ery syntezatorowej i pop-rockowej, a także nowy wizerunek Mercury’ego, który z chudego, długowłosego, odzianego w damskie ciuszki chłopaka, przeobraził się w noszącego skóry, krótko ostrzyżonego mężczyznę, prezentującego niemal wzorcowy gejowski image tamtych czasów. Wiele osób, zwłaszcza w Ameryce, nie mogło zaakceptować Mercury’ego w takim wydaniu, mimo, ze niespecjalnie przeszkadzało im wcześniejsze noszenie przez niego kobiecych ubrań i malowanie paznokci. Androgeniczny Freddie był dla Stanów do przyjęcia, Freddie gej już nie. Dlatego też, w dużej mierze, był to ostatni album Queen, który odniósł sukces w Ameryce. To również ostatnie wydawnictwo studyjne, na którym główne wokale przejmują na chwilę panowie May i Taylor – tradycja ta została zapoczątkowana już na debiutanckim albumie grupy i przetrwała aż do &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Game&lt;/span&gt;. Niestety, na kolejnych płytach nie była już kontynuowana.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p  style="text-align: justify;font-family:times new roman;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Game&lt;/span&gt;  to płyta nierówna, ale w ogólnym spojrzeniu dość dobra. Zwłaszcza jeśli  porównamy ją z tym, co panowie z Queen wyczyniali przez kolejnych kilka  lat. Nijak ma się jednak do największych dzieł zespołu, nie tylko  stylistycznie, ale także jakościowo. Z zespołu, który był pionierem w  wykorzystaniu możliwości swoich instrumentów, jak i w wytyczaniu nowych  muzycznych ścieżek, Queen stało się naśladowcą panujących trendów, co aż  nadto widoczne było na kolejnych wydawnictwach grupy. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Game&lt;/span&gt;  to płyta, która brzmieniowo bardzo się zestarzała, choć nieco ratuje ją  wydana kilka lat temu wersja DVD Audio, zmiksowana w systemie 5.1,  tyle, że do takiego potraktowania znacznie lepiej nadawałyby się wczesne  albumy grupy, przepełnione wokalnymi i instrumentalnymi nakładkami. Z &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Game&lt;/span&gt;  niestety nawet format 5.1 nie jest w stanie uczynić płyty, którą w  całości słuchałoby się z przyjemnością. To wydawnictwo to jednak tylko  przedsmak tego, co Queen zgotowało swoim fanom w kolejnych latach tamtej  dekady. Tę płytę można podsumować tak: jeśli twój ulubiony zespół  rockowy zaczyna nagle zabawy z syntezatorem i elektronicznym zestawem  perkusyjnym, to wiedz, że coś się dzieje...&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;    &lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style=";font-family:times new roman;font-size:12pt;"  &gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7452071157170352639-8093189532866978535?l=musihilation.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://musihilation.blogspot.com/feeds/8093189532866978535/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7452071157170352639&amp;postID=8093189532866978535' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/8093189532866978535'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7452071157170352639/posts/default/8093189532866978535'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://musihilation.blogspot.com/2011/09/z-cyklu-klasycy-nieklasycznie-queen.html' title='Z cyklu &apos;Klasycy Nieklasycznie&apos;: Queen - The Game (1980)'/><author><name>Bizon</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='31' src='http://2.bp.blogspot.com/-aYqt7V7yqYs/TdksMTyNbpI/AAAAAAAADO0/QXLUqMAPuM4/s220/mypictr_500x491.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-ESBL1VYdDJ8/TmFafnsPuxI/AAAAAAAADnU/1sy6O32SUwU/s72-c/the-game-queen.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blo
